Felieton,Hip Hop

Dlaczego teksty Oskara z PRO8L3M-u są tak dobre?

Michał Szyndler -
Felieton,Hip Hop - - Dodane przez Michał Szyndler

Dlaczego teksty Oskara z PRO8L3M-u są tak dobre?

We wtorek, 22 września, minęło sześć lat, odkąd światło dzienne ujrzał fenomenalnie przyjęty „Art Brut”, mixtape PRO8L3M-u. Niech ta rocznica będzie więc pretekstem do tego, żeby nieco bliżej przyjrzeć się lirycznemu dorobkowi Oskara Tuszyńskiego.

Są takie stwierdzenia, które chciałoby się powiedzieć, ale nie wiadomo jak zacząć. Dlatego powiem to już teraz, bez owijania w bawełnę, jednym tchem: Oskar jest zdecydowanie najbardziej wrażliwym poetą w polskim hip-hopie. I jeżeli ktoś teraz łapie się za głowę, dziwiąc się, że kogoś, kto nagrał chociażby „Na audiencji” uważam za wrażliwego, to nawet lepiej. Bo chodzi tutaj o właściwie każdy rodzaj wrażliwości. Począwszy od tej elementarnej życiowej, która pozwala spojrzeć na świat oczami każdego dowolnie wykreowanego bohatera (w tym dziecka, co jest szczególnie trudne), na językowej kończąc. A to właśnie ona pozwala Oskarowi tak wiernie wszystkie te odczucia opisać.

Dobrego poetę od reszty odróżnia to, że świadomie posługuje się językiem, a każde słowo ma znaczenie. I rzeczywiście, w tekstach Oskara nic nie dzieje się przypadkiem – wersy są przemyślane, porównania trafione i nadzwyczaj pojemne, a każda „ku*wa” pada dokładnie tam, gdzie paść powinna.

Śliczna jest jak Aventador

Analizę tekstów Oskara najwygodniej zacząć od porównań. Tak bardzo charakterystycznych, dlatego że z pozoru wyglądają na zupełnie niepasujące. Ale to właśnie dlatego ciągną za sobą całe szeregi skojarzeń. Weźmy choćby „National Geographic”, gdzie najpierw pojawia się: „Śliczna jest jak Aventador”, a na początku kolejnej zwrotki: „Śliczna jest jak Murciélago”. I to mówi bardzo dużo o tym, jak ten nasz podmiot liryczny postrzega świat i to, co jest w nim piękne. A piękne jest to, co jest ekscytujące, niedostępne i niebezpieczne. Równie dobrze Oskar mógłby powiedzieć, że lubi niebezpieczne rzeczy, szybkie samochody i życie na krawędzi (oh, wait, powtarza o tym w każdym kawałku), ale tego typu wtrącenia uzupełniają jego teksty wręcz idealnie.

I dalej: „czerwona jest krew i paruje jak kawa” wzięte z „To nie był film”. Wszystkie przyjemne skojarzenia parującej kawy; przyjemny smak, jej zapach, ciepło i pobudzające działanie zostały zestawione z mordem. I to takim „just because”. Da się bardziej trafnie opisać psychopatę? Może być ciężko.

Teksty śpiewają się same

Jest takie słowo, które pada na lekcjach języka polskiego gdzieś w liceum: „sylabotonizm”. Zamiast szukać w Google jego nieco bardziej zrozumiałej definicji, spróbujcie po prostu przeczytać dowolne kilka wersów tak, aby ich nie zaśpiewać:

„Ulica i światło lamp, zataczam się kaszląc, czkam/Mija mnie patrol, fart, rzygam, drę gardło, chlam”

„Flary”

…albo…

„Walę w szybę, w stacyjkę wbijam swój śrubak/Palę szybciej, nutę odpalam jak w klubach”

„Monza”

Zgadzają się w nich miejsca, w których występują akcenty, ilość sylab i ogólny rytm. Tego typu zabiegi pojawiają się u Oskara tak często, że śmiało można dostrzec je także w utworach wykonywanych przez innych artystów, których Oskar mógł być ghostwriterem. Sprawdźcie… „Plik” Dziarmy, serio.

Najbardziej romantyczny z brutali, najbardziej brutalny z romantyków

Weźmy na tapet choćby „Vanitas” albo „Crash Test”. Oba, choć zdecydowanie się od siebie różnią, są bardzo dojrzałymi tekstami o przemijaniu. Między ćpaniem, imprezami, kradzieżami i ogólnie pojętym życiem na krawędzi, gdzieś obok wybrzmiewa ich prawdziwy sens: przewijają się nihilistyczne przemyślenia na temat kondycji świata, społeczeństwa i samego siebie. Z tych tekstów wynika też brak poczucia, że wszystko w życiu trzeba uzasadnić. Bo niby „samorealizacja da mi gratyfikację/ale to jutro (…) bo jest tyle rzeczy, które muszę zrobić najpierw”.

Dodajmy do tego jeszcze to, jak bardzo „gęste” są jego teksty. W ciągu kilku linijek, a czasami za pomocą jedynie genialnie skonstruowanych one-linerów, Oskar opisuje to, na co inni poświęciliby całe akapity. Pierwszy z brzegu: „Ona milczy głośniej, niż krzyczę” („Flary”). Kolejny – cała historia dorastania, zmiany w postrzeganiu świata, wszystkie lęki i kryzysy opisane za pomocą wersów: „Dorosłe problemy małe jak przeszłość/Dziecka małe problemy ważne jak wieczność” i kilku następujących po nich linijek („Crash Test”). Wreszcie, największa chyba perełka spośród wszystkich linijek Oskara: „Wartości się jak olej w aucie wymienia” („Magnolie”)…

A jeżeli to, co napisałem, brzmi skomplikowanie, możecie być spokojni. Nie trzeba na teksty polskich raperów patrzeć w ten sposób. Na żadne nie trzeba, tak naprawdę. Bo nawet jeżeli ktoś powie, że nie zna i nie rozumie środków stylistycznych czy innych zabiegów językowych, to wcale nie znaczy, że one na niego nie działają. Takie rzeczy odbiera się też podświadomie.

fot. Michał Klusek

Zostaw komentarz

Udostępnij
Hip Hop,News
Deemz, Mata i spółka parodiują znane hity. Czy ten szlagier podbije wszystkie remizy?
Deemz, Gombao33 - I Took A Pill In Remiza

W rapowych kuluarach długo mówiło się o tym, że powstaje hit na płytę producencką, nad którym pracuje Deemz, Mata i ich koledzy z Gombao 33. Biorąc pod uwagę skład artystów angażujących się w ten numer, można było spodziewać się zabawnego, imprezowego hitu, ale efekt końcowy i tak ostatecznie mocno zaskoczył, ponieważ panowie kompletnie się nie szczypali, robiąc zupełnie odjechany, nieco żenujący, ale jednak niezwykle bujający szlagier.

Już sam tytuł nieźle nastraja i sprawia, że na twarzach wtajemniczonych pojawiają się liczne uśmieszki. „I took a pill in remiza” nawiązuje bowiem do bardzo podobnie brzmiącej piosenki Mike’a Posnera pt. „I took a pill in Ibiza”. Artyści nawiązują jednak do tego hitu tylko w tytule, bo już sam utwór zainspirowany jest przede wszystkim innym, nieco cringe’owym, ale jednak znanym przez wszystkich numerem „Zodiak na melanżu”. Refren piosenki, śpiewany przez Matę, jest w zasadzie parafrazą fragmentu wyżej wspomnianego kawałka. To pozostawia pewien niedosyt, bo znając młodego Matczaka mogliśmy liczyć na fajną, autorską melodię obłożoną w nie mniej zabawne słowa. Z drugiej strony ograniczenie się do przerobienia znanego już przez wszystkich tekstu przynajmniej gwarantuje, że od początku wszyscy będą się dobrze do tego bawić, bo w zasadzie zdążyli się z tym brzmieniem oswoić na przestrzeni ostatniej dekady.

Zwrotki trudno oceniać, bo gołym uchem słychać, że chłopaki z Gombao 33 nie skupiali się na tym, by były one dobre technicznie czy ciekawe, a zależało im po prostu na tym, by były zabawne. Są więc elementem, który nieco uspokaja piosenkę i wybudza z refrenowego transu, ale mianem nudnych też bym ich nie określił, bo momentami przyprawiają na twarzy porządny uśmiech, szczególnie wtedy, gdy Szczepan follow-upuje Franka Kimono albo w momencie, w którym Wyguś zaznacza jak ważne są centymetry na przykładzie wielkiej pizzy. Ten numer ma więc jak najbardziej szanse na stanie się dyskotekowym hitem, puszczanym również, a może nawet przede wszystkim, na potańcówkach w remizie i osiemnastkach. Sam, choć na trzeźwo odczuwam przy tym numerze pewne zażenowanie, będę się do niego bawił jak szalony, gdy tylko w żyłach popłynie minimalna dawka procentów. Ba, podejrzewam, że nie tylko ja.

Numer z Gombao 33 jest kolejnym singlem, który zapowiada tworzoną od dawna i niezwykle wyczekiwaną płytę producencką Deemza. Spod rąk producenta wyszły już hitowe kawałki, które dają ogromną nadzieję na to, że jego album będzie pełen chwytliwych i przede wszystkim dobrych piosenek. To z pewnością może być najciekawszy materiał producencki od lat, więc czekamy, zacierając ochoczo rączki.

fot. kadr z klipu „Deemz, Gombao33 – I Took A Pill In Remiza”,YouTube.com/Deemz

Zostaw komentarz

Hip Hop,News
Konflikt w sprawie przejęcia StoproRap! Czy Remo oszukał Winiego?
Instagram.com

Słuchacze i ludzie z branży często uważnie śledzą transfery raperów pomiędzy poszczególnymi labelami, gdyż te stają się powoli normą, jak w piłce nożnej. Dużo rzadziej mamy jednak do czynienia z przejęciami całych wytwórni – jest o po prostu bardziej skomplikowane. Kilka miesięcy temu doszło jednak do takiej sytuacji na polskiej scenie, kiedy to Wini sprzedał Remo, do którego należy już MyMusic, zbudowaną przez siebie wytwórnię StoproRap. Po czasie okazuje się, że nie wszystkie strony są zadowolone z przebiegu transakcji.

Zdradził to Wini, który w studio RapNews stwierdził, że kompletnie nie śledzi ruchów swojej, byłej już wytwórni, gdyż czuje się oszukany przez jej obecnego właściciela, który według niego sporo naobiecywał, ale nie wywiązał się już ze swoich słów. Okazało się, że nie wszystko jest zawarte w umowie.

„Remik mnie oszukał. Niestety moja naiwność sprawiła, że nie mam tego na papierze. On powiedział, że będzie przedyskutowywał ze mną każdego artystę, który trafi do StoproRap i tego nie uczynił. Powiedział również, że wypuści teledysk Mopsa na StoproRap, czego nie uczynił. Oszukał mnie w jeszcze jednej rzeczy, w temacie ubrań. Niestety nie jest to słowny człowiek, o czym przekonałem się po fakcie. Zabawne w jaki sposób mówił o tym. Naprawdę przekonał mnie, że tak faktycznie będzie, że „Wini, ty jesteś tutaj ważną osobą”. No trudno, bywam naiwny nawet w moim wieku. Chociaż wiem, że ludzie to kłamcy, to nie umiem tego przyjąć. Nie cierpię ludzi, mam o nich totalnie złe mniemanie, a jak ich poznaję, to za każdym razem się robię, że może ci ludzie nie są tacy źli i będzie fajnie. To jest błąd, który popełniam całe moje życie. Nie interesuje mnie nic, co w mojej byłej wytwórni robi Remik. Byłoby bardzo miło, gdyby zmienił nazwę, bo nie ma to nic wspólnego z tym, co robiłem, ponieważ nikt mnie nie pyta o zdanie, a tak mi zostało obiecane” – powiedział.

Oskarżenia padające w stronę Remo były bardzo poważne, więc wypadałoby, żeby główny zainteresowany się do nich odniósł. CGM uzyskał od właściciela StoproRap jego wersję wydarzeń, w której były DJ tłumaczy się, że nic Winiemu nie obiecywał, a jedynie ustalał taką możliwość. Wyjaśnia on też kwestię związaną z biznesem odzieżowym.

„Trochę to wszystko tak jakby sprzedać komuś samochód i chcieć jeszcze z niego korzystać, wypożyczać. Tak się dziś czuję. Myślę, że jakbyśmy mieli jakieś ważne dla kogokolwiek ustalenia, byłyby jednak zapisane w umowie – a o tym co mówi Wini ani słowa w paragrafach. Tym bardziej, że to jego prawnik sporządzał umowę, nie mój. Faktem jest, że rozmawiałem z Winim o ewentualnych możliwościach konsultingowych – jednak po prostu z nich nie skorzystałem. Chyba mam do tego prawo, zatrudniać kogo chcę i pracować, z kim chcę. Wizja StoproRap jest zupełnie inna niż ta, którą do momentu swojej własności stosował Wini, dlatego tym bardziej korzystanie z „gustu” byłego właściciela było dla mnie bez sensu. Co do domniemanego oszustwa w segmencie odzieżowym. Fajnie, żeby Wini mówił wszystko w całości. Zamówiliśmy wycenę bluz StoproRap u Winiego, które chciałem, żeby dla mnie wyprodukował. Wycena jednak była była tak duża, że za jedną mogłem u konkurencji zamówić dwie. I tak się skończyła współpraca odzieżowa. Reasumując, przykre to wszystko, że dochodzi do takich wymiany zdań. Nie czuję się, że w czymkolwiek oszukałem Winiego, zresztą jakby tak było, sytuacja przybrałaby inny wymiar, nie tylko publicznej żółci. Nie roszczę jednak żadnych pretensji do Winiego nawet za to, że nazwał mnie praktycznie dosłownie „oszustem”. Rozumiem jego smutek, domyślam się, co może czuć obserwując rozwój StoproRap bez jego osoby. Nawet jeśli uważa, że go to zupełnie nie interesuje, co się u nas dzieje. Nie będę komentował dalej tej sprawy. To jedyna wypowiedź, którą udzielam i proszę o wyrozumiałość”.

Sprawę trudno ocenić jednoznacznie, gdyż tak naprawdę obaj Panowie mają swoje rację. Remo w zasadzie przyznał się do poczynania pewnych ustaleń z Winim, ale jednocześnie obronił się tym, że nie ma o nich słowa w umowie, dlatego nie musiał się z nich wywiązywać. Były szef labelu ma z kolei prawo do tego, by mieć żal, skoro w myśl kultury hip-hop sporo rzeczy załatwia się na słowo, w oparciu o zaufanie, a nie tylko sztywne zapiski w kontraktach. Wini mógł więc liczyć, że pewne kwestie zostaną po ludzku, między paragrafami dogadane. Nie ma on jednak najmniejszych podstaw by z takim „oszustwem” kierować się do sądu, bo od strony prawnej Remo dopilnował wszystkiego. Szkoda po prostu, że takie nieporozumienie zaszło, bo przecież wolelibyśmy, żeby wszystko, co związane z hip-hopem dało się załatwić w cztery oczy, w koleżeński sposób, bez konieczności powoływania się na konkretne aneksy w umowie. Niestety, rap to już biznes, a w biznesie tak właśnie się gra.

fot. instagram.com

Zostaw komentarz