Hip Hop,News

2 Chainz pozwany przez rodzinę Pabla Escobara!

Klementyna Szczuka -
Hip Hop,News - - Dodane przez Klementyna Szczuka

2 Chainz pozwany przez rodzinę Pabla Escobara!

Jakieś trzy tygodnie temu 2 Chainz sprowadził na siebie kłopoty, po tym jak w prowadzonej przez niego restauracji „Escobar” nie przestrzegano przepisów sanitarnych. Lokal z powodu pandemii wznowił działanie 5 maja, ale niedługo później został zamknięty przez policję. Wydawałoby się, że na tym historia się kończy, ale raper właśnie został oskarżony przez rodzinę króla kokainy za… naruszenie znaków towarowych.

Jak podaje TMZ, raper będzie musiał zapłacić firmie Escobar, Inc. conajmniej 10 milionów dolarów. Poza tym, że lokal, który znajduje się w dwóch miejscach w Atlancie, bez pozwolenia wykorzystuje nazwisko mężczyzny, jest on promowany na stronie internetowej i mediach społecznościowych wizerunkiem Pabla. Ten znajduje się także na merchu i specjalnej linii ciuchów. Rodzina Escobara dodatkowo domaga się więc uniemożliwienia wykorzystywania ich nazwiska do promowania restauracji.

Źródło: TMZ

Cóż, tak jak pisaliśmy ostatnio – jeśli zastanawiacie się, jak nie prowadzić restauracji, Escobar Restaurant Bar and Tapas 2 Chainza jest tego najlepszym przykładem.

fot. kadr z klipu „2 Chainz – I’m Different (Official Music Video) (Explicit Version)”, YouTube.com/2 Chainz

Zostaw komentarz

Udostępnij
Hip Hop,Wywiad
KęKę: Moją ambicją jest być odpowiedzialnym, stabilnym facetem [Wywiad]

Jakiś czas temu pisaliśmy o #hot16challenge2 w wykonaniu KęKę, a chwilę później o jego niezwykle dobrze przyjętej „Bajce”. Przy okazji zadaliśmy raperowi kilka pytań, nie tylko rozwijających kwestie wyżej wspomnianych tekstów, ale też chociażby braku gościnek na jego pierwszych trzech płytach i wyprowadzki z ukochanego Radomia. Jesteście ciekawi, jak wygląda teraz jego nastrój twórczy i co według niego stało się ze „starym KęKę”? Mamy dla Was odpowiedzi!

Przy okazji #hot16challenge2 napisałeś, że to nie jedyny utwór, jaki powstał w Studio z Kartonów. „Bajka” jest drugim takim numerem. Będzie ich więcej? Możemy spodziewać się „kartonowej” EPki?
„Bajka” była nagrana jako pierwsza i to ten kawałek miałem na myśli, pisząc to. Co więcej,  „Bajka” była też powodem, dla którego to studio powstało. Dość restrykcyjnie przestrzegałem zaleceń, więc o wizycie u kogoś w celu nagrania kawałka nie było mowy, a czułem potrzebę, żeby to zrobić. Stąd też zamawianie sprzętu i konstrukcja z kartonów. #hot16 wystartowało, jak studio było już gotowe, także świetnie się złożyło. Co dalej? Nie wiem, życie pokaże. Póki co parę tygodni układałem puzzle, które zabrały mi myśli i czas na cokolwiek innego. (śmiech).

„Czarna chmura” to utwór, w którym niemalże przewidziałeś obecną sytuację. Jednocześnie zaznaczyłeś, że jesteś na nią przygotowany: „Czekam prawie bez emocji, aż walnie”. Kiedy jednak „walnęło”, zmusiła cię ona do nagrania emocjonalnej „Bajki”.
„Czarna chmura” to numer o gotowości bądź przygotowywaniu się na załamanie gospodarcze i głównie o to mi chodziło. Sporo wątków faktycznie proroczo się pokryło: zapasy, kolejki, krach, ale nie jestem jasnowidzem i nie wiedziałem o pandemii. Przy czym wiem, że na niektóre rzeczy jestem w stanie się przygotować – brak koncertów, zatrzymanie sprzedaży płyt czy nawet „koniec kariery” i na to „czekam prawie bez emocji”. Natomiast mam też pełną świadomość, że czasem nawet największa przezorność nic nie pomoże – w razie całkowitego załamania się obecnego systemu gospodarczego, niewiele będę mógł zrobić. Nie jestem preppersem. (śmiech)

Wszystko to jednak dotyczy cały czas spraw „zawodowo-finansowych”… a „Bajka” to  świat emocji, obaw. I to nie o siebie, a o przyszłość dzieci; to numer o potrzebie zapewnienia im bezpieczeństwa, a do tego trzeba wiele więcej niż stabilizacji finansowej. I o ile możemy się przygotować na niektóre rzeczy, to ciężko coś „emocjonalnie przeżyć”, zanim się wydarzy. Oczywiście dbałość o moją stabilność psychiczną i kondycję emocjonalną też jest ważna – silny rodzic na pewno jest lepszym oparciem dla dzieci w razie niespodziewanych wypadków. Pisanie numerów to jeden z elementów mojej dbałości o siebie. Tak sobie radzę z emocjami.

Po wydaniu „Pora mówić nara” musiałeś tłumaczyć się fanom, że nie kończysz jeszcze kariery, ale stwierdziłeś też, że jesteś już raczej bliżej jej końca. Będziesz jeszcze bardziej skupiał się na jakości, o której zresztą w tej piosence wspominasz, czy raczej pozwolisz sobie na więcej luzu i spontaniczności?
Pierwszy numer nagrałem prawie 20 lat temu, także raczej na pewno większą część aktywności zawodowej mam już za sobą. Następnego dnia po premierze „Pora mówić nara” napisałem chyba na wszystkich socialach, że to nie jest zapowiedź „końca rapowania”, i że nie wiem, kiedy przestanę nawijać, jednak gdy to się stanie, to jasno o tym wszystkich poinformuję. Głownie zrobiłem to w odpowiedzi na pojawiające się wpisy „KęKi, nie kończ”. Dla mnie przesłanie kawałka było jasne i czytelne. To numer o wątpliwościach twórczych, zmianie podejścia, krytycyzmie wobec własnej twórczości. W klipie zresztą ukazałem dość wyraźnie, choć symbolicznie, że koniec można przesuwać długo. W obawie jednak przed niezrozumieniem od razu wolałem sprecyzować, o co mi chodzi. Nie chciałem też, aby to było odebrane jako jakiś „chwyt marketingowy” czy „krzykliwy nagłówek”. Nie potrzebuję takich rzeczy robić.

Nietrudno zauważyć, że pod względem twórczym dobrze rozumiesz się z Grizzleem. Udzielił się na dwóch numerach z twojej ostatniej płyty i obaj pojawiliście się na feacie w ostatnim singlu Małacha. W jednym z wywiadów wspominałeś, że dobrze się dogadujecie, bo jest „pogodnym chochlikiem”. Myślałeś o wspólnym projekcie z nim?
Grizzlee to świetny gość. Dobrze się dogadujemy. Lubię też jego podejście do muzyki – wie, co robi i robi to dobrze i szybko. Pomysłu na wspólny projekt nie ma, ale pewnie się jeszcze kiedyś gdzieś na trackach przetniemy.

Swoją ostatnią płytę zaczynasz wersem: „Wstaję z trudem, spora zmiana od ostatniej płyty.” „Bajka” wskazuje na to, że obecne dni wciąż są ciężkie. Jaki w takim razie może być klimat następnego albumu?
Moje krążki to zapis moich stanów i mojej rzeczywistości. Tak było od początku, od kiedy zacząłem pisać. Kiedyś na to mówiłem: „rap na zamówienie chwili”. Dlatego też wiele rzeczy przestaje być aktualne, często nawet w momencie premiery. „To Tu” nagrywałem szczęśliwy jak nigdy, a chwilę potem znowu miałem ciężkie momenty. Ja tego podejścia do pisania nie planuję i nie chcę zmieniać. Ma to swoje wady, chociażby ta niezgodność tego, co było z tym, co jest, ale nie umiem pisać inaczej. Plus samo pisanie to dla mnie trochę autoterapia, pamiętnik, dyskusja z samym sobą. Nie wiem, kiedy powstanie kolejny album. Mogę wtedy czuć się świetnie bądź nie. Wróciłem ostatnio na terapię. Wprawdzie nie uzależnień, ale chciałem być pod opieką specjalisty, żeby nad paroma sprawami popracować. To też pewnie ma wpływ na to, jaki jestem teraz. Kolejną rzeczą są zmiany, jakie w moim życiu nadchodzą. Przeprowadzam się do Wrześni i choć sporo spraw nadal będę załatwiał z Radomia, to jednak będzie to na pewno czynnik, który na mnie bardzo wpłynie.

Jesteś jednym z niewielu raperów, który zmienił się na przestrzeni kariery, jednocześnie nie tracąc przy tym sporej liczby słuchaczy. Jak myślisz, dlaczego akurat tobie się to udało?
Sprzedaż płyt i frekwencja na koncertach z płyty na płytę rosną, ale nie wiem, czy jest to spowodowane tym, że większość „starych słuchaczy” zostaje, czy tym, że mimo odpływu starych przychodzą nowi. Nie wiem też, dlaczego udaje mi się utrzymywać zainteresowanie moja muzyką na takim poziomie. Na przestrzeni lat czytałem o sobie trochę „opracowań” tłumaczących moją popularność i w większości przypadków byłem zszokowany złożonością tez w nich zawartych. (śmiech) Prawda jest taka, że piszę o tym, co u mnie, a ludzie chcą tego słuchać. Czasem proste rzeczy trudno zrozumieć.

Wszyscy dobrze wiedzą, z czego wynika twoja przemiana. Wielu starszych fanów zarzuca ci, że „to już nie ten sam KęKę”, co zresztą regularnie komentujesz w utworach. Uważasz, że bezpowrotnie straciłeś artystyczną, „szorstką” część siebie, która charakteryzowała Twoją kreację jeszcze z czasów uzależnienia? Czy może świadomie decydujesz się na jej brak i tylko czasem częściowo do niej wracasz jak na „Gorzkiej Wodzie” Pezeta?
Dla niektórych „stary KęKę” to ten z nielegali, inni mówią, że „stary KęKę” to ten z „Nowych Rzeczy”, a zdarzają się komentarze, że to już nie to samo i gdzie ten KęKę z „Samsona”. (śmiech) Każdy tęskni za tym, co polubił i tego mu brakuje, gdy coś zmieniam. Nie ma we mnie pewnie tak wiele frustracji i złości na rzeczywistość jak kiedyś. Parę lat temu przestałem narzekać, a zacząłem działać. Poza tym jak rzuciłem papierosy i alkohol, najzwyczajniej w świecie zmienił mi się głos – zeszła chrypa, a jej brak również ma wpływ na odbiór całości. Ostatnio też, co ciekawe, zauważyłem, jaki wpływ ma na niego waga. 70 kg „To Tu” brzmi inaczej niż 100 kg z innych nagrywek. Przede wszystkim jednak dojrzałem. Moje poglądy na wiele spraw się zmieniły. Lubię na spokojnie przemyśleć jakieś stanowisko, zerknąć z obu stron. Jestem starym chłopem, niedługo będzie 40-stka. Mój starszy syn lada chwilę będzie dorosły. Moją ambicją jest być odpowiedzialnym, stabilnym facetem, a muzyka to tylko odzwierciedlenie tego, co u mnie. Nigdy nie siliłem się na żadne kreacje i nie zamierzam. Wiele też z tej „szorstokości” z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się niepoważne. To często oznaka bezradności czy słabości ogólnie. Co może zrobić typ taki, jak ja kiedyś? Tylko się pofrustrować na rzeczywistość. A ja dziś już staram się nie frustrować… Jak coś mi się nie podoba, zmieniam. A jak nie mogę, omijam.

W remiksie „Gorzkiej Wody” rapujesz: „Wiem, co mówię, bom swoje przeszedł, nie chcą słuchać, trudno, peszek”, co jednak brzmi trochę moralizatorsko. Wcześniej, głównie na „To Tu”, nawijałeś, że nie znasz odpowiedzi na pytania fanów ani nie czujesz się na siłach, by radzić i rozwiązywać ich problemy. Od tamtego czasu poczułeś się nieco pewniej w roli autorytetu?
Nauczono mnie nie dawać rad i staram się tego trzymać. Mogę mówić, co mi pomogło, co u mnie się sprawdziło, ale nie „zrób tak czy siak”. W „Gorzkiej Wodzie” nie chodziło mi o chodzenie do młodych i mówienie: „Słuchaj, zrób tak, bo to co robisz, jest złe”, tylko o sytuację, w której ktoś przychodzi i mówi: „KęKi, jak żyć? Nie daję rady.” Ja wtedy standardowo mówię: „mi pomogło to i to, o resztę pytaj mądrzejszych” – jeśli nie chcą słuchać, „trudno, peszek”. Ich wybór, ich życie. Ja oczywiście głęboko wierzę, że moja droga życiowa jest dla mnie dobra i wartościowa, ale mam świadomość, że coś, co się u mnie sprawdza, u innego nie musi.

Na twoich dwóch ostatnich albumach pojawili się raptem dwaj raperzy. Założyłeś sobie, że na tych projektach nie chcesz mieć więcej niż jednego MC?
Nigdy nie miałem parcia na mnóstwo rapowych gościnek. Zazwyczaj zapraszam do kawałków ludzi, którzy potrafią zrobić coś, czego ja nie potrafię. (śmiech) Zarapować sam umiem, więc tylko wtedy, kiedy bardzo mi pasuje jakiś raper, to on się znajduje na tracku. Zdarzyło się, że zaprosiłem kogoś, kto nie miał czasu się dograć, ale to były pojedyncze przypadki.

Na trylogii „Rzeczy” nie pojawił się żaden gość. Czy po czasie uważasz, że niepotrzebnie zamknąłeś tylko siebie na tych projektach?
Płyty bez gości mają swój urok, nic bym oczywiście w trylogii nie zmieniał. Pisanie samemu wymaga myślenia o albumie jako całości. Nie będzie wokalistki, która coś doda, innego rapera, który zróżnicuje materiał. Trzeba nagrać kilkanaście kawałków tylko ze swoim głosem i to ma się ludziom nie znudzić. Do dziś pomimo tego, że ostatnie dwa albumy już gości miały, jestem chyba najbardziej „samotnym” raperem w branży. (smiech) Myślę, że to też ma jakiś wpływ na kwestię z jednego z pytań wyżej – moja popularność była moja. Nie słuchali mnie ludzie, bo mnie usłyszeli u swojego ulubionego artysty albo przy okazji wspólnych kawałków, tylko musieli chcieć posłuchać mnie. Także ma to swoje plusy.

Sam nie jesteś często zapraszany na płyty, choć w ostatnich miesiącach się to zmienia. Nie da się jednak ukryć, że są to współprace albo z doświadczonymi raperami, albo bardziej uliczną częścią sceny. Myślałeś o kolaboracjach z młodszymi artystami?
Często odmawiam. Mam naprawdę sporo do roboty, chyba że układam puzzle (śmiech) i nie zawsze mam jak usiąść do gościnki. Lubię „nowy rap”, znam młodych polskich raperów. Sporej części słucham. Myślę jednak, że często na przeszkodzie stoi tematyka kawałka. Raczej mam odmienne spojrzenie na rzeczywistość niż większa część młodszych twórców.

#hot16challenge2 rozrosło się do gigantycznych rozmiarów i sięgnęło płaszczyzn, których pewnie Solar się nie spodziewał. Niektórzy przedstawiciele sceny stanowczo i krytycznie wypowiedzieli się na temat udziału polityków czy dużych koncernów w tej akcji. Jakie jest twoje zdanie?
Im więcej osób promuje i wpłaca pieniądze, tym lepiej. Nie miałem żadnego problemu ani z politykami, ani z koncernami biorącymi udział w akcji. Zresztą tak to często wygląda w przypadku imprez charytatywnych – politycy rapują, raperzy grają w piłkę, piłkarze tańczą, a tancerze jedzą bigos na czas. Mi to zupełnie nie przeszkadza.

W swojej szesnastce nawijasz, że jesteś spełniony. Są ruchy, których żałujesz lub zmieniłbyś je, na przykład jak Quebo, który wspominał na „Romantic Psycho” o odrzuceniu „Bożego Ciała”?
Jest dobrze, nie trza psuć. Nie wiem, czy coś bym zmienił. Działam zawsze w zgodzie ze sobą. Biorę na siebie tyle, ile chcę i myślę, że mogę unieść. Są jakieś nienajlepsze wspomnienia z różnych współprac na różnych polach, ale to się zawsze zdarza. A to szwalnia nawali, a to grafik. Ogólny kurs jednak mnie zadowala i nic bym nie ruszał. Natomiast jeśli chodzi o odrzucone propozycje reklamowe czy filmowe, uzbierało się ich przez te lata dużo, ale nie żałuję. Jestem raczej trudny na tych płaszczyznach, dlatego większą współpracę reklamową podjąłem póki co raz. W 99% z nich mi coś nie pasuje. (śmiech)

Od momentu założenia rodziny w twojej twórczości jest zdecydowanie mniej przekleństw, a i przekaz stał się bardziej prorodzinny. Jednocześnie na scenie pojawił się jeszcze silniejszy trend gloryfikujący narkotyki, nie tylko te miękkie. O swoje treści możesz być spokojny, ale czy nie boisz się o to, co obecnie lub w niedalekiej przyszłości z muzyki mogą wyciągnąć twoje dzieci?
Z młodym słuchamy razem 50 Centa. (śmiech) Co innego jednak, gdy słucha innych raperów, a co innego jakbym ja, jako ojciec nastolatka, nagrywał o narkotykach, szybkich kobietach czy w jakiś sposób to gloryfikował, a później wracał do domu i mówił: „Synu, to tylko tak wiesz”. Mi by było trudno to sobie ułożyć. Wiem, czym jest wstyd i staram się robić wszystko, aby moi synowie nie musieli się za mnie wstydzić.

fot. Paweł Wolak

Zostaw komentarz

Hip Hop,News
Nie słuchasz niemieckiej sceny? Sprawdź nowego Boneza, a zaczniesz

Choć wielu polskich raperów otwarcie mówi o swoich inspiracjach zaczerpniętych od artystów z zachodniej Europy, MC z Niemiec czy Francji wciąż nie są u nas zbyt popularni i dalej zdecydowanie ustępują tym ze Stanów. To niedobrze, bo chociażby nasi zachodni sąsiedzi mają wiele do zaoferowania. Bonez, członek legendarnego już składu 187 Stassenbande niedługo wydaje płytę, która spokojnie ma potencjał na stanie się nie tylko europejskim, ale też światowym hitem, a jego najnowszy singiel tylko to potwierdza.

Wiem, jakie macie pierwsze wrażenie po przesłuchaniu tego kawałka, bo trudno odnieść jakiekolwiek inne. Buja, nie? Mocny bass, nieco klubowe, ale wciąż posiadające oldschoolowy sznyt bity to znak rozpoznawczy nadchodzącej płyty, bo tym samym charakteryzuje się wydany wcześniej „Roadrunner”. Taka szata muzyczna sprawia, że szorstka nawijka i średnio melodyczny język niemiecki nie przeszkadzają, a wręcz sprawia, że są one całkiem przystępne.

187 to też typowo uliczna ekipa, co widać w zasadzie w każdym ich klipie, a ten nie jest wyjątkiem. Czuć atmosferę gangsterki, bo trudno inaczej odebrać wielkie worki z marihuaną czy karabiny na klipie, ale cały jego klimat również nieco to łagodzi i tym samym pozwala dotrzeć do większej liczby słuchaczy, a nie tylko tej stricte ulicznej. Jednocześnie Bonez nie rezygnuje ze swojej ordynarnej spontaniczności, pokazując dokładnie to, na co ma ochotę, nie licząc się z ewentualnymi opiniami kogokolwiek. W teledysku do „Big Body Benz” oprócz wielu skąpych modelek, spluw, fur i narkotyków możemy przecież zobaczyć scenę, w której jedyny czarnoskóry członek ekipy, Maxwell, klęczy na szyi policjanta. Kontrowersyjne? Oj tak. Wymowne? Bardzo. Dodatkowo klipy są zrobione z wręcz hollywoodzkim rozmachem, co absolutnie nie jest przypadkowe, bo jego nadchodzący album będzie miał właśnie tytuł „Hollywood”.

Przede wszystkim dlatego ma on szansę, by stać się międzynarodowym sukcesem. Ma rozmach, który pochwaliłby nawet Stefan „Siara” Siarzewski, odpowiednio czerpie przy tym z popularnych i komercyjnych trendów, jednocześnie nie tracąc wcale ulicznego i surowego klimatu, do którego Bonez przyzwyczaił. Ten raper udowodnił z resztą już nie raz, że potrafi przenosić się w bardziej ciekawe dla większości muzyczne strefy, nie rezygnując przy tym z tego, kim naprawdę jest. Dobrym przykładem są chociażby płyty z serii „Palmen aus Plastik” wydane wspólnie z Rafem Camorą, które oparte są na afrotrapowych, tanecznych, momentami wręcz karnawałowych podkładach.

fot. kadr z klipu „BONEZ MC – BIG BODY BENZ (Official Video)”, YouTube.com/CrhymeTV

Zostaw komentarz