Hip Hop,News

Córka R. Kelly’ego: “Wiedziałam, że podobają mi się dziewczyny, ale nauczono mnie, że podobają się chłopcom”

Klementyna Szczuka -
Hip Hop,News - - Dodane przez Klementyna Szczuka

Córka R. Kelly’ego: “Wiedziałam, że podobają mi się dziewczyny, ale nauczono mnie, że podobają się chłopcom”

Jaah Kelly, 18-letnia córka R. Kelly’ego, opowiedziała magazynowi Paper o trudnościach, z jakimi musiała się zmierzyć, wychodząc z przysłowiowej szafy. I mimo, że jej historia nie ma bezpośredniego związku z hip-hopowym światkiem, jest ważna w kontekście zmian, jakie zachodzą w społeczeństwie i kulturze. Dobrze jest otwarcie rozmawiać, zarówno o nich, jak i o szeroko pojętej seksualności.

Jaah, w wieku 14 lat, na swoim nieaktywnym już koncie Ask.fm (pamiętacie jeszcze ten portal?) wyznała, że jest transseksualnym chłopakiem i przedstawiła siebie jako Jay. Wiedziała o tym, odkąd skończyła 6-7 lat. “Wierzę, że jestem chłopcem i chciałbym, aby chirurdzy i medycyna pomogli mi stać się tym, kim powinienem być” – wyjaśniła.

Kiedy opublikowałam tamto wideo, byłam bardzo przestraszona. Gdy byłam młodsza, czułam się, jakbym musiała dokonać wyboru. Wiedziałam, że jestem dziewczyną, której podobają się inne dziewczyny. Ale to, czego byłam nauczona, to to, że podobają się one tylko chłopcom

Kelly zaczęła nosić męskie ubrania, co często było problematyczne dla niej w codziennych sytuacjach, i mimo wsparcia najbliższych, popadła w głęboką depresję, przez co spędziła trzy tygodnie w szpitalu psychiatrycznym. Więcej o jej historii, do czego zachęcamy, możecie przeczytać TU.

Dzisiaj jednak, po tym jak dorosła i zrozumiała siebie, Jaah identyfikuje się jako lesbijka, lecz przyznaje, że nie ma dla niej znaczenia to, jak zwracają się do niej ludzie. “What it means to be alive on this side” (“Pretty Sweet”, Frank Ocean).

Otoczenie

Choć kwestia rodziców nie ma wpływu na orientację dziecka, to musimy przyznać, że w kontekście sprawy R. Kelly’ego, postawa jego córki jest odważna i poruszająca. O całej sprawie Kellsa, zarzutach o molestowanie (także nieletnich), pisaliśmy obszernie i możecie zapoznać się z tym wnikliwiej pod tymi linkami:

  1. R. KELLY JUŻ NIE POLECI
  2. MIESIĄC PO „SURVIVING R KELLY” – CO SIĘ WYDARZYŁO?
  3. R. KELLY W KOŃCU PRZEMÓWIŁ! “NIE ZROBIŁEM TEGO! WALCZĘ O ŻYCIE!”
  4. PEDOFILIA W HIP-HOPIE

fot. Instagram.com/Paper Magazine

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
O co Ostrego prosiła Jennifer Lopez – czyli o znikających i niespodziewanie pojawiających kawałkach

Ostatnio pisałem o wycieku starych nagrań Borixona i Onara jako Hardcorowej Komercji. Dziś postanowiłem jeszcze bardziej przyjrzeć się tematowi: leaków, snippetów i zagubionych materiałów. Ile razy nasz ulubiony raper wrzucał do sieci snippet swojego kawałka, a ostatecznie całości numeru nigdy nie było nam dane usłyszeć? Niestety, wiele razy i dziś przeanalizuję własnie takie przypadki.

Przypadkowy wyciek

Zacznijmy od najlepszej sytuacji dla słuchacza i najgorszej dla rapera. Pierwszy przykład tzw. “wycieku”, mieliście już w samym tytule, który odnosił się do wersu Ostrego z utworu “Nie dzwoń do mnie”. Numer został spontanicznie nagrany przez Eisa, Spinache i Ostrego. Zwrotka Eisa nikogo nie zaskoczyła, takie hustla-bragga raper uprawiał już na “Poszło w biznes”. Spinache, na początku XXI wieku, przechodził transformacje od grzecznego rapera z Thinkadelic do gościa chcącego poznać twoją matkię. Natomiast dla konserwatywnych fanów Adama z Łodzi to “uuu panie, panie, tak nie może być” – wersy o pie*oleniu trueschoolu i kręceniu hajsu na hip-hopie?  Nie każdy skumał ironię kawałka, przez co niektórzy fani byli mocno zszokowani. Do dziś nie do końca wiadomo, w jaki sposób ten track wypłynął do sieci.

Nie można zapomnieć również o Sentino, który mógłby być “sponsorem” dzisiejszego felietonu. Jego “Parę kulek” ostatecznie trafiło na oficjalny kanał rapera – Zero Legal. Jednak gdyby nie to, że jeden z fanów rapera, posiadał oryginalną wersje z Malikiem (Montana został finalnie wycięty), którą wrzucił na YouTube, to myślę, że “Parę kulek” dalej zalegałoby wyłącznie na dyskach wąskiej grupy osób.

W ostatnim czasie do sieci, trafiają również niepublikowane wcześniej kawałki Mac Millera. W tej kwestii artysta nie miał już nic dopowiedzenia.

Zmiana koncepcji

Raperzy często wrzucają fragmenty nowych kawałków na swoje social media, ale w późniejszym etapie produkcyjnym, zdarza się, że taki kawałek zostaje odstawiony na boczny tor. Ile razy czekaliśmy na całość danego utworu, aby po czasie dowiedzieć się, że jednak nie zostanie on finalnie opublikowany? Kilka lat temu Tede na swoim Instagramie umieszczał dużo snippetów numerów, które potem w morzu selekcji wypadały za burtę. Na szczęście fani TDFa, zawsze mogą liczyć na specjalnie edycji jego płyt (np. VanillaHajs – edycja premium), gdzie tracki, które nie weszły na pierwszą wersję album – zwykle pojawiały się właśnie na dodatkowej płycie.

Tede reprezentuje tę część raperów, którzy nagrywają bardzo dużo numerów i robią to regularnie. Jest na scenie jednak grono artystów robiących jeden longplay kilka lat, a przecież trendy na rynku ciągle ewoluują. Nikt nie chce zostać z tyłu, więc jak w 2013 nasz ulubiony raper wrzucił do sieci fragment kawałka z podpisem “płyta już na końcowym etapie, premiera w 2014”, a album ostatecznie wyszedł w 2018 – no cóż “sorry mordo, ale z tamtego okresu pozostały dwa numery, reszta trafiła do kosza”.

Czasami dany utwór również przepada, gdy raper planuje zaprosić do niego jednego lub dwóch gości, którzy ostatecznie nie dogrywają się i pomysł na track zwyczajnie się rozwiewa.

Nagrałem, fragmenty wrzucałem, ale po czasie zapomniałem

Punkt dedykowany tym raperom, którzy podchodzą do muzyki w sposób mocno zdystansowany. Oczywiście w tej materii na polskiej scenie króluje Sentino i jego “Zabójstwo liryczne 3“. Ile to snippetów z “ZL3” krąży po sieci? “Nóż we krwi”, “Las Vegas, Las Palmas, Las Kabacki”, “Jeszcze raz” i wiele innych potencjalnie dobrych numerów.

Jestem ciekaw, jak potoczą się losy utworów “Benz Dealer” i “Nie będziesz dzwoniła do byłych fagasów” [TYTUŁY NIEPOTWIERDZONE] Quebonafide. W okresie, gdy Queba był jeszcze aktywny w mediach społecznościowych, co jakiś czas wrzucał na Instagram krótkie fragmenty numerów, które miały wstępnie znaleźć się na kolejnej jego płycie. Trochę czasu minęło od momentu, gdy dwa powyższe kawałki pojawiły się w sieci, i zaczynam wątpić, że znajdą się na następnym legalnym wydawnictwie rapera.

Spalone płyty i spalone mosty

Dzisiaj bardziej roztropni artyści, kopie tracków trzymają na dyskach przenośnych, ale kiedyś, jak komputer się spalił, to spasiba, good bye, auf wiedersehen i płyty nie będzie. Jeśli trafiło to na płodnego rapera, jak Tede, to potrafił w krótkim czasie nagrać “3H: Hajs, hajs, hajs” jeszcze raz. Niestety, w wielu przypadkach tzw. złośliwość rzeczy martwych doprowadzała do porzucenia pracy na danym albumem. Na szczęście postęp technologiczny sprawił, że dzisiaj tylko największe “gapcie” mają takie problemy.

W tym punkcie dodać można jeszcze “ogień” na linii raper – producent, z którym to artysta nagrywa płytę. Do sieci trafiają fragmenty nagrań ze studia, ale po czasie dochodzi do konfliktu, przez co raper musi szukać innego miejsca do nagrywania i co gorsza – część kawałków zostaję na dysku producenta, który raczej nie jest chętny do udostępnienia wokali rapera, nie mówiąc już o całości nagrań.

Podobnie bywa w przypadku spięć artysty z wytwórnią. W Polsce takie przypadki zdarzają się rzadko, ale w Stanach, gdzie jest “big business” labele niechętnie chcą przystawać na ugodę i zwalniać rapera z części kontraktu. Taki np. Lil Wayne pozwał nawet “własną” wytwórnie…

Osobiście przyznam, że coraz rzadziej sprawdzam fragmenty tracków, które raperzy wrzucają w sieć. Nie ma sensu po czasie się rozczarować i zapętlać kilkunastu sekund snippetu. Osobną kwestią, o której tu nie wspomniałem, jest podmienienie bitu w ostatecznej wersji kawałka. Nasze ucho przyzwyczai się do podkładu z krótkiego filmiku i potem możemy być srogo zawiedzeni, gdy na albumie usłyszymy zupełnie inny bit. Albo inny sposób nawijki, jak było to w przypadku tego numeru:

Fot. kadr z klipu “Kali x Magiera feat. O.S.T.R. – Poza światem”, youtube.com/KaliGanjaMafia

Zostaw komentarz

Felieton,Hip Hop
Bedoes został baletnicą! Marcin Flint (po)został dziennikarzem [Adwokat Diabła]

Dobra, żarty żartami, ale hasło “hip-hop nie dzieli nas, a łączy” weszło chyba trochę za mocno. Jednak zacznijmy od początku. Otóż dosyć niespodziewanie Marcin Flint przeprowadził “Najgorsze pytania” z Kalim na kanale CGM. Niespodziewanie, bo dotąd robił to Artur Rawicz. Być może wybór Flinta był celowy (ja przynajmniej tak to odebrałem), bo na przestrzeni CGM Rap-Podcastu, rzeczony dziennikarz sporo o Kalim mówił, a i własne zdanie na temat rapera zmienił – żeby nie było, zmienił na lepsze. Czyli takie podwójne dno, bo kiedyś byśmy sobie nie wyobrazili panów przy stole, a tutaj sobie śmigają “Najgorsze pytania” jak źli i jesteśmy happy.

Przyznaję, że kiedy tak oglądałem to przemiłe spotkanko, to pytanie “Gang czy Maffija” faktycznie mnie zdziwiło (a jakiś przebrzmiały konflikt z Multim nawet nie przyszedł mi do głowy). Kali nie wszedł w żadne całuj-fingielowe sprawy i po prostu odpowiedział, że przecież jest Ganja Maffija. Głupie pytanie, to i głupia nieco cringe’owa odpowiedź, bo naprawdę nie wiem, do czego to miało prowadzić. Nie wie tego również Bedoes, który na swoim insta podzielił się refleksjami na temat najnowszego odcinka “Najgorszych pytań”. Główne spostrzeżenie rapera brzmiało tak:

Jak ma być na naszej scenie dobrze, jak nawet dziennikarz muzyczny stara się sprowokować jakąkolwiek sytuacje?

Otóż, pozwolę sobie odpowiedzieć na to pytanie za Marcina Flinta, bo nie tylko Marcin Flint jest dziennikarzem muzycznym (choć według Bedoesa, jeśli Flint jest dziennikarzem muzycznym, to Bedoes jest baletnicą – no nie jest, darujcie tytuł).

O ile samo pytanie “Gang czy Maffija” jest jakimś dziwacznym baitem i szukaniem w sumie nie do końca wiadomo czego, to już ciągnięcie raperów za język i wyłuskiwanie branżowych niesnasek, kontrowersyjnych opinii itd., nie jest niczym złym. Po pierwsze dlatego, że nie wkłada się nikomu w usta żadnego zdania, po prostu poluje się na moment, kiedy dana osoba może się z jakąś opinią wyświetlić. Po drugie, nie ukrywajmy, wszyscy czytelnicy portali branżowych (i nie tylko) najchętniej reagują właśnie na takie treści. Don’t hate the player, hate the game.

Poniekąd poruszałem już ten temat podczas wywiadu z Yurkoskim. Choć akurat wtedy zależało mi na wyłuskaniu odpowiedzi, czy dziennikarz powinien otwarcie wyrażać swoje opinie, zwłaszcza negatywne, względem osoby, z którą rozmawia. Moim zdaniem powinien, a w niektórych przypadkach nawet musi. Byłoby to dla mnie kuriozalne, gdyby dziennikarz jechał zakulisowo po kimś, albo nawet pisał niepochlebne rzeczy na temat tej osoby, a potem się głupio uśmiechał i przeprowadzał wywiad na zasadzie spijania sobie z dziubków. Jeśli takiej jedności środowiska chcemy, to ja wysiadam.

Bedoes w swojej krótkiej przemowie zaznaczył, że wypowiedzi Flinta na jego temat (ale nie tylko jego) są często szydercze, nieprzychylne itd. Okej, to ja tu staję w obronie, bo – uwaga – te wypowiedzi mogą takie być. Dziennikarz muzyczny nie jest tubą informacyjną! Nie jest od tego, żeby promować i propsować każdą płytę. Jeśli faktycznie nie chce być niemiły, to może po prostu recenzować i rozpowszechniać to, co faktycznie mu się podoba. Też spoko. Tylko że tak daleko nie zajedziemy, bo jeśli dziennikarstwo muzyczne ma mieć sens, to należy też niektóre zjawiska w środowisku piętnować, niektórym zwracać uwagę na ich koślawość, jeszcze inne skłaniać do rozwoju. I jeśli weźmiemy się za to, co Flint robi, jako dziennikarz muzyczny – mam na myśli recenzje – to wykonuje swoją robotę w sposób diablo rzetelny. Że ma swoje gusta? Oczywiście. Że repertuar może mu nie odpowiadać? Jak najbardziej. Że jest betonem? A właśnie – nie jest. I to pokazuje choćby zmiana opinii o twórczości Kaliego.

Bedoes jest bardzo dobrym raperem, przed którym jeszcze sporo dobrego. Flint jest bardzo dobrym dziennikarzem muzycznym, którego głos zawsze budzi kontrowersje (patrząc po komentarzach) i bardzo dobrze! Przede wszystkim życzę wszystkim więcej luzu, bo jakby głupie pytanie “Gang czy Maffija” nie było, to i tak jest nieszkodliwe. Ponownie odsyłam do mojego wywiadu z Yurkoskim, tam co nieco więcej o temacie. A tu macie “Najgorsze pytania”, od których wszystko się zaczęło.

Żeby zakończyć temat raz i dobrze – dwie kwestie. Pierwsza, to mój artykuł o tym, dlaczego czasami portale branżowe strzelają takimi kwiatkami, że nie wiadomo, za co się złapać – TUTAJ. Druga, to seria “Cringe Tygodnia”, którą pewnie niektórzy z Was pamiętają, a za której odcinki co jakiś czas dostawałem różne przemiłe wiadomości typu: “zabij się”. Seria skupiała się na pokazywaniu tego, co w danym tygodniu było w rapowym grajdołku najdziwniejsze, najśmieszniejsze, najbardziej żenujące itd. – pewnie, selekcja była subiektywna, ale poza małymi złośliwościami, to były strzały merytoryczne, które miały dać do myślenia – tak twórcom, jak i odbiorcom. Wychodziło różnie, ale sprawdziła się tam jedna rzecz. Kiedy odcinek traktował akurat o postaci, którą fani niespecjalnie lubią, to byli w stanie się z tego śmiać. Jeśli jednak dotykał ich idola, to od razu byłem persona non grata. Niby naturalne ludzkie odruchy, ale jeśli chcemy w ogóle dyskutować na jakikolwiek temat – czy to sceny, czy trendów się na niej rozwijających, czy postawy raperów, czy <wstaw-dowolny-istotny-dla-branży-temat>, to musimy zaakceptować, że ktoś ma inny gust, inne spojrzenie, o co innego mu chodzi.

Bottom line – pytanie “Gang czy Maffija” było dziwnym wykwitem, ale padło i już, nie róbmy afer, nic się nie stało. Bedoes nie jest baletnicą (ale co się sobie wyobraziło, tego się nie odwyobrazi), a Marcin Flint (po)został dziennikarzem muzycznym. Chyba możemy się rozejść, co?

fot. kadr z wideo “Kali: “W życiu nie umówiłbym się z policjantką” (Najgorsze Pytania)”, youtube.com/CGM.PL

Zostaw komentarz