Hip Hop,News

50 Cent odzyskał pieniądze… po 34 latach!

Kajetan Szewczyk -
Hip Hop,News - - Dodane przez Kajetan Szewczyk

50 Cent odzyskał pieniądze… po 34 latach!

Takie sytuacje sprawiają, że na język ciśnie się wyrażenie “karma wraca”. 50 Cent, podczas pobytu w Chicago, został zaczepiony przez pewnego jegomościa, który wręczył raperowi… 20 dolarów. Dlaczego?

Okazuje się, że wyżej wspomniany człowiek ukradł Fiddy’emu płytę CD, kiedy byli… w piątej klasie! Trochę minęło aż typa ruszyło sumienie, ale to się dopiero nazywa “spłata długu”. Oby tylko Fifty nie wydał tego na głupoty.

50 podkreśla, że historia jest absolutnie prawdziwa, bo dotąd sprawę znała jedynie jego kuzynka (i sam sprawca). Złodziej sprzed lat wyszedł z cienia i odkupił swoje winy. Swoją drogą – 20 dolarów – jak myślicie, jaką płytę mógł ukraść Fiddy’emu? Macie podobne wspomnienia z podstawówki? A może ktoś oddał Wam pieniądze, choć już zdążyliście zapomnieć, że je pożyczyliście?

fot. kadr z wideo “50 Cent Takes Over Bellator /DAZN Fight Night!”, youtube.com/50 Cent

Zostaw komentarz

Udostępnij
Hip Hop,Ranking
700 zł za jeden album? Najdroższe polskie płyty [Infografika]

“Płyty, płyty, płyty od kupowania mam odciski” – taką parafrazą klasyka dziś się z Wami przywitam. Jednak skończę już z tymi rymami, bo dziś czas się zająć płytami. Dokładnie mówiąc chodzi o albumy, które po czasie uzyskiwały na rynku niebotyczne ceny.  Specjalnie dla Was wybraliśmy kilka przykładowych wydawnictw.

Za który album trzeba zapłacić najwięcej? Na czele peletonu niezmiennie Eis i jego jedyny solowy projekt pt. “Gdzie jest Eis?”. Kiedyś mój dobry kolega powiedział, że “jeśli nie znasz tej płyty, to nie znasz polskiego hip hopu” – ciekawe stwierdzenie, ale w dużym stopniu się z tym zgadzam. Patrząc z perspektywy ceny, którą “Gdzie jest Eis?” uzyskuje, można użyć słowa “karma”. Tak, to jest karma dla słuchaczy, którzy kompletnie pominęli ten album, w momencie gdy został puszczony w obieg. Na forach można przeczytać o “szczęściarzach”, którzy rok, dwa po premierze, kupili ją na wyprzedaży za 15-20 zł (!). Jeśli wśród nich znalazł się lokalny Nostradamus, to wykupując pozostałości nakładu mógłby po latach zarobić na naprawdę fajne wakacje. Ile w pewnym momencie kosztował legal Eisa? 700 złotych. Tak, dobrze widzicie, siedem stów trzeba było wydać, aby mięć oryginał na półce. Dziś cena za “Gdzie jest Eis?” trochę spadła, ale dalej jest wysoka ponieważ wynosi około 450 zł.

Niedawno pisaliśmy o zaginionym klipie Eisa, który ponownie w dobrej jakości został wrzucony do Internetu. Ptaszki ćwierkają, że może to zwiastun reedycji “Gdzie jest Eis?”. Jest to jedna z nie wielu płyt wydanych przez wytwórnie T1-Teraz, która do dziś nie doczekała się wznowienia.

Dla prawdziwych kolekcjonerów liczy się posiadanie pierwszych wersji, w pewien sposób uznawanych za limitowane. Jednak dla fanów danego artysty najczęściej ważne jest posiadać jakąkolwiek wersję jego albumu. Z pomocą spragnionemu i zatroskanemu słuchaczowi przychodzi wtedy reedycja. W taki sposób po latach na półki sklepowe ponownie trafiły, takie tytuły jak “Światła miasta” zespołu Grammatik czy “Muzyka Klasyczna” i “Muzyka Poważna” duetu Pezet/Noon.

“Światła Miasta” swoją premierę na sklepowych półkach miały w 2000 roku. W czasach, gdy upragniony album mogliśmy kupić jedynie w sklepach stacjonarnych (no niektórzy kupowali również piraty na rynkach, ale o tym ciiii), cena za longplay warszawskiego składu wynosiła około 30 zł. W momencie, gdy nakład “Światła miasta” ostatecznie się wyprzedał, płyta stała się białym krukiem. W październiku 2009 roku, fan Eldo i Joutze za ich album musiał zapłacić aż 500 zł! Trzy lat później nakładem należącej do Noona oficyny Audio Games – “Światła miasta” powróciły na sklepowe półki. Jednak, jeśli zależy nam na oryginalnej wersji, to musimy liczyć się z wydatkiem około 300 zł.

Podobnie sprawa miała się z dwoma albumami duetu Pezet/Noon. “Muzyka klasyczna”, podobnie jak “Gdzie jest Eis?” i “Światła miasta”, ukazała się nakładem T1-Teraz. Natomiast “Muzykę poważną” wydało Embargo Nagrania, firma należąca do grupy ITI. Tak samo, jak w przypadku płyty Grammatika, pierwszą próbą “wskrzeszenia” płyt, podjął się odpowiedzialny za produkcję Noon. Interesującym faktem jest moment, w którym oba albumy Pezeta i Noona osiągały swoją najwyższą cenę. Pierwsza wersja “Muzyki klasycznej” najdrożej kosztowała w marcu 2016 roku, kiedy to trzeba było za nią zapłacić 390 zł. Minimalnie, bo tylko o 10 zł, przebiła ją rok później “Muzyka poważna”, która kosztowała 400 zł. Obie płyty swoją największą cenę wyśrubowały już w momencie, gdy na półkach leżała reedycja, która można było kupić za jedyne 30-35 zł.

Aktualnie ceny pierwszych wydań spadły o połowę i możemy je zakupić za około 150-200 złotych.

Wzrosty i spadek cen nie dotyczą tylko legalnych wydawnictw. W przypadku płyt, które były wydawane w dużych wytwórniach, zawsze istnieje szansa na reedycje. Natomiast, gdy chodzi o nielegale, to najczęściej jesteśmy skazani na “widzimisię” danego artysty. Jako przykład niech posłużą mikstejpy Dj Buhha, które w limitowanych ilościach były dostępne wyłącznie na koncertach Tedego. Pierwsze części Buhhów dziś są praktycznie niemożliwe do dostania. Trochę łatwiej jest już z jego ostatnimi dwoma krążkami. Zarówno “Drogę do odkupienia” jak “Hans Ximer Uwertura” można zakupić czasami w cenię poniżej 100 złotych.

Poniżej pełne zestawienie omawiany dzisiaj płyt.

A Wy drodzy czytelnicy, jakie najdroższe, najbardziej wartościowe płyty posiadacie w swojej kolekcji?

Foto. Instagram/tedef

Zostaw komentarz

Felieton,Hip Hop
Jeśli chodzi o rap, Warszawa to Nowy Jork?

Śmiała hipoteza? Oczywiście trzeba mieć świadomość diametralnie różnej skali, ale postaram się uzasadnić moje przemyślenia. Dlaczego, jeśli chodzi o scenę rap, Warszawa to Nowy Jork, a nie na przykład Los Angeles, Detroit czy Filadelfia?

Na początek kawałek, który nakłonił mnie do tego porównania. Chodzi o numer mający już 15 lat! To “New York” z szóstej solowej płyty Ja Rule’a. Gościnnie udzielają się na nim Fat Joe i Jadakiss, a gdzieś w tle znajduje się beef z 50 Centem (który ostatnio odzyskał hajs po 34 latach). Ten swoisty tribute dla Wielkiego Jabłka do dzisiaj jest świeżym bangerem, choć w 2004 roku na podobne brzmienie w Warszawie nie było co liczyć – 3 lata później dyskutowano o bitach na “TPWC”, które, jak na tamten czas, były dosyć niespodziewane nowoczesne (a na pewno nie stricte hip-hopowe).

Wracając jednak do głównej osi tematu – przecież ten numer z łatwością można wyobrazić sobie z nieco inną obsadą. Zamiast Rule’a, Joe i Kissa – Ero, Pyskaty i Pezet. Za bit odpowiadałby pewnie autor chamskiego, nowoczesnego brzmienia Szybkiego Szmalu, czyli Szogun, a nie duet Cool & Dre. Ekipa SzSz jeszcze się w tym zestawieniu pojawi.

To jest chamstwo

“Gdy Volt jeszcze brzmiał jak Pete Rock” – nawijał Pyskaty w “Bez granic“. Producent dziękował potem za ten wers w jednym z wywiadów. Przyznał, że faktycznie inspiracja była i jest istotne, by takie rzeczy zauważać. No właśnie – inspiracja skąd? W tym przypadku z Bronxu, ale ogólnie warszawska scena inspirowała się producentami i raperami z Nowego Jorku właśnie. Zresztą nie tylko warszawska scena, ale o tym, dlaczego to Warszawa jest Nowym Jorkiem (a nie na przykład Poznań), będzie za moment.

Warszawski styl, poza tym że kształtował się na nowojorskim brzmieniu, charakteryzował się wyczuwalnym i dosyć specyficznym cwaniactwem. Sposób nawijania, sam raperski słownik i patenty na poruszanie tematów – to było i do dzisiaj zostało bardzo szczególne. Przywoływanie Molesty enty raz jest za proste, więc spójrzmy na wspomniany wcześniej Szybki Szmal. Nowy Jork ma to do siebie, że nawet jeśli jakiś styl wymyślony zostanie np. w Chicago (jak drill), to i tak zostanie przeszczepiony do Jabłka. Warszawa ma podobnie. Niejako centralizuje hip-hop w Polsce, jeśli chodzi o wpływy muzyczne. “Szybki Szmal Mixtape” z 2005 roku to jest właśnie coś takiego. Przy czym idealnie zgrywa się z “butną” postawą nowojorczyków (“Ignorant shit” Jaya Z czy wersy w przytoczonym “New York” Ja Rule’a – nie wzięły się znikąd).

Taki mamy klimat

Nieistotne czy na ciętych samplach czy na syntetycznych bitach – Warszawa zawsze zachowywała pewną spójność. Dobrze oddają to chociażby kawałki Płomienia 81 – stylistyka może być różna, ale Ursynów bije z głośników.

W Polsce nigdy na dobre nie przyjął się g-funk (mimo starań FFOD, 2cztery7 i ekipy Grill-Funk). Można tutaj pójść za głosem Young Guru (nie rapera, a realizatora Jaya Z) i zgodzić się, że wszystkiemu winna jest… pogoda. No dobra, pogoda i urbanistyka.

Pogoda dla bogatych

Jednym z powodów, dla których muzyka z Los Angeles tak różni się od tej z Nowego Jorku, jest oczywiście Dr Dre. Kiedy zaczynał robić bity, stwierdził że mają dobrze brzmieć w samochodzie. Niby prosty punkt wyjścia. Tylko że czym jest jazda samochodem w Los Angeles? Wówczas raczej nieśpiesznym wożonkiem w upalny dzień. Co to oznacza? Że tempo bitów może być wolniejsze, a bas bardziej rozlany. To po prostu współgra z rytmem życia w LA.

Ale już nie w NY. Do raczej chłodnego klimatu bardziej pasują zimne sample i ciężka perkusja. “Mroczniejszy” styl wschodniego wybrzeża, to po prostu muzyczne odwzorowanie jego integralnych cech. Z kolei korki będące zmorą Wielkiego Jabłka sprawiały, że samochodem jeździło się wolno, bo… po prostu się stało. Do tego nie można mówić o specjalnie zachwycającej pogodzie. Słowem – muzyka ma nastrajać do ruchu, do akcji, ma pobudzać.

Tu nie ma ulic, tylko prospekty

Takie zdanie napisał kiedyś Jerzy Pilch o urządzeniu urbanistycznym Warszawy. Faktycznie, kto chociaż raz był w stolicy, ten zwróci uwagę na to, że zachowane układy ulic charakteryzują się dużą otwartością (główne arterie to nie są jakieś wąskie uliczki). Nie zmienia to faktu, że z różnych względów planistycznych – w Warszawie w pewnych godzinach się stoi. Do tego, w dużej części roku, jest raczej zimno (choć to tyczy się akurat całej Polski).

Ponieważ Warszawa jest medialną stolicą naszego kraju, to jej krajobraz społeczny – że tak to ujmę – też jest bardzo określony. Nie będzie dużego problemu z utworzeniem paraleli między różnicami stopnia zamożności w NY i w Warszawie. W obu miastach doświadczymy absurdalnie drogich i nowoczesnych miejsc, a także koszmarnie zaniedbanych i brudnych. Do tego Warszawa kojarzy się z szansą na lepsze życie, na osiągniecie sukcesu, “jak sobie poradzisz w Warszawie” itd.

Nic dziwnego, że z powyższych powodów narracja rapera ze stolicy będzie się jednak różniła od tej, którą snują wykonawcy ze Śląska (region z własną, bardzo bogatą historią i walką o autonomię w tle) czy ze Szczecina (blisko do Niemiec). Identyfikacja wewnętrzna każdego z miast jest szalenie różna, a Warszawa jest swego rodzaju tyglem. Co roku napływają do niej studenci z całej Polski. Co roku odpływają absolwenci do pracy za granicą. Że już nie wspomnę o imigrantach. Pod względem mieszanki kulturowej, Warszawie najbliżej jest do Nowego Jorku, choć oczywiście w o wiele mniejszej skali.

fot. kadr z wideo “Sokół: Nie lubię wpisywać się w trendy”, youtube.com/Vogue Polska

Zostaw komentarz