Felieton,Hip Hop

Co się zmieniło, gdy ukazał się „The Chronic”?

Klementyna Szczuka -
Felieton,Hip Hop - - Dodane przez Klementyna Szczuka

Co się zmieniło, gdy ukazał się „The Chronic”?

Doczekaliśmy się. „The Chronic” w końcu trafił na streamingi, a dzisiejsza data nie jest przypadkowa. Debiutancki album Dr. Dre, wydany niespełna 28 lat temu, to kamień milowy w historii hip-hopu oraz hołd złożony najwyższej jakości marihuanie, bez której przecież materiał ten nie brzmiałby tak samo. Jego okładka nawiązuje nawet do opakowań słynnych bletek Zig-Zag. Kiedy w 1992 Los Angeles zbierało się po największych zamieszkach w historii Stanów Zjednoczonych XX wieku, spowodowanych uniewinnieniem czterech białych policjantów, którzy pobili czarnoskórego taksówkarza Rodneya Kinga, swoje początki miało Death Row, kariera Snoop Dogga i – oficjalnie – G-funk, podgatunek gangsta rapu.

Death Row Records, creeping while you’re sleeping/Ni**as with attitudes? Nah, loc, ni**as on a motherfu*king mission (…) D-R-E on a solo tip, fu*k them other fools (…) Oh, yeah, PS: Fu*k Mr. Roarke and Tattoo a.k.a Jerry and Eazy

„Intro”

Narodziny Death Row Records

Dr. Dre wydał „The Chronic” po tym, jak odszedł z N.W.A i Ruthless Records, wytwórni założonej przez Eazy’ego-E i managera muzycznego Jerry’ego Hellera. Stało się to po wydaniu drugiego albumu grupy, „Niggaz4Life” (1991), który odniósł olbrzymi sukces, podobnie zresztą jak pozostałe wydawnictwa Ruthless, do których przyłożył się Dre. Czuł się on jednak niedoceniony, bo zyski, jakie otrzymywali artyści wytwórni, były zbyt małe, w przeciwieństwie do tego, co zgarniał Heller. Miały zatem miejsce spory finansowe, aż w końcu Dre, Suge Knight i The D.O.C, którego ten drugi był ochroniarzem, zastraszając Eazy’ego i Jerry’ego, wymusili rozwiązanie kontraktu z pozostałymi dwoma członkami N.W.A i artystką Michel’le. Wtedy Dr. Dre i Suge Knight otworzyli Death Row; zebrali wokół siebie grupę młodych raperów i przystąpili do tworzenia pierwszego solowego projektu Dre, „The Chronic”. Nie brakuje więc na nim dissów i przytyków w stronę tej dwójki jak właśnie w „Intro” czy singlowym „Fu*k wit Dre Day”.

Snoop Doggy Dogg

Wiadomo, że Dre jest znacznie lepszym producentem niż raperem, więc obecność pozostałych artystów sprawiła, że przykryli oni niejako sztywne flow Doktora i wzbogacili album. Wśród osób, które związały się z Death Row i przyczyniły się do brzmienia „The Chronic”, najważniejszą postacią był Snoop Dogg. To młody raper sprawił, że Dre sięgnął po zioło, które palili w trakcie tworzenia płyty, co zadecydowało także o jej tytule. Co ciekawe, w 1988 Dr. Dre rapował w „Express Yourself” N.W.A: „Yo, I don’t smoke weed or sess/Cause it’s known to give a bother brain damage”…

To zatem dzięki „The Chronic” i wydanym wcześniej singlu Dre „Deep Cover”, rozpoczęła się kariera Snoopa. A na dobre rozkręciła się ona rok później, gdy raper pod opieką producenta wydał debiutancki „The Doggy Style” (1993) – album, który jeszcze bardziej rozpopularyzował G-funk.

Nowe brzmienie Zachodniego Wybrzeża

G-funk charakteryzują tłuste linie basu, melodyjne, długie syntezatory i obecność żywych instrumentów, za których pomocą oddaje się funkowe sample. Tych było więcej niż na produkcjach N.W.A, a celem Dre było to, aby jego nowy album brzmiał jak Parliament-Funkadelic. Inspirował się on także na przykład jazz-rapowym „The Low End Theory” A Tribe Called Quest. Klimat „The Chronic” był jednocześnie nieco wolniejszy, bardziej hipnotyczny niż dotychczasowe zachodnie nagrania. A to, co również decyduje o jego charakterze, to skity i wykorzystane fragmenty wypowiedzi, krzyków protestujących czy mediów podczas zamieszek w Los Angeles. „The Chronic” było również częściowo odpowiedzią na tamtejsze wydarzenia.

I got my finger on the trigger, some ni**as wonder why/But livin’ in the city it’s do-or-die

„The Day the Ni**az Took Over”

Wprawdzie Dr. Dre przyznaje, że nie lubi wracać do swojego debiutu, bo przypomina mu on trudne wspomnienia, z jakimi wiąże się dla niego tamten czas, ale „The Chronic” po tylu latach wciąż cieszy i brzmi dobrze. Wreszcie możemy odtwarzać go częściej.

fot. FilmMagic

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
Łobuz kocha najmocniej – DaBaby „Blame it on Baby” [Recenzja]

DaBaby wydał w zeszłym roku dwie wyśmienite płyty, które załatwiły mu miano debiutanta roku. Apetyt fanów na nowy materiał był więc gigantyczny i rósł w zasadzie z każdą kolejną aferą, którymi artysta raczył nas ostatnio częściej niż muzyką. Raper uderzył między innymi jedną ze swoich fanek czy przyparł do ściany pracownika hotelu. Te akcje wbrew pozorom tylko podnosiły mu poprzeczkę, bo wszyscy zastanawiali się, czy swoje wybryki będzie w stanie usprawiedliwić muzyką, czy może właśnie album potwierdzi wszelkie obawy i ostatecznie udowodni, że DaBaby ma już inne priorytety. Pierwszym argumentem rapera jest już przekorna nazwa wydawnictwa, a drugim, zdecydowanie mocniejszym jest jego zawartość. Zarzuty odparte. DaBaby może i ma nieco aferowicza, ale to przede wszystkim artysta pełną gębą.

Ain’t no stopping no ni**a like me

Powyższy wers jest powtarzany wielokrotnie w intro płyty, zupełnie niczym jakaś mantra. Bragga już wcześniej była niezwykle istotnym elementem twórczości rapera, ale w żadnym wypadku nie jest to sztuczna przewózka. Nie dość, że słychać to ze słów, które DaBaby nawija, to przede wszystkim czuć to w jego głosie. Z kompletną naturalnością mówi o tym, jak wozi ze sobą glocka („I keep it loaded when I ride ’cause I’m still a ni**a”), którego z resztą nie bał się użyć, gdy była taka potrzeba. W kawałku „Rockstar” opowiada sytuację sprzed półtora roku, kiedy to w ramach obrony własnej zastrzelił napastnika w Walmarcie. Oczywiście nawija też o tym, co zrobiłby twojej niuni. Nie są to jednak puste pogróżki rodem z miernej walki freestylowej, a bardziej rzeczywista relacja z ewentualnego miejsca zdarzenia. Te linijki sprawiają, że zastanawiasz się dwa razy, czy aby na pewno puścić swoją kobietę na jego koncert. Wtórują mu w tym nawet same Panie, co słychać w „Nasty” z gościnnym udziałem Ashanti i Megan Thee Stallion. Cały kawałek niezwykle obrazowo i przy pomocy mięsistych szczegółów opowiada o seksie, będąc ewidentną amerykańską odpowiedzią na „Niegrzeczną” Pezeta i WdoWy. Raperowi, jako prawdziwemu łobuzowi, nie obca jest też typowa hustlerka, która swego czasu była jedynym sposobem na życie. „I was six years old tryna sell a ni**a candy/ All i knew was how to get the money” – takie wersy są mocnym dowodem powyższej tezy, ale znajdą się nawet poważniejsze argumenty, jak chociażby: ” First time I ever robbed a plug, ni**a, I was still in school „.

I got feelings, I’m not hiding it

DaBaby jest bez wątpienia na zewnątrz twardy jak trzydniowa bułka z supermarketu, ale jest też dość czuły w środku, o czym świadczy nie tylko powyższy wers, ale też kilka innych, bardziej wymownych. „Sad Shit” jest kawałkiem pełnym tego typu linijek, a w jego refrenie artysta zwierza się, że wciąż tęskni za swoją poprzednią miłością („Now I’m gone and my heart’s empty„), co stawia uroczy kontrast do tych wszystkich tekstów uprzedmiotawiających kobiety, którymi rzuca w swoich innych kawałkach. DaBaby potrafił się więc zakochać w kobiecie, ale przede wszystkim swoje serce powierzył córce. W wyżej wspomnianym „Rockstar” tłumaczy, że w Walmarcie pociągnął za spust, bo chciał chronić swoje dziecko, które trzymał wtedy zresztą na rękach. Te brutalną historię kwituje żartobliwie: „My daughter a G, she saw me kill a ni**a in front of her, before the age of two„. W „Talk about it” nawija z kolei, że zabiera ją do studia, jak gdyby nigdy nie chciał się z nią rozstawać.

Drop the beat and watch me take it home

Ta łobuzersko-uczuciowa liryka opatrzona jest w niezwykle charakterystyczne dla artysty brzmienia. DaBaby dał się bowiem poznać po tym, że ujeżdża tłuste bity z potężnym bassem i właśnie takie są na nowym albumie chlebem powszednim. Nie oznacza to jednak, że raper nie pokusił się o pewne eksperymenty. W „Find My Way” melodię prowadzi niezwykle klimatyczna gitara. Podobnie użyta jest zresztą w „Rockstar”. Wcześniej wspomniane „Nasty” jest z kolei bardzo zmysłowe i brzmieniowo ma wiele wspólnego z przebojami R&B. Ciekawych zabiegów jest więcej, bo przecież podkład do „Lightskin sh!t” jest mocno futurystyczny i brzmi zupełnie, jakby został zabrany z „Eternal Atake” Lil Uzi Verta. Pod względem muzycznym „Blame it on Baby” jest więc kapitalną kompozycją, ponieważ daje fanom to, na co czekali, jednocześnie miło ich zaskakując.

fot. kadr z klipu „DaBaby – ROCKSTAR FT RODDY RICH [Audio]”, YouTube.com/DaBaby

Zostaw komentarz

Hip Hop,Ranking
4 piosenki, których musicie posłuchać 20 kwietnia

Jeśli zajrzycie dziś w zwykły kalendarz, który dostaliście od kominiarza, nie zobaczycie w nim nic specjalnego. Dowiecie się, że mamy imieniny Agnieszki, Teodora i Bereniki. To tyle. 20 kwietnia, choć nie jest jednak zaznaczony w większości kalendarzy na czerwono, jest świętem i to bardzo istotnym dla pewnej grupy społecznej. Przygotowaliśmy dla Was 4 piosenki, które są swoistymi „kolędami” dzisiejszego dnia i powinny zagościć na waszych słuchawkach czy głośnikach. A jeśli nie jest to święto, które uznajecie, to przynajmniej pomogą Wam je zrozumieć.

Twórczość Gurala często bywa niezrozumiała, ze względu na mnogość skomplikowanych słów i priorytet na zgrabne rymy, ale w tym konkretnym przypadku przekaz jest jasny. Chyba każdy z nas, nawet jeśli jeszcze tego nie rozumiał, w gimnazjum słyszał hasło: „Palić, sadzić, zalegalizować”. To wciąż standardowa, szpadyzorska przewózka, która niesłychanie buja, ale z poważnym tematem na tapecie.

Hemp Gru jest przede wszystkim znane z tekstów, w których walczy z systemem, broniąc swoich wartości. Jedną z nich jest przedmiot dzisiejszego święcenia, ale przedstawiony nie jako zabójcza trucizna, a… doktor. Nawet jeśli nie potrzebujecie się u niego przebadać, do tego klasycznego tracku na pewno pobujacie głową.

Biorąc pod uwagę sytuację w kraju, nie możemy dziwić się, że wiele piosenek o tej tematyce ma charakter protestów. Dzisiaj mamy jednak święto, a większość takich dni wiąże się przecież z miłością i wdzięcznością. Czemu więc nie uczcić tego lovesongiem? Tym bardziej, że połączone siły Kaliego z Włodim idealnie opisują uczucia do ich wyjątkowo ulotnej muzy.

Jak każde święto łączy pokolenia, tak dzisiejsze nie jest od tej reguły wyjątkiem. Młodzi raperzy również przejmują od starszych kolegów hobby i wartości, które później na swój sposób manifestują. Najlepszym przykładem jest Young Igi, który oprócz kolejnego hitu, chciał też zrobić piosenkę z konkretnym przekazem. Przy pomocy weterana sceny i tej tematyki, Włodiego, to po prostu nie mogło się nie udać.

fot. kadr z klipu „Włodi – Połamane Skrzydła (prod. The Returners)”, YouTube.com/Włodi

Zostaw komentarz