News

Coś tu nie gra: Raperzy i kinematografia

Damian Kaźmierczak -
News - - Dodane przez Damian Kaźmierczak

Coś tu nie gra: Raperzy i kinematografia

Polscy raperzy i polska kinematografia jest jak małżeństwo Britney Spears i Kevina Federline’a – epizodyczne i niewarte pamiętania. W ostatnim czasie, dzięki roli Kamila Nożyńskiego w serialu HBO, nastąpił mały przełom. Swoich sił w aktorstwie spróbowali również Sobota, Kali czy Bonson. Czy to oznacza, że polscy raperzy staną się w najbliższym czasie gwiazdami dużego i małego ekranu? Będziemy trzymać rękę na pulsie i jakby co – na pewno będziemy Was informować. Póki co, cofnijmy się jednak w czasie i prześledźmy najciekawsze role polskich raperów w filmach i serialach.

Gwiazda serialu

Najnowszy i najciekawszy przypadek z całej listy. Gigantyczny sukces serialu “Ślepnąc od świateł” sprawił, że Saful z ulicznego rapera stał się ogólnopolską gwiazdą.
Najbliższy czas będzie dla niego kluczowy – będzie musiał obronić swoje aktorskie umiejętności. W serialu dostał rolę dzięki fizycznemu podobieństwu do głównej postaci z książki Żulczyka. Jako Kuba mógł wypowiadać kwestie z ekspresją Segala. Jeśli raper chce otrzymywać kolejne propozycje, to nie może poprzestać na utrzymywaniu jednej mimiki twarzy. Trzymamy kciuki żeby Saful na stałe zagościł w polskiej kinematografii.

Raperzy i aktorzy na pół etatu

Kołcz i Bolec to specyficzne przypadki. Zarówno aktorami, jak i raperami, byli tylko na pół etatu. Bolec w swojej muzycznej dyskografii miał tylko jeden album. Kołcz nie nagrał nawet solowego krążka. Bogatszy był ich dorobek aktorski. Szczególnie w przypadku Bolca, który jako pierwszy polski raper zagrał główną rolę w filmie. W produkcjach Witolda Adamka “Poniedziałek” i “Wtorek” wystąpił u boku Pawła Kukiza. W późniejszym czasie grywał głównie w polskich serialach, raz lepszych (“Pitbull”), raz gorszych (“Sex Fm”). Przygodę aktorską rapera zakończyła w 2009 roku jego tragiczna śmierć.
Dorobek Kołcza jest trochę skromniejszy i bardziej epizodyczny. Swoje aktorskie pięć minut miał w serialu “Kryminalni”. Złośliwi słuchacze uważali, że Kołcz zarówno w serialu jak i w prawdziwym życiu tylko odgrywał rolę rapera.

Kryminalni i przereklamowani

W odcinku “Hip Hop” serialu “Kryminalni” oprócz Kołcza mogliśmy zobaczyć również Tedego, Pezeta i WSZ. O Kołczu pisałem powyżej, o filmowych przygodach WSZ również zdarzyło mi się już wspomnieć, ale co z pozostałą dwójką? Pezet zakończył swoją przygodę z aktorstwem na tym epizodzie. Jeśli już angażował się w filmy, to w roli współtwórcy soundtracku. Tede, po zagraniu samego siebie w “Kryminalnych”, wziął udział jeszcze w kilku innych produkcjach. Niestety, nie wszystkie jego wybory okazywały się trafne. Na pewno główna rola w serialu “Wszyscy Kochają Romana” nie przyniosła raperowi chluby. Tede w produkcji TVNu, wcielił się w rolę “psa”, co dodatkowo rozsierdziło środowisko hiphopowe. Jak się okazało Polska nie pokochała Romana. Adaptacja serialu “Everybody loves Raymond” reprezentowała tak niski poziom, że TVN zdjął ją z ramówki po 3 odcinkach.

Męskie kino

Sobota powoli staje się twarzą rodzimego kina męskiego. Niestety, zarówno film “Totem” jak i nowe produkcje Patryka Vegi nie są dziełami najwyższych lotów. Były reprezentant Stoprocent wybiera głównie charakterne role chłopaków spod ciemnej gwiazdy. Może kiedyś zobaczymy go w komedii romantycznej? Byłoby ciekawie!

Upadek

Na koniec najbardziej bolesny przypadek – Jędker i jego rola w filmie “SkarLans”. Czy to w ogóle jest film? Raczej zlepek mało śmiesznych gagów, powiązanych cienką fabułą. Jędker jest tutaj tragiczny, a mimo to nie odstaje od reszty obsady. Raper w pewnym momencie swojej kariery, zaczął upadać coraz niżej. W tym tempie, gdyby nie wyjechał z Polski, zapewne zagrałby jeszcze główną rolę w “Pamiętnikach z wakacji”. Dodajmy, że za obraz “SkarLans”odpowiedzialny był inny hiphopowiec – Gorzki. Jednak zostawmy lepiej kaliskiego rapera i zapomnijmy o nim tak, jak zapomniał o nim polski hip-hop.

Jak dotąd, nie licząc Safula i ewentualnie Bolca, polscy raperzy nie odegrali znaczącej roli w polskiej kinematografii. Czy to się zmieni? Zapewne, ale osobiście mam duże wątpliwości, co do jakości produkcji, w których będą brali udział.

Foto. Insagram/teraz_saful

Zostaw komentarz

Udostępnij
Hip Hop,Wyróżnione,Wywiady
Sobota nauczył się ode mnie rapować – Wini i wywiad, cz. 2

Pierwsza część WYWIADU skończyła się tym, jak Wini wybiera numer telefonu z konsoli w desce rozdzielczej.
– Dzień dobry, Winicjusz z tej strony, jakbym pizzę zamówił, dwie na wynos, to szybko ją zrobicie czy raczej długo?
– Za 10 minut by były.
– Super, jaką chcesz pizzę? – pyta mnie.
– Nie wiem… pepperoni? – odzywam się.
– Pepperoni dla kolegi.
– Jeszcze raz… przepraszam?
– Pepperoni, jakąś taką z salami.
– Nie mamy takiej pizzy.
– Ale macie jakąś z salami?
– Mamy Napoli.
– I co ona tam ma?
– No ona tam ma klasycznie sos pomidorowy, mozarellę, parmezan, salami i bazylię.
– Dobra! To taką jedną, a dla mnie jakąś bez mięsa…
– Jest pizza wege.
– Nie lubię takich rzeczy… a jest taka z tym serem wędzonym? Macie taką mozarellę wędzoną.
– No mamy, ale ona musiałaby być dodatkowo dobrana. Mogę zaproponować pizzę Cztery Sery.
– Niech będzie… chociaż nie! Bo tam będzie feta, a ja nie chcę tego.
– Nie ma.
– A co jest?
– Przepraszam, już mówię… jest mozarella, gorgonzolla i parmezan.
– A jakby pani mi zrobiła po prostu margaritę z oliwkami?
– Margaritę z czym?
– Z oliwkami, czarne oliwki. A macie anchois albo sardynki?
– Nie.
– To ja chcę margaritę z oliwkami i tyle.
– Dobrze, kiedy pan będzie?
– Za chwilkę, już jadę, jak zrobicie je w 10 minut, to będę w 10 minut.
– W takim razie zapraszamy.
– Dziękuję, do widzenia.

Jesteś wegetarianinem?
Nie, jestem… chuj wie, jak to się nazywa. Mój kolega się śmieje, że jestem japońskim wegetarianinem, bo oni, jak już jedzą bulion, to już się uznają za wegetarianów. Ja nie jem mięsa, które jest powyżej poziomu wody.

Ze względów ideologicznych czy zdrowotnych?
Ideologicznych. Uważam, że… czekaj, a o której ty masz ten pociąg?

Za pięć czwarta.
Czwarta?

Za godzinę.
A, za godzinę, czekaj, bo zapomniałem jeszcze jedną rzecz sprawdzić. Tutaj jest fajna knajpa.

– Dzień dobry, Winicjusz znowu! Przepraszam, zaczęliście już robić te pizze?
– Kolega już robi.
– A to niech robi, dziękuję bardzo, do widzenia! Dobra, bierzemy pizzę. Bo wiesz, tu jest takie fajne miejsce, syryjska knajpa. Nawet Gessler tu była.

Po chwili jesteśmy już pod pizzerią i możemy kontynuować wywiad.

Pierwszy raz, kiedy Cię usłyszałem, byłem jeszcze w gimnazjum. Na Vivie zobaczyłem teledysk Spółdzielni – ten czarno-biały, co staliście z łopatami. Byłeś tam Ty, Sage, Tony Jazzu i Sobota.
O kurwa, to był pierwszy teledysk chyba.

Pamiętam, że zareagowałem na zasadzie: “Co to, ku*wa, jest?” Nie znałem rapu spoza Warszawy i było to dla mnie zupełnie dziwne. Rozumiałem, że to jest coś innego niż u nas, a na końcu wszedł Sobota i wszystkich wyczyścił. Wiedziałem, że koleś wystrzeli. Potem Matheo w jakimś wywiadzie zapytano, czemu robi akurat z nim i Matheo odpowiedział, że po premierze wszelkie wątpliwości zostaną rozwiane. Tak się rzeczywiście stało. Jak działa Twój nos wydawniczy? Oczywiście z Sobotą była trochę inna historia.
No tak, bo Sobota był moim kolegą od nie wiem kiedy. Może on powiedziałby coś innego, ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że Sobota nauczył się ode mnie rapować. Wydaje mi się, że jestem pierwszą osobą, z którą rapował. Być może jest inaczej, ale pamiętam, jak siedzieliśmy w samochodzie i napierdalaliśmy. Od zawsze uważaliśmy, że Sobota ma, że tak to ujmę, ładny głos. Potem stwierdziłem, że będę go wydawał, zaproponowałem to i zostałem jego producentem wykonawczym. Uważam, że jest bardzo duża moja zasługa w kreowaniu jego osoby. To ja dobrałem Matheo jako producenta, początkowo miał być ktoś inny.

No tak, Oreu z Electric Rudeboyz.
Tak, ale on stwierdził, że ma to w d*pie. Po dwóch miesiącach się odezwał, że może jednak, a myśmy już płytę nagrywali. Dla mnie “nie” znaczy “nie”. Ja po prostu działam. Znalazłem chłopaka w Stargardzie, który wziął udział w konkursie Wielkie Joł, zresztą ja też brałem w nim udział. Posłuchałem jego bitów i stwierdziłem, że ma potencjał. Stargard jest blisko, więc tam pojechałem, spotkałem się i dogadałem się, żeby robił płytę Sobocie. Siedzieliśmy przy niej w trójkę. Razem rozkminialiśmy piosenki, ileś z tych pomysłów, to moje pomysły. Zrobiliśmy tarczę, która jest w tle okładki “Sobotażu”, na której wypisywaliśmy pomysły. Stwierdziliśmy, żeby robić do tego mixtape, co normalne było w Ameryce, ale nie u nas. Poczuwam się jako współtwórca tego albumu i niemalże wszystkich płyt Soboty.

Tak jak Twój pomysł z reinterpretacją przykazań.
Wszystko do tej płyty wymyśliłem ja. Łącznie z promocją i każdą inną rzeczą. Oczywiście, muzykę zrealizował Matheo, a teksty napisał Sobota, ale ujęcie tych tekstów też było moim pomysłem – to, jak mają być ujęte. Że “Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną” to piosenka o hip-hopie, czyli o tym, że Sobota zawsze będzie robił rasowy hip-hop, a nie ch*j wie co. To, że organy będziemy nagrywać w kościołach, to też moja idea.

Potwierdzasz to, co powiedziałeś kiedyś: że ingerujesz w pracę wykonawców, choćby w najmniejszym stopniu – wybierając singiel.
Na tym polega rola wytwórni. Oczywiście też na tym, żeby wyłożyć hajs. Wiele wytwórni każe komuś wymyślić teledysk, a u nas robię to ja i ludzie z firmy. Czekaj, wyjdę po pizzę.

Wini po kilku minutach wraca z jedzeniem. – Masz, to jest taka fajna herbata – mówi mi, wręczając zgrabną, szklanką butelkę. – Może będzie Ci smakować – dodaje i kontynuuje wypowiedź:

Z Sobotą to było tak, że wiedziałem, że będziemy go wydawać już jak byliśmy na etapie nagrywania mixtape’ów Spółdzielni. Nagraliśmy ich w sumie siedem. Tak naprawdę, cztery Spółdzielni i trzy moje. Trochę będę nieskromny, ale te siedem, to w sumie i tak moje mixtape’y, bo jest tam najwięcej moich piosenek. Byłem najbardziej płodny, co nie oznacza, że najfajniejszy.

We wspomnianym kawałku z klipem nawijasz, że jesteś z Essa Ekipy, a każdy, kto do niej nie należy, jest nikim. To taki Bedoes 10 lat temu.
Tak! I gadałem o tym z Paluchem, że ja się tak nie srałem bardzo na Bedoesa, bo po prostu ja tak odebrałem jego słowa.

Że raper jest pewny swojej ekipy.
Tak i że to jest moment, w którym czujesz się zajeb*sty i jest fajnie. Umówmy się – w długim życiu to wszystko to gówno i nieprawda. Ekipy się rozpadają, ludzie w rodzinie nie potrafią się ze sobą dogadać, podburzają przeciwko sobie dzieciaki. Tu chodzi o moment. Dla mnie hip-hop jest kultem momentu. Możesz nagrać piosenkę o tym, że kochasz ludzi, a zaraz potem, że ich nienawidzisz. Obydwie piosenki nie świadczą o tobie, jako o hipokrycie, bo są szczere w danym momencie. Siedzisz i mówisz: “ku*wa mać, ale się naćpałem” albo “piękny dzień, pobiegałem, miałem fajny seks z ładną dziewczyną”, przychodzi jakiś cwel smutny i mówisz: “kocham tego cwela” i dajesz mu stówę, “niech sobie zje dobry obiad z żoną”. Za chwilę nie masz tego fajnego seksu, coś nie działa i zobaczysz tego typa i będziesz chciał mu strzelić w łeb, bo chodzi jeb*ny i źle wszystkim życzy. Obydwie te podstawy mogą się znajdować w jednym człowieku. Dlatego wypowiedź Bedoesa, dla mnie, była tym, że jego grupa przyjaciół – bo umówmy się, to nie są żadne ekipy i kartele, tylko grupy kolegów – jest najlepsza i w tym momencie reszta może wypie*dalać.

Raperzy to mówią od zawsze.
Mówią. Po prostu do Bedoesa łatwiej było się przypie*dolić, bo jest młodszy i fizycznie słabszy.

I szybko odniósł sukces.
Tak. Jestem w stanie to rozwlekać na różnych poziomach. Rozumiem, że ta wycieczka do homoseksualizmu jest bardzo źle odbierana przez wielu ludzi, bo mają większe lub mniejsze mariaże z subkulturą więzienną. Tam to nie sprowadza się do homoseksualizmu. Tu nie chodzi o to, że im strasznie przeszkadza, że ktoś ma w mordzie fiu*a, a nie piz*ę. Obydwie rzeczy wydalają z siebie różne poj*bane substancje i można się śmiać, że ktoś chce to w ogóle sobie do mordy wkładać.

O tym micie mówiliśmy na początku.
Chodzi o to, że homoseksualiści zazwyczaj są słabsi. Nie wszyscy, ale wielu jest słabszych. Więc po prostu w więzieniu są do odjeb*nia. Z tego, co wiem, panuje tam kult siły i słabszych się gnoi. Ludziom się nudzi i komuś muszą doje*ać. “O, ten jest inny niż my”. Ale oczywiście nie inny na tej zasadzie, że może wpie*dolić, bo wtedy będą się do niego modlić, służyć mu i prać gacie. Natomiast jeżeli on jest słabszy, to odstaje od grupy. Wtedy podpalą mu nogi i będą patrzeć, jak przez kolejne miesiące zamyka się w sobie i toleruje wbijanie zaostrzonej szczoteczki w ucho. Zwierzęta uwielbiają patrzeć na cierpienie innych.

Łamanie słabszych.
Tak. Dlatego różnicą w podejściu do wypowiedzi Bedoesa mogła być ta wycieczka z “robieniem pały”. Tu nie chodziło o to, czy faktycznie biorą penisy i je kur*a liżą, ale o to, że ekipa Bedoesa sprzedawała w tym momencie dużo płyt i miała dużo wyświetleń, a konkurencja, ku*wa, nie. Sprzedawali dużo płyt? Tak. Mieli dużo wyświetleń? Tak. Czy robili dobrą muzykę? To sprawa indywidualna, ale w wyścigu o atencję młodych ludzi wygrali. Dziewczyny chciały oddawać im swoje ciała, co oznaczało, że pożądają ich spermy, ich DNA, więc ich DNA wygrało. Do tego się to sprowadza.

Czyją słabość i siłę to pokazuje? Reagowanie na coś takiego w ogóle ma sens?
Dla mnie, nie. Fajnie, gdyby ograniczało się do fajnej wojny słownej, jeśli już. Można było napisać naprawdę fajne dissy. Zajebi*ty raper mógłby to świetnie przeanalizować. Myślę, że ja mógłbym pisać wyku*wiste dissy i byłbym w tym zaje*isty, ale mnie się to nie opłaca. Mam spostrzeżenia na temat wielu raperów, których nikt nie wypowiedział. Co więcej – oni sami mogą tego do siebie nie dopuszczać.

To przez to, że ich znasz?
Przez to, że ich obserwuję.

Czyli śledzisz na bieżąco, co się dzieje?
To moja praca. Jeśli coś jest fajne, to sobie tego posłucham. Robię te moje wywiady. Wiesz, kiedyś, na początku, z kimś tam gadałem i nie sprawdziłem, co on w ogóle robi. Stwierdziłem, że nie będę ignorantem jak Artur Rawicz, który mi przyznał, że tych rzeczy w ogóle nie słucha. To jest trochę nieładnie, bo skoro kogoś zapraszam, a on jest raperem, to mimo że niekoniecznie będziemy gadać o płycie, bo moje rozmowy lecą w różnych kierunkach, ale dowiem się z takiego albumu czegoś o nim. Na przykład muzyka Multiego nie jest dla mnie, jest bardzo łagodna, ale muzykalnie on jest lepszy niż cała masa tuzów naszej sceny!

W sensie wyczucia.
Tak, on ma wyczucie rytmu. Jak pobierze lekcje śpiewu i będzie się starał, to będzie i śpiewał bez autotune’a. Fajnie umie przekazać emocje, umie aktorsko załamać głos. Posłuchałem jego płyty i to wcale nie jest takie pier*olone gówno, jak wszyscy mówili. Niejedni uznawani za tuzów sceny w ogóle, ku*wa, nie potrafią rapować. Nic nie umieją, zabawić z rytmem się nie potrafią. Nie dlatego, że wybrali styl spokojnego rapowania, tylko dlatego, że są chuj*wi, arytmiczni, bardzo mało utalentowani, a wręcz antyutalentowani. Także wolałbym słuchać Multiego niż ich pie*dolenia. Teraz gadałem z Zeamsonem. Brakuje mi w młodych raperach pie*dolnięcia. Są tacy grzeczni, ale może świat nie musi być taki przerysowany i poje*any. Może, gdybym miał małego synka, to nie chciałbym, żeby wiadro rzeczywistości, czy – że użyję modnego słowa – dystopii wylało mu się na głowę, tylko żeby utrzymał się na poziomie mitu Świętego Mikołaja i tych piosenek, że im się wszystkim udało. Gówno im się udało, bo mają po 18 lat. Zobaczymy, co im się uda, jak będą mieli 50. Ale może to jest fajna muzyka dla synka, którego nie mam. Bluzgów nie ma za dużo.

Zawsze można przejść potem na bardziej hardkorowy etap.
Jasne. Swoją drogą, Zeamsone technicznie jest bardzo dobry. Ma nawet swoje patenty, co mnie zdziwiło. Zeamsone ma przyspieszenie na pierwsze wersy, które inaczej brzmi, nie słyszałem tego gdzie indziej. Doceniam takie rzeczy.

Przez wywiady stałeś się bożyszczem pewnej części internetu…
…mówisz? Mnie się wydaje, że w ogóle. Ja nic z tego nie mam. 100 tysięcy subskrybcji nie mam!

…no, jeszcze nie masz…
…no, jeszcze ile? Lord Kruszwil 100 tysięcy subów robi jednym czy dwoma filmami.

Ale wiesz jaki on ma kontent.
Najwidoczniej dobry. On zarabia kupę szmalu, a ja nie.

Dobry pod względem komercyjnym.
Nie wiem. Naprawdę nie wiem, co o tym myśleć.

Wróćmy do tematu. Przez formułę swoich wywiadów i to, że łapiesz tam tematy, które Cię interesują, nie jest przypadkiem tak, że pewne swoje przemyślenia konfrontujesz ze sobą dopiero wtedy? Jest taka teoria, że nauczyciel przyswaja na dobre wiedzę, którą posiada, dopiero w momencie przekazywania jej uczniom. Jest świadomy swojej wiedzy, ale ona na dobre się umacnia, kiedy ją przekaże.
Zgadzam się z tym powiedzeniem w takim znaczeniu, że człowiek, powtarzając coś wiele razy, ugruntowuje sobie wiedzę coraz bardziej. Inna sprawa jest taka, że ja mam swoje teorie i mogę mówić o niej kolegom, mogę mówić sobie w samotności, mogę napisać książkę…

…masz zamiar?
Mam pomysły na kilka książek. Bardziej na filmy, ale wymyśliłem parę fajnych tytułów. “Zbuduj własną religię i w nią uwierz” – o takiej myślałem książce.

Są takie książki.
Jest takich, ku*wa, miliony, ale ta by była moja, kolejne gówno. <śmiech> Moje przemyślenia nie są jakimiś genialnymi przemyśleniami.

Ale jednak są konstruktem stworzonym w oparciu o wiedzę, którą czerpiesz z różnych źródeł i mogą być ożywcze.
No mogą. Pomyślałem po prostu o tym, jak budować własną moralność i próbę przejścia przez życie, które finalnie jest bardzo ciężkie dla wszystkich. Nawet dla tych, którym jest zaj*biście dobrze, bo na końcu muszą zdechnąć. U każdego historia kończy się chuj*wo. To potworna myśl i trudna do poradzenia sobie z. Dla każdego pie*rzonego człowieka.

A miałeś sytuację bliską śmierci?
Myślę, że wiele razy.

Nie jest wtedy łatwiej?
Nie jest łatwiej. Miałem takie jazdy dragowe, że o mało się nie wypie*doliłem.

Ja miałem wypadek samochodowy.
Też miałem wypadek samochodowy. Znałem księdza, który miał dachowanie, przyjechała po niego karetka i tą karetką też miał dachowanie.

I przeżył?
No.

Ja pie*dolę.
Grubo, co?

Powoli kończymy pizzę i znowu ruszamy przez Szczecin, tym razem w stronę dworca.

Skoro nie książka, to może jakieś felietony?
Nie lubię pisać. Mam bardzo dużo chuj*wych cech. Jedną z nich jest bardzo duże rozkojarzenie, zapominam sporo słów. To akurat dlatego, że jarałem długi czas i to się teraz odbudowuje powoli. Źle się uczyłem w szkole i mam bardzo słabą pamięć. Nie umiem nic zapamiętywać. Nie znam żadnego tekstu swojej piosenki.

Czyli na urodziny StoProcent nie zagrałbyś koncertu?
Nie wiem, może jednej piosenki bym się nauczył. Zagrałem w życiu z 10, 15 koncertów, ale większość z nich to był jakiś pijacki bełkot. Zresztą, ja wówczas uważałem, że tak powinien wyglądać koncert.

Etos rapera.
Tak, a właściwie raperów, których ja słuchałem. Myślę, że ODB niejeden koncert tak zagrał i wszyscy byli szczęśliwi. Nauka zajmuje mi bardzo dużo czasu. Znam kolesi, którzy piszą tekst i mogą go rapować na drugi dzień na koncercie. Ja potrzebuję dwóch tygodni w samochodzie, żeby się nauczyć.

Osłuchać się.
Nie, nie osłuchać. Słuchać to ja mogę dwa lata. Ja muszę się nauczyć słów, bo melodię ci powtórzę, ale nie tekst.

Jak w takim razie było z #hot16challenge? Miałeś tekst na telefonie, czytałeś?
Nie, to akurat umiałem, bo to było coś, co śpiewałem od bardzo dawna. Kiedyś, jak nagrywałem pierwszy czy drugi numer po dłuższej przerwie, to też umiałem te teksty perfekt. Nagrywałem to u Dja Zero w Warszawie, przyszedłem nieśmiało, zapytałem czy mogę nagrać, powiedzieli, że śmiało. No to wszedłem do kabiny, puścili bit, a ja wykonałem całość tak, jak powinno być. Na co słyszę, że jeszcze raz, bo się ciągle ruszałem przed mikrofonem. No to puścili jeszcze raz i zrobiłem to drugi raz, dokładnie tak samo. Co więcej – umiałem te teksty tak, że mogłeś mi dać bity w różnych tempach, a ja bym zarapował do każdego tempa, bo rapowałem ten tekst do tysiąca bitów na wszystkie możliwości.

Tak powinno być, że raper umie nawinąć do wszystkiego.
Tak, choć zmieniam zdanie co do niektórych rzeczy. Jeśli ktoś napisał to do określonego tempa i to tak ma być wykonane, więc on nie chce tego zmieniać, to okej. Natomiast fakt, dobry raper powinien umieć wykonać swój tekst do wszystkiego. Inna sprawa, że jak słyszę jakieś pie*dolenie dzisiaj na zasadzie “czegoś nie mogę bo”, to dla mnie jest koniec rozmowy na temat twojego bycia raperem. Dzisiaj można wszystko! Możesz być najbiedniejszym dzieciakiem w klasie, mieć ku*wa w domu sajgon i totalne gówno i być najlepszym raperem! Właśnie przez to możesz! Rap kocha historię, że cię ku*wa bili i wszystko było przej*bane, a ty naplułeś światu w mordę. Zresztą, nie tylko rap. Wszystkie historie są o tym, że komuś się nie udawało, ale on się zawziął, i się udało. To jest najpiękniejsza historia, jaka może być na świecie. Oprócz tego, że o miłości.

Najlepiej, jak to się łączy.
Tak. Bohater miał piękną dziewczynę, piękne dzieci i ruch*li się tylko we dwójkę. Choć ja uważam to za tragedię, ale to jest jeden z mitów, które stworzyły religie.

Monogamia?
Tak. Uważam, że to coś okropnego. Wyłącznie do złych rzeczy to prowadzi. Wracając do historii – jesteś tym dzieciakiem. Po pierwsze, nie potrzebujesz studia, bo na bank ma je twój kolega w domu. Po drugie – weź se telefon i nagrywaj kawałki pod bit na dyktafon. Masz teraz takie programy, że synchronizują bit z twoim głosem.

To nie ma sensu. <śmiech>
Wszystko teraz, ku*wa, jest. Telefon może być za tysiaka, też nagrywa. Jesteś w stanie na niego zarobić w McDonald’sie. Nawet, jak masz tę poje*aną rodzinę. Możesz też sobie kupić używany taki, który był wart sześć tysięcy. Jak nie chcesz iść do maca, to sprzedaj trawkę paru kolegom. Jak nie będziesz skończonym kretynem, to ku*wa, sprzedasz ją i nie pójdziesz do więzienia. Nie namawiam nikogo do sprzedawania trawki, ale opcji jest cała masa! A w ogóle, telefon to mają twoi koledzy w klasie, każdy ma w niej kamerę i macie możliwość robienia wszystkiego! No i kwestia tego studia. Ja pier*olę, w Szczecinie kosztuje jakieś grosze – 60 złotych za godzinę.

W Warszawie podobnie.
No widzisz. Moim zdaniem powinno kosztować stówę za godzinę. Najgorsze jest to, że ktoś powie: “o, drogo”. Nie, ku*wa, to jest za darmo. Gdybyś nie był jeb*nym gamoniem, to w godzinę jesteś w stanie zrobić cztery piosenki. Nagranie piosenki to powinien być jeden take. Skoro jesteś biedakiem, to powinieneś tak zaje*iście się jej nauczyć, że to jest dla ciebie zabawa! Wchodzisz i ją rapujesz, bawisz się, zmieniasz głos! Dwa take’i to już spore niedopatrzenie. Rozumiem, że pierwszy może być na ustawienie twojego wokalu. Okej, więc wchodzisz do kabiny i pół piosenki krzyczysz do realizatora: “Ty skurw*synu, ja ci płacę pieniądze, żebyś mi na całym take’u ustawiał piosenkę? Rób to, ku*wa, w trzy minuty, bo ja mam cztery kawałki do nagrania!”. I ch*j, nagrywasz cztery kawałki. Jeszcze realizator naprędce zakłada Ci efekty na kawałek, żebyś mógł tego, ku*wa, słuchać, biegać i puszczać kolegom i koleżankom, wrzeszcząc: “słyszycie, jaki rap zapier*alam?”. I to kosztuje, ku*wa, w drogim studiu sto złotych, czyli jeden kawałek kosztuje dwadzieścia złotych! Jakiego biedaka nie stać na dwadzieścia złotych za kawałek?! A to, że przychodzisz, nagrywasz z kartki po sto razy, to znaczy, że ku*wa, bogaty jesteś, skoro stać cię na takie zabiegi. Czyli nagranie dwunastu kawałków, mixtape’u, to 300 złotych. Tyle powinien kosztować twój mixtape. Przecież to nie musi być najlepsza jakość, tylko coś fajnego do słuchania. Proszę – teraz wyliczyłem – zrobienie mixtape’u kosztuje 300 złotych. A to może sprawić, że Wini albo inny wydawca do ciebie zadzwoni, da ci ubrania za darmo, zaprosi do studia za darmo, czy umożliwi feat ze znanym raperem. A wideo powinieneś nagrać za darmo ze swoimi kumplami. Jak was nie stać, to na kradzionym sofcie. Jak się dorobicie, to kupcie, bo tym ludziom należą się pieniądze, ale najpierw zaj*bcie. Przecież tak wam się chce robić muzykę, że już nie możecie.

Czyli 300 złotych i skille, i mamy mixtape.
Umiejętności, umiejętnościami – przede wszystkim – pokora. Na trackach i na scenie masz być sku*wysynem i arogantem, ale do słuchania się tych, którzy lepiej wiedzą i do pojęcia świata, jest potrzebna pokora. Pracowitość. Pracowitość to jest największa rzecz. Bądźcie pracowici. Ile nagrałeś w życiu piosenek? 50? I mówisz o nagraniu płyty? Napisz 300 piosenek! 500 piosenek! Możesz je wrzucać na youtube. Najwyżej se to wykasujesz, jeśli uznasz, że to słabe. Piszesz, rapujesz i napier*alasz. Szybciej niż do studia, to powinni na otwarte mikrofony chodzić.

Jak już przy tym jesteśmy, to warto poruszyć temat battle rapu. Od dawna jarasz się tematem, a teraz współorganizujesz Rapnokaut. Planujecie, by było więcej edycji?
Jeśli to się dobrze przyjmie, będzie pełna sala, to będziemy to kontynuować. Wtedy zrobimy z tego ligę. Chciałbym wykształcić całe nowe pokolenie battle rapperów. Nie chcę być arogancki, bo cała masa ludzi robi to fajnie od lat, ale mam poczucie pewnego niedosytu. Wynika też z podejścia. Ch*j w to, czy a capella, czy do bitu. Chodzi o treść, o to że pointuje się na drugi wers. Chodzi o to, żeby wykształcić takie techniki i taktyki, żeby zamknięcie pointy mogło być na osiem, szesnaście wersów, nawet na sam koniec! Że punktujesz przeciwnika i on myśli, że już zaciskasz tę pętlę, a ty wrzucasz go do zupełnie innej przestrzeni. Polecam obejrzenie ligi rosyjskiej. Przecież to są kozetki u psychologa! To jest niebezpieczna rzecz i ja zdaję sobie z tego sprawę. Ktoś powie: “gdzie jest moralność?”. Ale przecież to jest sport. Byle byście się nie pozabijali po walce. Nie musicie się lubić, ale podajcie sobie rękę. Przecież na meczu bokserskim też to może się skończyć Alzheimerem, wstrząsem mózgu, śmiercią! I co? Jest to sport? No jest. To powinien być także sport. Podwyższonego ryzyka, ale sport. Jakbym miał 20 lat, to sam bym się w to bawił, ale teraz mogłoby mi to zrobić spore problemy w psychice. Niby mam siebie rozkminionego maksymalnie, ale nie chciałbym słyszeć pewnych rzeczy od innych, jak sam sobie je powtórzyłem 100 tysięcy razy.

Dojeżdżamy na dworzec. Do pociągu mam pięć minut, więc szybko się żegnam i zbieram do wyjścia. Wini odbiera telefon – dzwoni Mops. Kilka godzin poźniej na kanale Winiego pojawia się ocena zgłoszeń do Rapnokaut. Jestem wówczas w podróży powrotnej. Siedem godzin do Warszawy, ponownie bez WARSu. Papieros dopiero na pętli przy Centralnej. To był mój pierwszy raz w Szczecinie. Wini, dzięki za gościnę!

fot. Magda Patocka

Zostaw komentarz

News
Ostatnie życzenie skazańca: 7 najdziwniejszych posiłków

Kara śmierci jest już coraz rzadziej stosowana na świecie. Większość krajów (zwłaszcza zachodniej cywilizacji) odchodzi od tego sposobu wymierzania sprawiedliwości, jednak w niektórych miejscach – szczególnie w krajach dyktatorskich, a także i w niektórych stanach w USA – ten rodzaj odwetu za przestępstwa jest nadal stosowany. I to właśnie w Ameryce narodziła się tradycja, która później przerodziła się w prawo. Skazany na śmierć, przed egzekucją, może zarządzać dowolnego ostatniego posiłku i musi go dostać. Większość zamawia po prostu swoje ulubione danie, ale zdarzają się wyjątki, których żądania są dość… niecodzienne. Przyjrzyjmy się zatem siedmiu najciekawszym zamówieniom.

7. Ledell Lee

fot. pixabay

Jeden z “najświeższych” skazańców na naszej liście. Jego egzekucja została wykonana w 2017 roku, mimo że Lee został skazany już 20 lat wcześniej. W 1997 roku zasądzono mu karę śmierci za zabicie sąsiadki, Debry Reese, którego to czynu dopuścił się z kolei w roku 1993. Jego ostatnim kulinarnym życzeniem była… sama eucharystia. Skąd taki pomysł? To efekt nawrócenia, które nastąpiło u Lee w więzieniu, w ciągu lat spędzonych na oczekiwaniu na egzekucję. Więzień stwierdził, że chce odejść z tego świata, mając w sobie jedynie ciało swojego Boga.

6. Velma Barfield

Kolejne miejsce na naszej liście zajmuje seryjna morderczyni, Velma Barfield. Była sądzona za zabicie swojego chłopaka, Dolliego Edwardsa w 1978 roku, jednak w trakcie procesu przyznała się do… jeszcze sześciu innych morderstw, których dokonała w latach 1969-1977. Sześć z siedmiu swoich ofiar otruła. Jej ostatnie życzenie było wyjątkowo proste – co, biorąc pod uwagę, że więźniowie mogą zażyczyć sobie dowolnego posiłku – mogło zaskakiwać. Velma zarządała miski Cheez Doodles, czyli popularnych w Ameryce chrupek oraz puszki Coca-Coli.

5. Gary Carl Simons

fot. pixabay

Tu bohaterem jest Gary Carl Simmons oraz jego wielki apetyt. Mężczyzna został skazany na śmierć za morderstwo swojego dłużnika – Jefferiego Wolfe oraz za gwałt na jego dziewczynie, którego dopuścił się w 1996 roku. Simmons, w przeciwieństwie do swoich poprzedników z pozycji 6 i 7, naprawdę zaszalał. Zamówił: średnią pizzę super supreme z Pizza Hut z dodatkową papryką, cebulą, jalapeno i pepperoni, pizzę z potrójną porcją sera, oliwkami, cebulą i kiełbasą, 10 puszek parmezanu, 10 butelek sosu czosnkowego, duże Doritos, jedną puszkę sosu serowego, jedną puszkę papryczek jalapeno, dwa duże truskawkowe shake, 2 butelki Coca-Coli, duże frytki z McDonald’s oraz dwie porcje lodów truskawkowych. Co więcej, podobno udało mu się zjeść prawie wszystko!

4. Ricky Ray Rector

fot. pixabay

Ricky’ego Ray Rectora skazano za morderstwo, którego dopuścił się w 1981 roku na przypadkowym mężczyźnie spotkanym w barze i na policjancie, który próbował wynegocjować poddanie się zabójcy. Po zbrodni Rector próbował popełnić samobójstwo, jednak próba była nieskuteczna. Dlaczego znalazł się w naszym zestawieniu? Naszą uwagę zwróciła nie tyle sama kompozycja zamówienia, ale to, co Ricky z nim zrobił. Na ostatnią wieczerzę zarządał steku, smażonego kurczaka w panierce, wiśniowego Kool-Aid oraz kawałka ciasta dyniowego. Natomiast gdy funkcjonariusze przybyli, aby zabrać skazanego na egzekucję, okazało się, że ciasto pozostało nietknięte. Zapytany, dlaczego je zostawił, odpowiedział, że teraz nie ma ochoty i że zje później. Gdzie jest haczyk? Późniejsze analizy badań psychologicznych wykazały, że Ray Rector nie był świadomy popełnionego czynu oraz tego, że został skazany na śmierć.

3. Adolf Eichman 

No to wchodzimy na podium. Na jego najniższym szczeblu znalazł się były niemiecki funkcjonariusz nazistowski, główny koordynator i wykonawca planu ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej, czyli Adolf Eichman. Jego ostatnie życzenie, mimo że dość nietypowe, wydaje się jednak dość racjonalne. Otóż, skazany na ostatni posiłek poprosił jedynie o… butelkę wina, ponieważ nie chciał przechodzić przez egzekucję na trzeźwo.

2. Victor Feguer

fot. pixabay

Na drugim miejscu znalazł się Victor Feguer – ostatni skazany na karę śmierci w historii stanu Iowa. Zabił lekarza, Edwarda Bartelsa, żeby ukraść mu leki. Jedyne, czego Feguer zarządał, to… oliwka z pestką. Jak się później okazało, skazany chciał zjeść ją razem z pestką, aby po śmierci z jego ciała wyrosło drzewko oliwne… jako znak pokoju. Niestety jednak z pięknego planu nic nie wyszło. Po wykonaniu egzekucji funkcjonariusze znaleźli pestkę w kieszeni płaszcza skazanego. Nie wiadomo czy o niej zapomniał, czy jednak miał na nią inny pomysł.

1. James Edward Smith

fot. flickr

I wreszcie numer jeden – James Edward Smith – skazany za napad na biuro dyrektora ubezpieczeniowego, Larriego D. Rohusa i za zabicie mężczyzny w 1983 roku. Już podczas rozprawy wątpliwość wzbudzało zdrowie psychiczne oskarżonego. Obawy te potwierdza jego ostatnie życzenie kulinarne. Smith na ostatni posiłek poprosił o… garść ziemi. Wytłumaczył, że potrzebował jej do rytuału voodoo, w którym naznaczył swoją duszę, aby ta mogła spokojnie powędrować w zaświaty i nie musiała się tułać po świecie na wieki. No cóż, można i tak.

A Wy? Czego byście sobie zażyczyli? Jakieś pomysły?

fot. pixabay


Zostaw komentarz