Hip Hop,Wywiad

AdMa: Kto ma o tym opowiedzieć, jeśli nie ja? [Wywiad]

Klementyna Szczuka -
Hip Hop,Wywiad - - Dodane przez Klementyna Szczuka

AdMa: Kto ma o tym opowiedzieć, jeśli nie ja? [Wywiad]

Mimo, że hip-hop w ostatnich latach bardzo się zmienił i otworzył, to raperkom, zwłaszcza w Polsce, wciąż poświęca się za mało uwagi. Jednak tym, co uderza najbardziej, jest ich dyskredytacja, która dotyka je nie tylko ze strony środowiska, ale także mediów. AdMa otwarcie i zaskakująco szczerze mówi o tym, jak wygląda sytuacja kobiet w hip-hopie oraz jak rap przekładał się na jej pracę.

Ada niedawno na stałe przeprowadziła się do Warszawy. Przed spotkaniem uprzedziła mnie, że zabierze ze sobą swoją dwuletnią shih tzu Churri, umówiłyśmy się więc przy Mokotowskiej, w Bazarze Kocha, gdzie można wejść z psem. Obie piłyśmy czarną kawę, obie ją lubimy – cytując pierwsze wersy „Bladoróżowej” – konkretnie kopie.

Nie odcinasz się od przeszłości, ale mówisz, że zaczęłaś nowy rozdział. Co było do tego impulsem?
Wszystko jest po coś. Ostatnio moja przyjaciółka Maja zadała mi pytanie, jaką radę dałabym 16-letniej Adzie, żeby było jej lżej i żeby nie wpadła w jakieś tarapaty. Po głębszym zastanowieniu powiedziałam jej: „wiesz, chyba, żeby się nie bała i robiła wszystko tak, jak do tej pory”. Każde doświadczenie, nawet bardzo przykre, sprawia, że stajemy się silniejsi. Mam wrażenie, że nie da się dobrze robić muzyki, jeśli się mało przeżyło. Z czasem też przekaz staje się bardziej klarowny – wyciągasz esencję z danej sytuacji i już, jak ja wcześniej, nie rozbijasz się o górnolotne metafory, którym bliżej do poezji lub grafomaństwa. (śmiech)

Uważasz, że twoje pierwsze albumy są zbyt rozpoetyzowane?
Jeden z nich tak – „Gdy Skrzydła w Popiele, Boginie Schodzą na Ziemię”.

Ale nie masz z tym problemu.
Nie. Tak miało w sumie być, chociaż rok temu, gdy rejestrowałam się w ZAiKS-ie i musiałam spisać swoje wszystkie teksty, sama się zastanawiałam, co ja wtedy miałam w głowie. Więc jeżeli ja się nad tym zastanawiałam, to znaczy, że ta płyta nie była trafiona. Ale ma fajną, bardzo ładnie zrobioną przez Miszkina, okładkę. (śmiech)

Utwór „Liberté”, który wydałaś parę miesięcy temu, i który stał się pretekstem do mojego felietonu o samodzielnym ustanawianiu granic, był twoim pierwszym tak zaangażowanym społecznie kawałkiem.
Nie poruszałam tych tematów albo ubierałam je w jakieś metafory. Więc tak, to pierwszy taki kawałek.

Jak czułaś się po premierze?
Uwolniona. Niektórzy mówią, że powinnam była rzucić ksywami, ale wtedy mówiłoby się, że wybijam się na plecach, i że chcę zrobić sobie fejm na sukcesach innych. A chodziło mi przede wszystkim o to, żeby ludzie zrozumieli, że o dziewczynach różne rzeczy krążą nie dlatego, że te dziewczyny są trefne, tylko to środowisko jest bardzo męskie. Stąd biorą się pomówienia, że jeśli coś ci się udaje, to na pewno – będę dosadna – musiałaś dać komuś dupy, co jest totalną bzdurą. Poczułam, że w końcu mam odwagę – kto ma o tym opowiedzieć, jeśli nie ja?

W jednej z linijek przyznajesz nawet, że wyrzucili cię z pracy przez mem, który trafił do sieci.
Zdegradowano mnie. Po dwóch tygodniach dowiedziałam się, że odbywały się spotkania dotyczące tego, co mają ze mną zrobić. O moim losie decydowały osoby nie z mojego pokolenia, nie słuchające rapu…

Kierujące się stereotypami…
…tak, które myślały, że jest to moja sesja zdjęciowa z przeszłości. W ogóle nie ogarnęły, że to Photoshop. To była bardzo niemiła sytuacja. Zbierałam się po niej ponad pół roku. To było dla mnie takie zetknięcie się z rzeczywistością.

Pracowałaś jako psycholog. Ludzie wiedzieli, że przychodzą po pomoc do raperki?
Rap zawsze był moją prywatną sferą. Informacje coraz szybciej jednak się rozprzestrzeniały i mimo, że ówcześnie byłam w totalnej dupie, jeśli chodzi o promocję, to w każdej pracy, do której trafiałam, po kilku dniach wszyscy wiedzieli. I za każdym razem musiałam udowadniać przełożonym, że jestem profesjonalna. Gdybym robiła disco polo, nie byłoby problemu, ale robię rap, a rap to w pojęciu wielu „narkotyki i demoralizacja”.

Wszędzie dotykał cię hejt.
Szokiem było dla mnie to, że jeżeli ktoś pisze w komentarzach, że jestem „ku*wą”, że nie mam nic w głowie, albo że moje cycki to silikon, to zawsze znajdzie się te kilka procent, które będzie myślało, że to prawda. Kiedy byłam młodsza, to tego nie kumałam. Teraz rozumiem i cieszę się, że są takie okazje jak wywiad z tobą czy Winim, po których ludzie piszą: „nie wiedziałem, że jesteś ogarnięta, mądra, ty jednak masz coś do powiedzenia”.

Kiedy zaczynałaś na poważnie zajmować się rapem, nie spodziewałaś się, że tak to będzie wyglądało?
Kiedy zaczynałam, nie myślałam, że dziewczyny mają jakoś gorzej. Zmieniło się to w 2013, jak wyszła „Szmaragdowa Szczerość” (oficjalny debiut – przyp. red.). Dopiero gdy bardziej weszłam w środowisko, skumałam, że jest jakiś problem. I na początku nie umiałam na ten szowinizm reagować. To było robienie dobrej miny do złej gry. Zresztą cały czas się uczę, że tej hardości trzeba nabierać. Tomb powiedział mi na przykład: „ty nie rób rapu, AdMa, ty możesz przedszkolanką zostać”. I wtedy się mocno wku*wiłam. To było w czasach, kiedy Tomb był na fali. Mówił, że może gdyby on pisał mi teksty, to coś by ze mnie było, bo ja ani podwójnych nie umiem, ani techniczna nie jestem, no nic, takie w rapie to zero. A takich komentarzy było dużo więcej.

Jak zaczęła się twoja zajawka?
Dużo było we mnie przemyśleń, emocji. Zaczęłam pisać, gdy miałam 12 lat. Najpierw wiersze, potem zobaczyłam, że pisanie można połączyć z muzyką, a chodziłam do szkoły muzycznej, i zaczęłam robić rap. Później znajomi pokazali mi Wdowę. Przeżyłam szok, że dziewczyny rapują i pomyślałam, że też chcę to robić – pisać, nagrywać, spotykać się z ludźmi, takimi jak ja. Słuchaliśmy Brudnych Serc, Smarki Smarka i ściągaliśmy crackowane płyty, bo nie było nas stać na oryginalne. Pezet wtedy nawijał: „tylko raz możesz słuchać tej płyty pierwszy raz”. Miałam wyrzuty sumienia, kiedy jej słuchałam, nie powiem, ale kupiłam ją po latach z drugiej ręki za trzy razy taką stawkę, za jaką była sprzedawana pierwotnie, więc myślę, że choć trochę się odkupiłam.

Wracając do kobiet – myślisz, że kiedyś na polskiej scenie zapanuje równość?
Nie wiem, ale z drugiej strony myślę, że gdybym w to nie wierzyła, to po co tu jestem? Problem jest też w tym, że ludzie nie wiedzą, że raperki istnieją. I są to nawet ludzie z rapu, co pokazuje żniwo wywiadu z Winim. Piszą do mnie: „wow, nie wiedziałem, że istniejesz, fajnie, że Wini cię pokazał”. A ja sobie myślę: „kurde, ja jestem na Polskę od 2013, brałam udział w takich akcjach jak Młode Wilki Popkillera czy jakichś konkursach, a jednak okazuje się, że trzeba cały czas o sobie przypominać i się promować”.

Masz w związku z tym jakiś cel?
Moim marzeniem jest, by dojść do takiego poziomu fejmu, że będę mogła sobie pozwolić na nagrywanie z każdym i nie będę musiała kalkulować, co się opłaca. I będę nawet mogła wyciągać te dziewczyny z podziemia, bo to nie będzie problem, że stracimy hajs. Niech ktoś je usłyszy. Kiedy słucham niektórych, zdarza się, że jestem zaskoczona, bo są mega zajebiste – nie że każda leci tak samo jak Cardi B albo Wdowa, albo Rena, tylko mają swój styl.

No właśnie, jesteś team Nicki Minaj czy Cardi B?
Jestem w obu teamach. Wiem, że one się pożarły, tak samo jak Bhad Bhabie z Iggy Azaleą, ale ta wojna jest bez sensu. Podobnie w Polsce. Niektóre raperki chcą się ze mną żreć, ale ja uważam, że jest nas mało i powinnyśmy trzymać się razem.

A jeśli chodzi o twoje inspiracje – w „Autoportrecie” na „A. Wraca Późno” mówisz, że twoje idolki nie były raperkami.
I nie żyją. Wtedy, gdy pisałam „A. Wraca Późno”, byłam zafascynowana Tamarą Łempicką. Tworzyła w epoce art déco, miała niby męża, ale była uważana za biseksualistkę. Już wiem jednak, że bardziej mogę o tym poopowiadać w wywiadach, bo rap musi mówić o tym, co jest tu i teraz.

W swojej twórczości często poruszasz temat wolności.
Tak, mam jakąś obsesję na jej punkcie. „Liberté” właśnie wzięło się stąd, że dawno temu sobie to wytatuowałam. Prowadziłam też bloga o tej nazwie, i tam publikowałam moje wiersze. To zawsze we mnie będzie – jestem buntownikiem, a ta wolność ma oczywiście różne formy.

W „Femme Fatale” rapujesz m.in., że pierścionki są dla ciebie jak smycze.
Tak, to był rok 2014… (śmiech)

Dużo zmieniło się od tamtego czasu?
(śmiech) Ale tu nie chodzi o pierścionki, to są tylko symbole. Wiesz, chciałabym mieć rodzinę, dzieci, trochę więcej psów, drewniany domek gdzieś w górach. Bardzo chciałabym w końcu gdzieś osiąść, osiągnąć niezależność finansową, bo na muzykę – mówiąc wprost – przeje*ałam dużo hajsu. Nie wiem, czy to się zwróci. Ckliwie się zrobiło. (śmiech)

Od czasu „Skrzydeł” bardzo pozmieniały ci się priorytety.
Ta płyta wynikała też z mojego trudnego, długoletniego związku, który niedawno się zakończył. Mój ówczesny partner mieszkał trochę w Stanach, trochę w Polsce, nie spieszyło mu się do niektórych rzeczy. Byłam jak lustro, które odbijało jego emocje. Stąd też cały wydźwięk tej płyty – jest o tęsknocie, braku spełnienia. Telefony nigdy nie zastąpią ci wspólnego wyjścia na obiad. Za długo to trwało, już jest po, dzięki Bogu, bo mogę też w tym aspekcie zacząć wszystko od nowa.

W „Skrzydłach w Popiele” wspominasz o mamie i babci. Rodzina wspierała cię w twojej muzycznej pasji?
Moja rodzina ogólnie nie jest za tym, że robię muzykę i to jeszcze taką „wulgarną”. I o ile teraz, jak mi się życie prywatne posypało, bardzo mi pomogli, zresztą jak zawsze, bo trzymamy się razem, to jednak ta muzyka…

Interesują się tym, co robisz?
Słuchają moich wywiadów, numerów, czasami mówią nawet, że fajny jakiś kawałek – zazwyczaj chodzi o te spokojne, które w ogóle nie siadły ludziom. Ale mama mi nie powtarza: „dziecko, uda ci się, będziesz najlepszą raperką w kraju”, wręcz przeciwnie. Słyszę: „po co ci to?” albo „pokazywali znowu tego twojego kolegę, cały w tatuażach, Boże kochany, widać, że on ma nierówno pod sufitem”.

Kiedy ukaże się twoja nowa płyta? W maju mówiłaśże gdy będzie jeszcze ciepło, a mamy październik.
Nie wiem. Miała ukazać się w sierpniu, ale goście, których zaprosiłam, potrzebowali więcej czasu, żeby się podogrywać. Część już to zrobiła, na część nadal czekam.

Zdradzisz ich nazwiska?
Nie, bo nie będzie niespodzianki. Ale chcę powiedzieć, że tych muzyków szanuję i uważam za bardzo dobrych. Jesienią na pewno wyjdą jakieś numery, ale nowa płyta dopiero w następnym roku. Tak myślę.

Wszystkie trafią na album?
Nie. Cały czas piszę, więc pewnie zrobię wam nową płytę. (śmiech)

Jesteś jak Kanye West! (śmiech) Miało być „Yandhi”, teraz niby wychodzi „Jesus Is King”…
Nie, Kanye więcej robi. (śmiech) Wiesz, muszę jeszcze zarabiać hajs, więc nie mogę nad tym cały czas siedzieć.

fot. materiały prasowe

Zostaw komentarz

Udostępnij
Hip Hop,News
Cardi B: Przemysł muzyczny nie wierzył i srał na raperki

Możecie jej nie lubić, a jej osoby nie traktować poważnie, ale – no właśnie, ale – nie możecie nie zgodzić się z tym, że Cardi B jest ważną postacią dla sceny. „Invasion of Privacy”, jej debiutancki album, promowany był przez jedne z głośniejszych singli tej dekady, a sama płyta – swoją drogą naprawdę ładnie skrojona (popowo-trapowa, nieszczędząca soulowych momentów jak „Thru Your Phone”, „Ring” z Kehlani albo „I Do” z SZA) – osiągnęła światowy sukces komercyjny, a także zdobyła uznanie mediów.

W dyskusji o kobietach, to istotne wydarzenie. Mimo, że w Stanach Zjednoczonych wygląda to nieco lepiej, tak w kontekście równościowym wiele kwestii wciąż pozostawia wiele do życzenia. O problemach z tym związanych – na naszym podwórku – otwarcie zaczęła mówić AdMa. Cardi B z kolei w ostatnim wywiadzie z serii „Rap Radar”, promującym nowy projekt Netflixa, „Rhythm & Flow”, przyznała, że jej sukces otworzył drzwi wielu raperkom i zwróciła uwagę na to, jak wyglądała ta branża.

Przede mną nie było żadnych raperek, które należały do wytwórni. Wiesz, takich, które miały już pozycję. Nikt z nimi nie podpisywał kontraktów. A teraz po prostu każdy to robi (…) nikt nie chce przegapić możliwości. Wiele labeli mnie olało, poszłam do kilku (…) i mówili nie, nie, nie, nie

Następnie Cardi B swoją wypowiedź podsumowała i sprostowała na Twitterze:

Wydaje się, że to było niemożliwe, aby było więcej raperek niż jedna. Raperzy nie płacili im nawet za featy

I rzeczywiście dopiero od niedawna dziewczyny przebijają się do mainstreamu na większą skalę. W tym roku debiutowała choćby Megan Thee Stallion, sporo słyszy się także na przykład o Lizzo, Tierrze Whack czy Noname. W dodatku nie każda z nich musi charakteryzować się rozseksualizowanym wizerunkiem, aby przyciągać uwagę. Wystarczy charyzma.

fot. kadr z filmu „Rap Radar: Cardi B & T.I.”, youtube.com/TIDAL

Zostaw komentarz

Felieton,Hip Hop
Banger King? Niech żyje król! – Kizo „Złoto i Biel” [Recenzja]

Choć Kizo swoją pierwszą solową płytę wydał w maju 2018 roku, popularność zyskał dopiero kilkanaście tygodni później przy okazji wydania singla pt. „Czempion” wraz z Malikiem Montaną promującego kolejne wydawnictwo studyjne o tym samym tytule. Od tego czasu do rapera z Gdańska przylgnęła łatka autora przesiąkniętych mocnym basem bangerów, które jednak -poza przyjemną warstwą muzyczną – nie miały wiele więcej do zaoferowania. Oprócz tego Kizo stał się w zasadzie chodzącym memem, w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Czy jego najnowsza płyta pt. „Złoto i Biel” wpasowuje się w powszechnie przyjętą definicję jej autora?

Banger King

Kizo nawet nie czekał, aż ktoś nada mu ten tytuł. Zrobił to sam, przy okazji poprzedniego wydawnictwa. Słuchając całego „Złota i Bieli” od deski do deski możemy wyciągnąć w tym temacie tylko jeden wniosek: Niech żyje król! Z jedenastu utworów, które znajdują się na krążku, tylko dwa nie sprawiają, że całe pomieszczenie rusza się razem z głośnikami. „Niebieski Bentley” i „Pablo Notoelo” są spokojniejsze od reszty, ale wciąż nie można ich nazwać zamulaczami, bo są i tak bardziej energiczne niż domniemane bangery z płyt innych raperów. Stwierdzenie, że ta płyta buja, byłoby niedopowiedzeniem tak mocnym, jak określenie Okiego ledwie przyzwoitym technicznie raperem. Coś mi się wydaje, że Kizo będzie miał na sumieniu mandat niejednego ze swoich słuchaczy, którzy otrzymają od smutnych panów w niebieskich mundurach kwitek za zakłócanie spokoju (albo przekroczenie prędkości).

Jestem Kizo, nie Kendrick

Właśnie takim wersem raczy nas Kizo w kawałku „Tryb Komfort”. To idealna odpowiedź na zarzuty jego hejterów, którzy twierdzą, że jego teksty nie dość, że są monotonne, to jeszcze są o niczym. Nie sposób przecież nie przyznać im częściowej racji. „Porsche” czy „Aperol” to faktycznie słowa klucze, zresztą nie jedyne na tym krążku, i naprawdę przewijają się kilka razy, choć nie pokusiłem się o ich zliczenie. Kizo sam jednak zwraca uwagę, że nie jest raperem, który w swoich tekstach najwyższy priorytet nadaje tekstom. Nie o to chodzi w jego muzyce. Czy w takim razie, skoro te teksty faktycznie nie są zbyt ambitne, nie ma w nich również przekazu? Jest, choć czasami, jak na przykład w „Paulo Notoelo”, świadomie od niego odchodzi, by po prostu sobie pożartować. Z tego też jest przecież znany. Jasne jest, że nie usłyszymy w jego twórczości wycieczek do łaciny typu „vide cul fide” czy „semper fidelis”, ale to nie znaczy, że te utwory nie przekazują żadnych wartości. One są o wygrywaniu życia. Kizo na swoim przykładzie chce pokazać, że każdy może osiągnąć taki sukces. Mądrze też zaznacza w kawałku „Nam się udało”, że jego tryumf powinien być dla innych motywacją i dowodem na to, że się da. Zresztą, nie on pierwszy wspomina o tym w swojej twórczości. KęKę w kawałku „Zrobiłeś to chłopak” nawija: „Jestem dowodem, że można”. Z kolei Białas w ramach gościnnej zwrotki u Jana-Rapowanie w utworze „W szoku” rapuje: „Ja nie wożę się gdy mówię, że mam szafę Gucci / Chce pokazać ci, że ty też możesz jak się ruszysz”. Tym panom braku treści i wartości raczej się nie zarzuca, więc Kizo też nie powinno, nawet jeśli nie znajdziemy u niego w tekstach morałów na inne tematy.

Kizo znalazł sposób

W numerze „Mój Kościół” Paluch sam o sobie nawija: „Paluch znalazł sposób”. To samo może o sobie powiedzieć Kizo. Na przestrzeni ledwie półtora roku wydał on aż 4(sic!) solowe albumy, a przecież pracuje jeszcze nad krążkiem Chillwagonu. Nie robiłby tego, gdyby jego twórczość zwyczajnie się nie przyjmowała, a jest tak dlatego, że Kizo konsekwentnie idzie utartym przez siebie szlakiem. Oczywiście, nie jest to prosta ścieżka, bo pewną zmianę muzyczną da się odczuć, o czym z resztą sam wspominał, ale droga pozostaje ta sama. Kizo po raz kolejny pokazał, że wie, jak dobrać gości, by ci pasowali do numeru i albumu oraz jak zrobić to w taki sposób, by mimo wszystko nie było monotonnie. W końcu zabawnie ordynarnej zwrotki Sapiego nie sposób porównać z tą wysublimowaną Taco Hemingwaya. Kizo nie tylko znalazł więc patent na sukces, ale również trzyma się go, choć nie na tyle kurczowo, by nie wprowadzić do niego momentami pewnych modyfikacji. To może spowodować tylko wysyp kolejnych płyt, a jeśli będą na poziomie „Złota i Bieli”, to z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że na nie czekam.

fot. kadr z klipu „Kizo feat. Sapi Tha King – PAULO NOTOELO”, YouTube.com/KizoOficjalnie

Zostaw komentarz