Hip Hop,News

Deemz, Mata i spółka parodiują znane hity. Czy ten szlagier podbije wszystkie remizy?

Michał Fitz -
Deemz, Gombao33 - I Took A Pill In Remiza
Deemz, Gombao33 - I Took A Pill In Remiza
Hip Hop,News - - Dodane przez Michał Fitz

Deemz, Mata i spółka parodiują znane hity. Czy ten szlagier podbije wszystkie remizy?

W rapowych kuluarach długo mówiło się o tym, że powstaje hit na płytę producencką, nad którym pracuje Deemz, Mata i ich koledzy z Gombao 33. Biorąc pod uwagę skład artystów angażujących się w ten numer, można było spodziewać się zabawnego, imprezowego hitu, ale efekt końcowy i tak ostatecznie mocno zaskoczył, ponieważ panowie kompletnie się nie szczypali, robiąc zupełnie odjechany, nieco żenujący, ale jednak niezwykle bujający szlagier.

Już sam tytuł nieźle nastraja i sprawia, że na twarzach wtajemniczonych pojawiają się liczne uśmieszki. „I took a pill in remiza” nawiązuje bowiem do bardzo podobnie brzmiącej piosenki Mike’a Posnera pt. „I took a pill in Ibiza”. Artyści nawiązują jednak do tego hitu tylko w tytule, bo już sam utwór zainspirowany jest przede wszystkim innym, nieco cringe’owym, ale jednak znanym przez wszystkich numerem „Zodiak na melanżu”. Refren piosenki, śpiewany przez Matę, jest w zasadzie parafrazą fragmentu wyżej wspomnianego kawałka. To pozostawia pewien niedosyt, bo znając młodego Matczaka mogliśmy liczyć na fajną, autorską melodię obłożoną w nie mniej zabawne słowa. Z drugiej strony ograniczenie się do przerobienia znanego już przez wszystkich tekstu przynajmniej gwarantuje, że od początku wszyscy będą się dobrze do tego bawić, bo w zasadzie zdążyli się z tym brzmieniem oswoić na przestrzeni ostatniej dekady.

Zwrotki trudno oceniać, bo gołym uchem słychać, że chłopaki z Gombao 33 nie skupiali się na tym, by były one dobre technicznie czy ciekawe, a zależało im po prostu na tym, by były zabawne. Są więc elementem, który nieco uspokaja piosenkę i wybudza z refrenowego transu, ale mianem nudnych też bym ich nie określił, bo momentami przyprawiają na twarzy porządny uśmiech, szczególnie wtedy, gdy Szczepan follow-upuje Franka Kimono albo w momencie, w którym Wyguś zaznacza jak ważne są centymetry na przykładzie wielkiej pizzy. Ten numer ma więc jak najbardziej szanse na stanie się dyskotekowym hitem, puszczanym również, a może nawet przede wszystkim, na potańcówkach w remizie i osiemnastkach. Sam, choć na trzeźwo odczuwam przy tym numerze pewne zażenowanie, będę się do niego bawił jak szalony, gdy tylko w żyłach popłynie minimalna dawka procentów. Ba, podejrzewam, że nie tylko ja.

Numer z Gombao 33 jest kolejnym singlem, który zapowiada tworzoną od dawna i niezwykle wyczekiwaną płytę producencką Deemza. Spod rąk producenta wyszły już hitowe kawałki, które dają ogromną nadzieję na to, że jego album będzie pełen chwytliwych i przede wszystkim dobrych piosenek. To z pewnością może być najciekawszy materiał producencki od lat, więc czekamy, zacierając ochoczo rączki.

fot. kadr z klipu „Deemz, Gombao33 – I Took A Pill In Remiza”,YouTube.com/Deemz

Zostaw komentarz

Udostępnij
Hip Hop,Wywiad
Rizi Beizeti: Gdyby ktoś mi powiedział, że rapuję jak Quebo, miałbym niedosyt [Wywiad]
Rizi Beizeti

Riziego kojarzyć można z popularnego singla „Blokboi”, którym wbił się na scenę jesienią 2018 roku zaraz po podpisaniu kontraktu z Sony. Uwagę przykuł przede wszystkim swoim charakterystycznym, europejskim i wszechstronnym stylem. 27 sierpnia premierę miał jego debiutancki mixtape „B4 Crash”. Jak wskazuje tytuł, jest to dopiero przedsmak tego, co wkrótce Rizi nam zaserwuje…

Jak się czujesz po premierze?
Właśnie napisał do mnie ziomek, który jest managerem i bookerem. Zapytał, czy dzisiaj celebruję i opijam mixtape, a ja na to: „Stary, ja opijam smutki. Wiesz, myślałem, że będą miliony, że to się wszystko zmieni”. Mam niedosyt, duży niedosyt. Chyba jest to kwestia tego, że tyle na tę premierę czekałem, że zanim ten materiał wyszedł, to już zdążyłem się nim przejeść.

Myślałeś, że kiedy nadejdzie ten dzień, to gwałtownie wszystko się zmieni?
Kurczę, powiem ci, że częstotliwość wypuszczania numerów ostatnio była na tyle niska, że już trochę mnie to zaczęło irytować. Byłem więc przygotowany, że nie będzie takiego „bum”, ale cały czas miałem nadzieję, że coś pójdzie szerzej. Najgorsze jest to, że drugą płytę mam już nagraną i teraz znów będę czekał, aż wyjdzie.

Jednak jeśli działasz na swoim, puszczasz sobie numer, kiedy ci się podoba, to wychodzi tak bardziej naturalnie. A tu jestem uzależniony od wytwórni – ona musi przebić się przez całą papierologię… Potem to się tak rozciąga w czasie, a ja jestem bardzo niecierpliwą osobą.

Dlaczego w takim razie zdecydowałeś się na kontrakt z Sony, wielką wytwórnią niezwiązaną z rapem?
Wiesz, to było takie dziecięce marzenie. Zawsze śledziłem amerykańską scenę i ten Warner, Sony czy Universal – to brzmiało tak dumnie. Myślałem, że jak podpiszę kontrakt z którąś z nich, to następnego dnia wstanę i będę zupełnie inną osobą, będę miał inne życie.

I nie masz?
Ludzie z mojego otoczenia mówią: „Zobacz, gdzie byłeś rok czy półtora roku temu. Nie miałeś żadnego singla ani tych 50 czy 100 tysięcy wyświetleń, a teraz masz tu 1,5 miliona, tam pół”. I to się jakoś zbiera, ale na mnie osobiście nie robi to takiego wrażenia. Na tyle powoli to przychodzi, że przestałem to dostrzegać.

Zacząłeś nagrywać w wieku 15 lat. Jak wspominasz tamte czasy?
Najlepiej wspominam ten przeskok z domu do studia. To było takie „wow”, jak na klipach. Wchodzisz, ktoś cię realizuje… Ta cała otoczka wokół – fajnie. W domu na pewno czułem się luźniej, bo mogłem robić, co mi się podoba i nawet jak coś brzmiało chu*owo, to tylko ja to słyszałem, nie krępowałem się. W studio zawsze masz gdzieś z tyłu głowy: „kurczę, a jak nie trafię w dźwięk albo coś się nie spodoba?”. 

Skąd właściwie wziął się twój pseudonim?
Nie wiem, dlaczego i do tej pory się zastanawiam, ale od dzieciństwa mówili na mnie Ryży. Gdy wyjechałem do Anglii, ludzie nie umieli tego wypowiedzieć. Zostaliśmy więc przy Rizim. Ziomek zawsze mówił na mnie Rizi Beezy, a że Beezy kojarzy się z Białasem, to mówię: „a to sobie zrobię Beizeti” – takie sylabowane i tak już zostało. Chociaż jak teraz szliśmy tutaj do ciebie, to się zastanawialiśmy, czy nie zostawić samego „Rizi”. To jednak ludziom najbardziej zapada w pamięć.

Ale czy „Rizi” nie kojarzy się trochę z Rezim – youtuberem?
Kilka osób nawet pisało o Rezim w komentarzach pod moimi klipami. Ale wiesz, jak ma mi to dać nowych słuchaczy, ponieważ ktoś wejdzie, bo po myśli, że to on, to ja nie mam nic przeciwko. (śmiech)

Wychowywałeś się na starej szkole hip-hopowej?
Tak, do tej pory dużo jej słucham i powiem ci, że mam sporą kolekcję płyt, w której może z pięć stanowią polskie albumy, które w dodatku wyszły może po 2015 roku, i które dostałem od rapujących ziomków. A tak większość to lata 90., same amerykańskie.

Nie słuchałeś polskiego rapu?
Jako 9, 12-latek wychowywałem się głównie na polskim rapie, ale później usłyszałem Tupaca, Dr. Dre i już poszło. Gdy zacząłem słuchać zagranicy, trudno było mi się przestawić. Może ze względu na to, że też jestem Polakiem i polskiego rapu słucham nie jako fan, tylko jako gościu, który robi to samo. Zamiast się tym ekscytować czy delektować, z automatu zacząłem tę muzykę oceniać.

Staram się, żeby moja muzyka nie brzmiała po polsku, szczególnie, że na nowej płycie chcemy mieć zagranicznych gości; chcemy, żeby była ona trochę bardziej świeża. To znaczy nie wiem, czy jest jakiś polski rap, który brzmi typowo po polsku, bo jednak przede wszystkim czerpiemy z zagranicy.

Zdradzisz, kogo możemy się spodziewać?
Na razie nie, bo jak coś nie wypali, to potem będę musiał się tłumaczyć tak, jak z moich terminów premier. (śmiech) Gadamy z kilkoma osobami z Wielkiej Brytanii. Właśnie wczoraj mi odpisali na maila, że się dogrywają, także jest mega zajawka. Chociaż wiadomo, że dla nas jest to coś wielkiego, ale w drugą stronę to już tak nie działa.

Wróćmy do polskiego brzmienia – ostatnio z Tomkiem z redakcji zastanawialiśmy się, w jaki sposób można byłoby je scharakteryzować. Potrafiłbyś?
Kurczę, brytyjskie jest łatwo – grime i ten specyficzny akcent. Niemieckie też poznasz, chociaż myślę, że Polska, Niemcy czy w ogóle słowiańskie kraje mają podobny vibe i nadal tak naprawdę jest to mieszanka wszystkiego, co jest dookoła. My bardziej czerpiemy, niż robimy coś swojego, ale nie wiem, czy to jest złe. Wielu artystów ma swój styl, choć jest to styl zaczerpnięty zza Oceanu czy z Europy.

Myślisz, że z czasem pewne cechy się wyklarują?
Chyba nie. Jednak jeśli kogoś porównasz do polskiego rapera, jest to troszkę taka ujma. Gdyby ktoś mi powiedział, że rapuję jak Quebo, miałbym niedosyt, ale gdyby porównał mnie do rapera ze Stanów czy z Wielkiej Brytanii… To ci już daje taki, kurczę, prestiż. To jest chyba taki kompleks polskości, tak mi się wydaje. Zawsze doceniamy bardziej coś, co jest zagraniczne.

Mimo, że polska kultura jest bardzo ciekawa i na przykład PRO8L3M fajnie to wykorzystuje.
Jasne, że tak. Tylko myślę, że nie jest to wyłącznie kwestia muzyki, ale również innych produktów. Samochody, ubrania – zawsze to, co zagraniczne jest lepsze niż nasze. Chociaż może powoli się to zmienia.

Którą europejską rapową scenę najbardziej lubisz?
UK. Mieszkałem tam, więc może to też jakiś sentyment, ale chyba najbardziej utożsamiam się z nią. Jest tam multum graczy, ale na pewno na uwagę zasługują pionierzy, czyli Skepta, Wiley, Kano, Slowthai, który zdobywa teraz mega popularność, Octavian. Francuską scenę też lubię, ale nie tę typowo uliczną, tylko takie spokojne vibe’y, płynące, jak PNL czy MMZ.

Twoja muzyka jest bardzo gitarowa. Jak myślisz, dlaczego rock wraca i sięgają po niego raperzy?
Może teraz znowu zaczyna się era buntu. Ja się wychowałem na Blink-182 i akurat takie klimaty są mi bardzo bliskie. MGK-em, który teraz wypuszcza cały punkowo-rockowy album, jaram się totalnie. Sam chciałbym się nauczyć grać, ale jestem strasznie niecierpliwy i myślę, że to nie przyjdzie tak prędko.

Chciałbyś nagrać taką zupełnie nierapową płytę?
Mam kilka takich numerów, ale kiedy je puszczam, to ludzie nie do końca są do nich przekonani. Chodzi o to, że nie jest to stricte rapowe. Dla mnie to nie musi mieć łatki „rap” czy „trap”. Ja sobie eksperymentuję, dlatego kolejny album będzie totalnie mieszanką wybuchową.

No właśnie, czego dokładniej możemy się po nim spodziewać?
Będzie tam turboprzekrój – od jakichś The Weekndowych klimatów, po grime. Na pewno będzie jakiś mocny banger, no i oczywiście dam ze dwa, trzy, cztery numery takie gitarkowe, bo jednak od tego ciężko mi odejść. Jak słyszę gitarę, to już wiem, że na 90% ten bit mi siądzie.

Poprzedni album praktycznie cały nagrywałem w obecności mojego managera. On zawsze był w studiu, słuchał i potem stwierdzaliśmy, że coś jest fajne, a coś nie. Ten album nagrywałem sam, prawie nikt go nie słyszał. Jestem więc ciekawy, jak moi ludzie na to zareagują, co powiedzą i czy nie będą w szoku. To będzie taki przeskok, jak z „Blokboia” na „XD”.

Będziesz jeszcze nagrywał takie kawałki jak „Blokboi” albo „Dakar”?
Tak, były już nagrane ze dwa-trzy mocniejsze numery, bo też kilka osób zawsze mnie pyta, czy będzie coś grubszego. Starałem się, żeby „B4 Crash” był spójny melodyjnie. Zawsze bałem się przy tworzeniu albumu, że nigdy nie uda mi się tego osiągnąć. Czerpię z tylu rzeczy, bo tyle rzeczy mi siada, że ciężko jest mi potem brnąć w jeden vibe. W przypadku tego mixtape’u jakoś mi się udało i myślę, że jak już ci siądzie jeden numer, to trudno, żeby reszta ci nie siadła.

Pojawiły się spekulacje, że będziesz w chillwagonie. Wiemy, że nie. Widzisz siebie w ogóle w takim składzie?
Myślę, że dałoby mi to więcej, bo jednak to goście, którzy mają jakiś prestiż i osiągnęli już pewien pułap. Każdy jest tam jakimś odrębnym pierwiastkiem, więc jeśli byłbym w chillwagonie, to dalej robiłbym muzykę taką, jaką robię. Nie zmieniałbym się po to, aby robić to, co chłopaki.

fot. materiały prasowe

Zostaw komentarz

Felieton,Hip Hop
Dlaczego teksty Oskara z PRO8L3M-u są tak dobre?

We wtorek, 22 września, minęło sześć lat, odkąd światło dzienne ujrzał fenomenalnie przyjęty „Art Brut”, mixtape PRO8L3M-u. Niech ta rocznica będzie więc pretekstem do tego, żeby nieco bliżej przyjrzeć się lirycznemu dorobkowi Oskara Tuszyńskiego.

Są takie stwierdzenia, które chciałoby się powiedzieć, ale nie wiadomo jak zacząć. Dlatego powiem to już teraz, bez owijania w bawełnę, jednym tchem: Oskar jest zdecydowanie najbardziej wrażliwym poetą w polskim hip-hopie. I jeżeli ktoś teraz łapie się za głowę, dziwiąc się, że kogoś, kto nagrał chociażby „Na audiencji” uważam za wrażliwego, to nawet lepiej. Bo chodzi tutaj o właściwie każdy rodzaj wrażliwości. Począwszy od tej elementarnej życiowej, która pozwala spojrzeć na świat oczami każdego dowolnie wykreowanego bohatera (w tym dziecka, co jest szczególnie trudne), na językowej kończąc. A to właśnie ona pozwala Oskarowi tak wiernie wszystkie te odczucia opisać.

Dobrego poetę od reszty odróżnia to, że świadomie posługuje się językiem, a każde słowo ma znaczenie. I rzeczywiście, w tekstach Oskara nic nie dzieje się przypadkiem – wersy są przemyślane, porównania trafione i nadzwyczaj pojemne, a każda „ku*wa” pada dokładnie tam, gdzie paść powinna.

Śliczna jest jak Aventador

Analizę tekstów Oskara najwygodniej zacząć od porównań. Tak bardzo charakterystycznych, dlatego że z pozoru wyglądają na zupełnie niepasujące. Ale to właśnie dlatego ciągną za sobą całe szeregi skojarzeń. Weźmy choćby „National Geographic”, gdzie najpierw pojawia się: „Śliczna jest jak Aventador”, a na początku kolejnej zwrotki: „Śliczna jest jak Murciélago”. I to mówi bardzo dużo o tym, jak ten nasz podmiot liryczny postrzega świat i to, co jest w nim piękne. A piękne jest to, co jest ekscytujące, niedostępne i niebezpieczne. Równie dobrze Oskar mógłby powiedzieć, że lubi niebezpieczne rzeczy, szybkie samochody i życie na krawędzi (oh, wait, powtarza o tym w każdym kawałku), ale tego typu wtrącenia uzupełniają jego teksty wręcz idealnie.

I dalej: „czerwona jest krew i paruje jak kawa” wzięte z „To nie był film”. Wszystkie przyjemne skojarzenia parującej kawy; przyjemny smak, jej zapach, ciepło i pobudzające działanie zostały zestawione z mordem. I to takim „just because”. Da się bardziej trafnie opisać psychopatę? Może być ciężko.

Teksty śpiewają się same

Jest takie słowo, które pada na lekcjach języka polskiego gdzieś w liceum: „sylabotonizm”. Zamiast szukać w Google jego nieco bardziej zrozumiałej definicji, spróbujcie po prostu przeczytać dowolne kilka wersów tak, aby ich nie zaśpiewać:

„Ulica i światło lamp, zataczam się kaszląc, czkam/Mija mnie patrol, fart, rzygam, drę gardło, chlam”

„Flary”

…albo…

„Walę w szybę, w stacyjkę wbijam swój śrubak/Palę szybciej, nutę odpalam jak w klubach”

„Monza”

Zgadzają się w nich miejsca, w których występują akcenty, ilość sylab i ogólny rytm. Tego typu zabiegi pojawiają się u Oskara tak często, że śmiało można dostrzec je także w utworach wykonywanych przez innych artystów, których Oskar mógł być ghostwriterem. Sprawdźcie… „Plik” Dziarmy, serio.

Najbardziej romantyczny z brutali, najbardziej brutalny z romantyków

Weźmy na tapet choćby „Vanitas” albo „Crash Test”. Oba, choć zdecydowanie się od siebie różnią, są bardzo dojrzałymi tekstami o przemijaniu. Między ćpaniem, imprezami, kradzieżami i ogólnie pojętym życiem na krawędzi, gdzieś obok wybrzmiewa ich prawdziwy sens: przewijają się nihilistyczne przemyślenia na temat kondycji świata, społeczeństwa i samego siebie. Z tych tekstów wynika też brak poczucia, że wszystko w życiu trzeba uzasadnić. Bo niby „samorealizacja da mi gratyfikację/ale to jutro (…) bo jest tyle rzeczy, które muszę zrobić najpierw”.

Dodajmy do tego jeszcze to, jak bardzo „gęste” są jego teksty. W ciągu kilku linijek, a czasami za pomocą jedynie genialnie skonstruowanych one-linerów, Oskar opisuje to, na co inni poświęciliby całe akapity. Pierwszy z brzegu: „Ona milczy głośniej, niż krzyczę” („Flary”). Kolejny – cała historia dorastania, zmiany w postrzeganiu świata, wszystkie lęki i kryzysy opisane za pomocą wersów: „Dorosłe problemy małe jak przeszłość/Dziecka małe problemy ważne jak wieczność” i kilku następujących po nich linijek („Crash Test”). Wreszcie, największa chyba perełka spośród wszystkich linijek Oskara: „Wartości się jak olej w aucie wymienia” („Magnolie”)…

A jeżeli to, co napisałem, brzmi skomplikowanie, możecie być spokojni. Nie trzeba na teksty polskich raperów patrzeć w ten sposób. Na żadne nie trzeba, tak naprawdę. Bo nawet jeżeli ktoś powie, że nie zna i nie rozumie środków stylistycznych czy innych zabiegów językowych, to wcale nie znaczy, że one na niego nie działają. Takie rzeczy odbiera się też podświadomie.

fot. Michał Klusek

Zostaw komentarz