Felieton,Hip Hop

Bedoes został baletnicą! Marcin Flint (po)został dziennikarzem [Adwokat Diabła]

Kajetan Szewczyk -
Felieton,Hip Hop - - Dodane przez Kajetan Szewczyk

Bedoes został baletnicą! Marcin Flint (po)został dziennikarzem [Adwokat Diabła]

Dobra, żarty żartami, ale hasło “hip-hop nie dzieli nas, a łączy” weszło chyba trochę za mocno. Jednak zacznijmy od początku. Otóż dosyć niespodziewanie Marcin Flint przeprowadził “Najgorsze pytania” z Kalim na kanale CGM. Niespodziewanie, bo dotąd robił to Artur Rawicz. Być może wybór Flinta był celowy (ja przynajmniej tak to odebrałem), bo na przestrzeni CGM Rap-Podcastu, rzeczony dziennikarz sporo o Kalim mówił, a i własne zdanie na temat rapera zmienił – żeby nie było, zmienił na lepsze. Czyli takie podwójne dno, bo kiedyś byśmy sobie nie wyobrazili panów przy stole, a tutaj sobie śmigają “Najgorsze pytania” jak źli i jesteśmy happy.

Przyznaję, że kiedy tak oglądałem to przemiłe spotkanko, to pytanie “Gang czy Maffija” faktycznie mnie zdziwiło (a jakiś przebrzmiały konflikt z Multim nawet nie przyszedł mi do głowy). Kali nie wszedł w żadne całuj-fingielowe sprawy i po prostu odpowiedział, że przecież jest Ganja Maffija. Głupie pytanie, to i głupia nieco cringe’owa odpowiedź, bo naprawdę nie wiem, do czego to miało prowadzić. Nie wie tego również Bedoes, który na swoim insta podzielił się refleksjami na temat najnowszego odcinka “Najgorszych pytań”. Główne spostrzeżenie rapera brzmiało tak:

Jak ma być na naszej scenie dobrze, jak nawet dziennikarz muzyczny stara się sprowokować jakąkolwiek sytuacje?

Otóż, pozwolę sobie odpowiedzieć na to pytanie za Marcina Flinta, bo nie tylko Marcin Flint jest dziennikarzem muzycznym (choć według Bedoesa, jeśli Flint jest dziennikarzem muzycznym, to Bedoes jest baletnicą – no nie jest, darujcie tytuł).

O ile samo pytanie “Gang czy Maffija” jest jakimś dziwacznym baitem i szukaniem w sumie nie do końca wiadomo czego, to już ciągnięcie raperów za język i wyłuskiwanie branżowych niesnasek, kontrowersyjnych opinii itd., nie jest niczym złym. Po pierwsze dlatego, że nie wkłada się nikomu w usta żadnego zdania, po prostu poluje się na moment, kiedy dana osoba może się z jakąś opinią wyświetlić. Po drugie, nie ukrywajmy, wszyscy czytelnicy portali branżowych (i nie tylko) najchętniej reagują właśnie na takie treści. Don’t hate the player, hate the game.

Poniekąd poruszałem już ten temat podczas wywiadu z Yurkoskim. Choć akurat wtedy zależało mi na wyłuskaniu odpowiedzi, czy dziennikarz powinien otwarcie wyrażać swoje opinie, zwłaszcza negatywne, względem osoby, z którą rozmawia. Moim zdaniem powinien, a w niektórych przypadkach nawet musi. Byłoby to dla mnie kuriozalne, gdyby dziennikarz jechał zakulisowo po kimś, albo nawet pisał niepochlebne rzeczy na temat tej osoby, a potem się głupio uśmiechał i przeprowadzał wywiad na zasadzie spijania sobie z dziubków. Jeśli takiej jedności środowiska chcemy, to ja wysiadam.

Bedoes w swojej krótkiej przemowie zaznaczył, że wypowiedzi Flinta na jego temat (ale nie tylko jego) są często szydercze, nieprzychylne itd. Okej, to ja tu staję w obronie, bo – uwaga – te wypowiedzi mogą takie być. Dziennikarz muzyczny nie jest tubą informacyjną! Nie jest od tego, żeby promować i propsować każdą płytę. Jeśli faktycznie nie chce być niemiły, to może po prostu recenzować i rozpowszechniać to, co faktycznie mu się podoba. Też spoko. Tylko że tak daleko nie zajedziemy, bo jeśli dziennikarstwo muzyczne ma mieć sens, to należy też niektóre zjawiska w środowisku piętnować, niektórym zwracać uwagę na ich koślawość, jeszcze inne skłaniać do rozwoju. I jeśli weźmiemy się za to, co Flint robi, jako dziennikarz muzyczny – mam na myśli recenzje – to wykonuje swoją robotę w sposób diablo rzetelny. Że ma swoje gusta? Oczywiście. Że repertuar może mu nie odpowiadać? Jak najbardziej. Że jest betonem? A właśnie – nie jest. I to pokazuje choćby zmiana opinii o twórczości Kaliego.

Bedoes jest bardzo dobrym raperem, przed którym jeszcze sporo dobrego. Flint jest bardzo dobrym dziennikarzem muzycznym, którego głos zawsze budzi kontrowersje (patrząc po komentarzach) i bardzo dobrze! Przede wszystkim życzę wszystkim więcej luzu, bo jakby głupie pytanie “Gang czy Maffija” nie było, to i tak jest nieszkodliwe. Ponownie odsyłam do mojego wywiadu z Yurkoskim, tam co nieco więcej o temacie. A tu macie “Najgorsze pytania”, od których wszystko się zaczęło.

Żeby zakończyć temat raz i dobrze – dwie kwestie. Pierwsza, to mój artykuł o tym, dlaczego czasami portale branżowe strzelają takimi kwiatkami, że nie wiadomo, za co się złapać – TUTAJ. Druga, to seria “Cringe Tygodnia”, którą pewnie niektórzy z Was pamiętają, a za której odcinki co jakiś czas dostawałem różne przemiłe wiadomości typu: “zabij się”. Seria skupiała się na pokazywaniu tego, co w danym tygodniu było w rapowym grajdołku najdziwniejsze, najśmieszniejsze, najbardziej żenujące itd. – pewnie, selekcja była subiektywna, ale poza małymi złośliwościami, to były strzały merytoryczne, które miały dać do myślenia – tak twórcom, jak i odbiorcom. Wychodziło różnie, ale sprawdziła się tam jedna rzecz. Kiedy odcinek traktował akurat o postaci, którą fani niespecjalnie lubią, to byli w stanie się z tego śmiać. Jeśli jednak dotykał ich idola, to od razu byłem persona non grata. Niby naturalne ludzkie odruchy, ale jeśli chcemy w ogóle dyskutować na jakikolwiek temat – czy to sceny, czy trendów się na niej rozwijających, czy postawy raperów, czy <wstaw-dowolny-istotny-dla-branży-temat>, to musimy zaakceptować, że ktoś ma inny gust, inne spojrzenie, o co innego mu chodzi.

Bottom line – pytanie “Gang czy Maffija” było dziwnym wykwitem, ale padło i już, nie róbmy afer, nic się nie stało. Bedoes nie jest baletnicą (ale co się sobie wyobraziło, tego się nie odwyobrazi), a Marcin Flint (po)został dziennikarzem muzycznym. Chyba możemy się rozejść, co?

fot. kadr z wideo “Kali: “W życiu nie umówiłbym się z policjantką” (Najgorsze Pytania)”, youtube.com/CGM.PL

Zostaw komentarz

Udostępnij
Hip Hop,News
Córka R. Kelly’ego: “Wiedziałam, że podobają mi się dziewczyny, ale nauczono mnie, że podobają się chłopcom”

Jaah Kelly, 18-letnia córka R. Kelly’ego, opowiedziała magazynowi Paper o trudnościach, z jakimi musiała się zmierzyć, wychodząc z przysłowiowej szafy. I mimo, że jej historia nie ma bezpośredniego związku z hip-hopowym światkiem, jest ważna w kontekście zmian, jakie zachodzą w społeczeństwie i kulturze. Dobrze jest otwarcie rozmawiać, zarówno o nich, jak i o szeroko pojętej seksualności.

Jaah, w wieku 14 lat, na swoim nieaktywnym już koncie Ask.fm (pamiętacie jeszcze ten portal?) wyznała, że jest transseksualnym chłopakiem i przedstawiła siebie jako Jay. Wiedziała o tym, odkąd skończyła 6-7 lat. “Wierzę, że jestem chłopcem i chciałbym, aby chirurdzy i medycyna pomogli mi stać się tym, kim powinienem być” – wyjaśniła.

Kiedy opublikowałam tamto wideo, byłam bardzo przestraszona. Gdy byłam młodsza, czułam się, jakbym musiała dokonać wyboru. Wiedziałam, że jestem dziewczyną, której podobają się inne dziewczyny. Ale to, czego byłam nauczona, to to, że podobają się one tylko chłopcom

Kelly zaczęła nosić męskie ubrania, co często było problematyczne dla niej w codziennych sytuacjach, i mimo wsparcia najbliższych, popadła w głęboką depresję, przez co spędziła trzy tygodnie w szpitalu psychiatrycznym. Więcej o jej historii, do czego zachęcamy, możecie przeczytać TU.

Dzisiaj jednak, po tym jak dorosła i zrozumiała siebie, Jaah identyfikuje się jako lesbijka, lecz przyznaje, że nie ma dla niej znaczenia to, jak zwracają się do niej ludzie. “What it means to be alive on this side” (“Pretty Sweet”, Frank Ocean).

Otoczenie

Choć kwestia rodziców nie ma wpływu na orientację dziecka, to musimy przyznać, że w kontekście sprawy R. Kelly’ego, postawa jego córki jest odważna i poruszająca. O całej sprawie Kellsa, zarzutach o molestowanie (także nieletnich), pisaliśmy obszernie i możecie zapoznać się z tym wnikliwiej pod tymi linkami:

  1. R. KELLY JUŻ NIE POLECI
  2. MIESIĄC PO „SURVIVING R KELLY” – CO SIĘ WYDARZYŁO?
  3. R. KELLY W KOŃCU PRZEMÓWIŁ! “NIE ZROBIŁEM TEGO! WALCZĘ O ŻYCIE!”
  4. PEDOFILIA W HIP-HOPIE

fot. Instagram.com/Paper Magazine

Zostaw komentarz

News
Serwisy streamingowe mają problem z wypłacalnością! Artystom należy się hajs

Myślicie, że obecność na Spotify, Tidalu czy Apple Music, sprawia, że artyści zarabiają miliony milionów? Otóż nie. Są tam, bo tego wymaga rynek. Chcieliby zarabiać, ale to jest trochę problematyczna kwestia. Dlaczego? Czyżby Spotify, Tidal, albo Apple Music, miało jakieś niecne zasady funkcjonowania? Nic bardziej mylnego, bo intencje są dobre, ale wcale nie jest kolorowo. Problem zasadza się na czymś z pozoru absurdalnym. Często nie do końca wiadomo, komu należy wypłacić pieniądze i ile. I to jest fakt, takie jest na przykład stanowisko Spotify’a, który robi wszystko, by zapłacić twórcom ich należność, ale firma przyznała, że nie jest w stanie zawsze wszystkiego prześledzić. O co chodzi?

Transparentność

Zazwyczaj, kiedy słuchamy jakiegoś utworu, to widzimy w opisie, kto jest wykonawcą, z jakiej płyty pochodzi, czasami mamy uwzględnionego producenta i np. autora tekstu. Problem jest jednak o wiele szerszy. Weźmy za przykład takie “Dark Horse” Katy Perry. Kawałek napisało sześć osób, włącznie z wokalistką i Juicy J’em, który rapuje w nim gościnnie. Jeśli kawałek zostanie scoverowany, to dalej cztery osoby powinny dostać hajs. To jest różnie rozwiązywane, bo czasem autorzy sprzedają prawa wytwórniom i to one wówczas mają bezpośredni zysk. Jak widzicie zależności jest bardzo sporo, a kawałków do ogarnięcia setki tysięcy. Serwisy streamingowe nie mają łatwo. Co jednak, kiedy serwis nawet nie wie, że powinien komuś zapłacić? Czy wiecie, że perkusista, który gra na bębnach na płycie “21” Adele nie jest nigdzie opisany w cyfrowej dystrybucji? A jemu też należą się pieniądze.

Hajs, Hajs, Hajs

Załóżmy jednak, że wszystko się dobrze skończyło i serwis wie, komu wypłacić pieniądze. Wiecie, ile dostaniecie za to, że ktoś odpalił Wasz kawałek raz w serwisie Apple Music? 0,00783 centa (dla porównania Spotify płaci od 0,006 do 0,0084 centa w zależności od praw, a Tidal 0,01284 centa). To oznacza, że żeby zarobić na tym chociaż 100 dolarów, ktoś musiałby odtworzyć Waszą piosenkę 12780 razy. W to wliczone są oczywiście opłaty, które pobiera sobie serwis. Trudno powiedzieć, ile pieniędzy w ogóle jest w obrocie. Z pomocą może przyjść blockchain. Każdy twórca miałby otwarty swój transparentny rachunek i aplikacja śledziłaby go na bieżąco. Każda operacja byłaby do wglądu. Nie byłoby więc mowy o tym, że wykonawca ponosi jakieś ukryte koszta, opłaty manipulacyjne itd. Tu z pomocą przychodzi Opus.

Czym jest Opus?

OPUS to zdecentralizowana platforma muzyczna oparta na kryptowalucie Ethereum oraz IPFS (technologii zdecentralizowanego przechowywania plików). Główną misją platformy jest zmienienie tego, w jaki sposób działa branża muzyczna. Obecnie Spotify, Apple Music, czy Tidal, pobierają bardzo duże prowizje, które oczywiście wynikają z dużych kosztów, np. utrzymania infrastruktury, którą posiadają. Technologia blockchain może to zmienić. Dzięki niej OPUS chce zmniejszyć prowizje z ponad 40% do ok. 10%. OPUS chce także wyeliminować z rynku pośredników, którzy odpowiadają za rozliczanie tantiem. To tam grzęźnie sporo pieniędzy, a blockchainowe smart contracty mogą zrobić to automatycznie – bez udziału osób trzecich. Transakcja jest czysta i dwuosobowa – mamy słuchacza i twórcę.

Dlaczego to jest interesujące?

Nie dość, że interesujące, to jest to po prostu ważne. Wszyscy życzylibyśmy sobie świata, w którym my, jako odbiorcy, mamy dostęp do ulubionej muzyki, a twórcy mogą ją nam w łatwy sposób dostarczyć i przy okazji czerpać z niej zyski. W czasach kiedy streamingi stały się powszechną formą odbierania muzyki, ważna jest taka polityka platform streamujących, która nie krzywdzi żadnej ze stron tego muzycznego równania. Wkrótce przemysł muzyczny w swoim cyfrowym wydaniu może w dużej mierze opierać się na tym, co proponuje właśnie OPUS. Już dzisiaj możecie sprawdzić demo tego, co nadchodzi na oficjalnej stronie opus.audio.

Artykuł sponsorowany

Zostaw komentarz