Felieton,Hip Hop,News

Czy gwiazdy potrzebują chleba i igrzysk, by się nie nudzić? – patologiczny przypadek Lil Yachty’ego

Michał Fitz -
Felieton,Hip Hop,News - - Dodane przez Michał Fitz

Czy gwiazdy potrzebują chleba i igrzysk, by się nie nudzić? – patologiczny przypadek Lil Yachty’ego

Rozumiem, że społeczna kwarantanna, która swoją drogą ciągnie się tak długo, że już trudno określić nam dzień tygodnia, powoduje wśród wszystkich gigantyczne znudzenie. Opcji na jej zabicie jest jednak całkiem sporo, bo można nadrabiać seriale, czytać książki, grać w gry, które często udostępniane są teraz za darmo, czy nawet nauczyć się nowej umiejętności w kursach online. Prawdziwy problem pojawia się jednak wtedy, gdy to wszystko również kogoś nudzi, a kiedy jeszcze taka osoba okaże się bogata, może nam się urodzić z tego naprawdę chora sytuacja.

Wystarczy bowiem przytoczyć to, co zrobił ostatni Lil Yachty. Raper ewidentnie nudzi się w swoich czterech ścianach, a seriale, czytanie czy nauka nie są dla niego. Postanowił więc wystartować z serią transmisji na żywo, w trakcie których wyzywa swoich fanów do wykonania różnych zadań, a potem za nie płaci. Nie byłoby w tym nic dziwnego i złego, gdyby słuchacze musieli rzucić jakimś freestylem, pokazać swój ukryty talent czy nawet zrobić kilkanaście pompek. To oczywiście też nuda dla Yachty’ego, który najpierw kazał jednemu z fanów zgolić brwi, a kolejnemu zaoferował 500 dolarów za wypicie własnego moczu. Zgadnijcie, co wobec tego zrobił potrzebujący pieniędzy chłopak. Wyzerował szklankę.

Cała sytuacja oczywiście była okraszona śmiechem rapera i jego kolegów, którzy dodatkowo jeszcze podjudzali chłopaka do picia wątpliwie smacznego napoju. Yachty później tłumaczył się w social mediach, mówiąc, że do niczego chłopaka nie zmuszał, a to była jego świadoma decyzja, bo potrzebował pieniędzy.

Strasznie ten Yachty łaskawy. Zupełnie niczym cesarz, który rzuca biednemu niewolnikowi swoje ochłapy za zrobienie czegoś, co wreszcie go rozbawi lub podekscytuje. Jeśli Yachty był świadomy, że ten gość potrzebuje konkretnej sumki, mógł mu ją po prostu przelać za jakieś inne, symboliczne wyzwanie, a nie dawać mu tak chory i ciężki challenge. Według niego dopiero taka akcja jest warta tych 500 dolarów. Czy jeśli następnym razem na jego transmisji pojawi się samotna matka, która została przez kwarantanne pozbawiona środków do życia, będzie musiała przewinąć swojego dzieciaka zębami, żeby dostać 1000 dolców?

Jestem w stanie uwierzyć, że ludziom od siedzenia w zamknięciu odbija, ale już lepiej, żeby walczyli o wolność Kurdystanu, niż tracili wszelką empatię i przez pryzmat własnych pieniędzy patrzyli na innych, jak na zwierzęta w cyrku.

fot. kadr z klipu „Lil Yachty – NBAYOUNGBOAT ft. YoungBoy Never Broke Again (Audio)”, YouTube.com/LilBoat

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton
Warto obejrzeć – Funny Games

„Czy fikcja jest prawdziwa? Przecież możemy ją zobaczyć w filmie.” – zastanawia się jeden z bohaterów-morderców w Funny Games (1997). I my również się zastanawiamy. Thriller psychologiczny jednego z najwybitniejszych współczesnych twórców filmowych – Michaela Hanekego – podsyca wżerające się w głowę, filozoficzne myśli. Artysta weryfikuje filmową konstrukcję, co nieuchronnie wiąże się z kreatywnością tego procesu. Z pewnością jest to produkcja warta obejrzenia!

Reżyser zmusza nas bowiem do pewnej pracy intelektualnej. Wkracza na, często uśpione, peryferie naszych umysłów. Zmienia wyobrażenie na temat przemocy, którą zwykliśmy obserwować na ekranie. Pozbawia nas „uprzywilejowanej” pozycji, w której znajdujemy się jako widzowie. Nie możemy, tak „po prostu”, obejrzeć Funny games. Jakież to byłoby – zapewne zdaniem Hanekego – nudne…

Założenia autora są, wbrew pozorom, całkiem zrozumiałe. Implikują ironię, prowokację, bezpruderyjne zburzenie ściany między widzem a bohaterami. W chwilach totalnego napięcia, pełnego zaangażowania, przeżywania filmu… Morderca odrywa wzrok od swojej ofiary i spogląda prosto… w oczy widza.

Dlaczego mordercy igrają z emocjami odbiorcy? Podjudzają, może nawet…prowokują? Zwracają się do niego wprost: „jesteś po ich stronie, prawda?”, „myślisz, że mają szansę?”, „jesteś zadowolony czy chcesz kolejną wersję?”.

W jaką konwencję zostajemy wciągnięci? Do jakiego wysiłku intelektualnego „zmusza nas” Haneke? Ni stąd, ni zowąd okazuje się, że nie oglądamy zwykłego filmu. My  u c z e s t n i c z y m y  w torturze. Jesteśmy wciągnięci w tytułowe funny games. Dlaczego?

Z pewnością zdarza się nam posilić prostą, fast-foodową rozrywką. Przewidywalna konwencja pop-kulturowa nie zmusza nas do pogłębionej refleksji. Mimo wszystko – taką rozrywkę pochłaniamy…. To właśnie w nią mierzy Haneke. Tworzy przesłanie polegające na pewnej faktyczności. Na momencie „tu i teraz”. Skup się! Być może od ciebie będzie zależeć kolejność mokrej roboty.

Skoro przełamujemy filmową, czwartą ścianę, to po której jej stronie się znajdujemy? Czy przyczyniamy się do katowania ofiar? Czy między byciem oprawcą a jedynie obserwatorem kaźni jest jakaś różnica? Haneke podkreśla osobiste uczestnictwo widza jako świadka zbrodni. Czy jedynie obserwujesz przebieg tragedii? Jeśli tak – czy to oznacza, że jesteś niewinny? Przecież uczestniczysz w demonicznej grze!

Warto zwrócić uwagę na, charakterystyczne dla reżysera, wyważenie środków artystycznych. Warstwa estetyczna filmu jest tu niezwykle istotna. Surowość narracji kontrastuje z rozwichrzeniem emocjonalnym, jakiego doświadczamy. Pomimo długich, statycznych ujęć – zostajemy wciągnięci w rozedrganą, niezwykle przejmującą akcję. Brutalność rozgrywa się przy akompaniamencie bezkresnej, wręcz hałaśliwej ciszy, którą co jakiś czas przerywają kawałki grupy Nacked City. Violence-effect staje się wówczas jeszcze bardziej frenetyczny. Szczególnie przy utworze Bonehead.

A gdyby tak całkowicie zatracić się w produkcji, której poświęcamy czas? Haneke, naszym zdaniem, nie daje nam innego wyboru. Funny games jest produkcją niezwykle stymulującą, pełną kontrastów, zaburzającą granicę między fikcją a realnością. Jeśli chcecie zastanowić się nad tym, jaką rolę pełnicie podczas seansu, to ten film jest dla was. Mordercy zwracają się do nas z pytaniem – kogo teraz zabić? Być może wy znacie odpowiedź na to pytanie.

fot. Kadr z filmu Funny Games

Zostaw komentarz

Felieton,Hip Hop
Raprospekcja: „SOBOTAŻ” dalej na głośnikach?

Choć szczeciński raper Sobota ostatnio zmienił nieco swoje brzmienie, uderza w aktorstwo i w jego stronę padły zarzuty ze strony Jongmena, to mimo wszystko bardzo chętnie wracam do jego starej twórczości. Czasem mam tak, że twórczość danego rapera podobała mi się kiedyś, a po zmianie już nie bardzo i słucham go rzadziej, jednak do starych, dobrych kawałków wracam chętnie i z wielkim sentymentem. Tak jest też w tym przypadku. „SOBOTAŻ” to pierwszy album studyjny Soboty, który został wydany z ramienia STOPROCENT w 2009 roku.

Po 11 latach..

Woow! Spoglądam na tracklistę i widzę 21 numerów. Dziś raperzy bardziej zbliżają się do tej pierwszej dziesiątki na trackliście niż do tej drugiej. Tytuły? Wymienię kilka, a każdy z Was zacznie nucić sobie te kawałki w głowie: „Z buta wjeżdżam:, „Była ideałem”, „Tańcz głupia”, czy „Stoprocent 2”, znane prawda? Te utwory większość z nas miała okazję choć raz usłyszeć, ale jestem przekonany, że śpiewało się je nie raz. Sam osobiście chętnie wracam do takich utworów i lubię czasem odpalić sobię płytkę w wieży i posłuchać starych kawałków, powspominać. Zwłaszcza, że był to czas kiedy Soboty słuchałem często.

Stare numery, które do dziś goszczą na głośnikach wielu

Choć łatwiej byłoby mi wymienić trzy czy cztery utwory, których słuchałem mniej i nie zapadły mi szczególnie w pamięć, to postaram się po krótce opisać kilka z tych, które mógłbym po 11 latach nawinąć z pamieci.

Z buta wjeżdżam – tego numeru nie muszę przedstawiać, bo z buta wjechał na głośniki wielu osób. Ten kawałek znali i nawijali nawet Ci, którzy z rapem nie mieli za wiele wspólnego. Dość osto brzmiacy numer, mówiący o tym jak Sobota „wjeżdża z buta” ze swoją muzyką do wszystkich. „Jednym strzałem wyłamuję zamek, przedpokojem idę dalej..”

Była ideałem – co tu więcej pisać, ten kawałek jak i „Tańcz głupia” można było usłyszeć w późniejszych latach od wydania płyty nawet na imprezach czy dyskotekach, czy to w oryginale, czy remixie. Mi osobiście – zwłaszcza ten drugi tytuł – kojarzy się z grą na perkusji przez Doycha, który również miał okazję występować z Sobotą podczas koncertów.

Przed, W trakcie i Po to trzy kawałki, które na płycie są jeden po drugim. Może części z Was nie są one aż tak znane, ale mi zapadły szczególnie w pamięć. Podoba mi się tu opowiedzenie historii na 3 różnych numerach. Pierwszy z nich opisuje działania przed wykonaniem danej czynności, drugi opisuje jej wykonywanie, czyli w trakcie, a trzeci już po. Wydaje mi się, że dużą rolę odegrał tu bit i flow jakim Sobota się posługuje i on również bardzo utwkił mi w głowie.

fot. okładka płyty Sobota „SOBOTAŻ”

Zostaw komentarz