Hip Hop,News

Eminem i Jay Z łeb w łeb jeśli chodzi o liczbę hitów na Billboard!

Kajetan Szewczyk -
Hip Hop,News - - Dodane przez Kajetan Szewczyk

Eminem i Jay Z łeb w łeb jeśli chodzi o liczbę hitów na Billboard!

Dwie legendy obok siebie w legendarnym rankingu. Zarówno Eminem jak i Jay Z trafili na listę Billboard’s Hot 100 dokładnie 21 razy w ciągu swojej kariery. Taki wynik czyni ich… zdobywcami trzeciego miejsca. Tak, trzeciego.

Pierwszy jest Drake, który znalazł się w notowaniu 33 razy, a drugi Lil Wayne – 24 wjazdy na Billboard. Spodziewalibyście się?

Prestiż prestiżowi nierówny

Z jednej strony zdziwienie, a z drugiej – po chwili namysłu – absolutna zgoda. W końcu Drake faktycznie jest fabryką hitów. Co innego Billboard, co innego Grammy. No właśnie – jak na tym polu sprawdzili się wyżej wymienieni?

  1. Jay Z – 22 statuetki (77 nominacji)
  2. Eminem – 15 statuetek (22 nominacje)
  3. Lil Wayne – 5 statuetek (24 nominacje)
  4. Drake – 4 statuetki (42 nominacje)

Jak widać wybory kapituły są “nieco” inne niż słuchaczy. A Wy jak oceniacie tych zawodników? Czy któryś jest niedoceniony, a któryś przeceniony? Przypominamy, że ostatnio Billboard zyskał trochę złej prasy po aferze z “klasyfikacją” gatunkową “Old Town Road” Lil Nas X’a – KLIKNIJ.

fot. kadr z wideo “Jay-Z and Dean Baquet, in Conversation”, youtube.com/The New York Times

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
Tede znów powrócił i uciszył hejterów

Równo tydzień temu wyraziłem swoje obawy odnośnie najnowszego wydawnictwa Tedego. Pod koniec stwierdziłem, że jeśli rzucone tam przeze mnie obiekcje okażą się przedwczesne, to posypie głowę popiołem. Ten czas właśnie nadszedł, to nie środa popielcowa, ale sypiemy, jak kiedyś w RRX u Krzysia Kozaka.

Dobry wybór singli – a komu to potrzebne

Kilka lat temu Tede stwierdził, że specjalnie wybiera najsłabsze kawałki na single i w przypadku jego najnowszej produkcji znajduje to potwierdzenie w 100%. Numery promujące “Karmagedon” poza dwoma wyjątkami (“Gangin”, “Tylko tyle”) specjalnie nie zachęcały do sprawdzenia całości. Dodatkowo, wypuszczony dzień przed premierą, numer ze Zbukiem był jak rzucenie białego ręcznika w ringu. Trochę nadziei wlał track “Hoespicjum“. Rozliczenie się z dawnym kompanem ze składu było jasnym sygnałem, że warszafski deszcz w najbliższym czasie już nie spadnie.

Z takim ostudzonymi oczekiwaniami, przystąpiłem do sprawdzania całości i już od pierwszego kawałka “Kartagedon” serduszko zaczęło się coraz bardziej radować. Tede przed oficjalna premierą “Karmagedonu” wypuścił dziewięć numerów, z czego do gustu przypadły mi trzy. Natomiast w przypadku pozostałych tracków (nie licząc posse-cutu) to oprócz dwóch kawałków (z czego taki “9iewieć ich” i tak jest o wiele lepszy od “One star” czy “Boatever”) reszta gra aż miło.

Więc co jest tak dobrego w tym całym “Karmagedonie”? Na pewno różnorodność – wreszcie całość nie brzmi monotonie, jak miało to miejsce przy dwóch ostatnich produkcjach rapera (i Sir Micha). Dodatkowym plusem jest to, że – podobnie do “VanillaHajs” – mamy tu dużo wpadających w ucho refrenów. Nawijka TDF’a dla mnie jest jak najbardziej na plus, na forach jest trochę opinii, że Tede męczy się na tej płycie, ale jest wprost przeciwnie. Raper raz przyśpieszy, raz położy nacisk na akcent – jest dobrze, jest dobrze w ch*j, cytując Bonusa BGC.

Niestety, ale patenty na poszczególne kawałki to już trochę powtórka z rozrywki. O lansie nastolatków już Tede nawijał, o tym, że wyprzedził scenę z nagrywaniem o hajsie – nawijał już praktycznie od czasów albumu “Hajs, Hajs, Hajs”. Zresztą motyw, że był kiedyś dissowany przez kolegów z branży, a teraz oni robią to samo, od czasów wyjścia z infamii, powraca jak bumerang.  

W kwestii produkcji, nic się nie zmieniło. Michu po raz kolejny nie zawiódł. Miło, że momentami jest trochę oldskulowo, potem bardziej nowocześnie, dzięki czemu nie męczy to ucha, jak w przypadku “Skrrrt”. “Skrrrt”. Nie “Skrr”, bo “Skrr” nigdy Was nie zmęczy, zapamiętajcie!

Diss za dissem

No dobra, teksty tekstami, bity bitami, ale wszyscy przy okazji “Karmagedonu” czekali na jedno – na soczystą wołowinkę.
Kogo ostatecznie pojechał Tede? Lista jest dość długa, ale większych zaskoczeń raczej nie było. Kto oberwał niespodziewanie? Chyba Kobra, bo tego “rapera” HCR z talent show to raczej poważniej traktować nie możemy. Tede wystrzelił w Kobrę kilka soczystych panczy. Natomiast, menago Ryszarda Peji to już bardziej rap-emeryt/rap-zajawkowicz, więc ewentualny beef raczej nie zatrzęsie polską sceną. Kobra dostał, Rychu dostał, Beteo dostał i kilku innych też dostało “kontrolnego” strzała, a W.E.N.A.? w końcu miał być beef, zapowiadany od prawie roku. Tymczasem na Wudoe mamy tu tylko jedną grę słowną w “One star” i wyzwanie od “pedałów” w “CA$HPIROV$KY”. Znając podejście i chęć podjęcia walki przez Wenę, to tyle wynikło z tego “beefu”.

Czy w ogóle po “Karmagedonie” Tede wpląta się w jakiś poważny konflikt? Wątpię, chyba że z Kubą W. lub Martą L., z raperów to może jedynie Young Multi zareaguje, ale też w sumie nie ma na co.  

Posse-cut

Ostatnio pisałem, czy aby Tedemu nie pomylił się motyw “dissowania łaków” z ich promocją. Lista zaproszonych gości sugerowała tę drugą opcję. Całe szczęście, że większość z nich została wrzucona do bonusowego posse-cutu. Natomiast chyba tylko przekora gospodarza sprawiła, że Dwa Sławy, Otsochodzi czy Te-Tris są umieszczeni w 10 minutowym numerze, a Zbuku trafił na oryginalna wersje. Jeszcze odnośnie “Je*ać Łaków (remix)” to najbardziej na plus wyróżniły się Sławy i JNR. W swoim stylu polecieli Otso, Włodi czy Te-Tris, ale połowa zaprezentowała nam “piękny” autodiss – zwrotki Fokus czy Tymka

W każdym razie – “Karmagedon” to dla mnie najlepsza płyta Tedego, od czasu “VanillaHajs”. Po kawałkach promocyjnych spodziewałem się klapy, a wyszło wręcz przeciwnie. Po ostatnich dwóch mizernych płytach warszawiaka, poprawa jest znacząca.  Nie wiem, czy już sprawdziliście “Karmagedon”, jeśli nie, to polecam.

Foto. Instagram/tedef

Zostaw komentarz

Felieton
Nie oglądasz NBA? To IDEALNY moment, żeby zacząć!

Wszystko dlatego, że jesteśmy w najlepszym okresie w trakcie sezonu – Play Offach. Ponieważ wbrew zapowiedziom, że wszystko zostało już wyjaśnione przed sezonem i mistrzem ponownie będą Golden State Warriors, jest bardziej emocjonująco niż się wszystkim wydawało. Ruszyły finały konferencji, więc to naprawdę ostatni dzwonek, żeby wkręcić się w oglądanie spotkań. Dlaczego? Moja zapowiedź i przedstawione w niej historie powinny Was przekonać.

Damian vs Goliat (Portland Trail Blazers vs Golden State Warriors)

Damian Lillard i jego koledzy od początku byli skazywani na pożarcie podczas tegorocznych finałów. Mieli odpaść już w pierwszej rundzie z dowodzoną przez Russella Westbrooka i Paula Georga Oklahomą City Thunder. Szczególnie, że rok wcześniej nie dali powodów (przegrana w 1 rundzie 4:0 z New Orleans Pelicans) aby wierzyć, że będą w stanie unieść gatunkowy ciężar serii. Jakby tego było mało, na sam koniec sezonu fatalnej kontuzji doznał Jusuf Nurkić – podstawowy center drużyny. Możecie obejrzeć ją tutaj, ale ostrzegam – dozwolone od lat 18-stu. Lillard wraz z kolegami wszedł jednak na niesamowity poziom i w niesamowity sposób zakończył też serię. Jego „trójka”, rzucona prawie z połowy, to jeden z najlepszych rzutów na zwycięstwo jakie widziałem.

Po szybkiej serii z OKC, przyszedł czas na Denver Nuggets. Drużynę, w której najważniejszą rolę odgrywa wyglądający jak młody Andrzej Gołota Nikola Jokić (wybrany w drafcie podobnie jak wspomniany wcześniej Nurkić przez polskiego skauta Rafała Jucia). Tutaj nie było już tak łatwo, Blazers awansowali dopiero po 7 meczowej serii, a w jednym ze spotkań mieliśmy nawet historyczne 4 dogrywki! Niestety w ostatnim spotkaniu kontuzji doznał rozgrywający świetne finały Rodney Hood i do rywalizacji z mistrzami NBA przystąpi nie będąc w pełni sprawny. Na pewno będą mogli jednak liczyć na zimną krew CJ’a Mccolluma, który wziął na siebie odpowiedzialność w ostatnim meczu i to głównie dzięki jego punktom wrócili z -17, by w fantastyczny sposób wygrać dreszczowiec w Denver.

Mistrzowie NBA do finałów przystępowali oczywiście w roli faworyta. Pierwsza runda pokazała jednak, że mogą wcale nie być tak mocni, bo skazywani na pożarcie Los Angeles Clippers zmusili ich do rozegrania aż 6 spotkań. Na domiar złego kontuzji doznał Demarcus Cousins – ich podstawowy center.

Prawdziwym testem miała być jednak dopiero seria z Houston Rockets, którzy w zeszłym roku omal nie wyeliminowali ich z gry podczas finału konferencji. Wtedy stracili jednak Chrisa Paula i w ostatnim siódmym spotkaniu spudłowali… 27 kolejnych rzutów.

Ta seria zupełnie odwróciła jednak przedsezonową narrację, w której to Warriors byli tymi złymi, ponieważ zepsuli NBA transferem Kevina Duranta. Houston z kolei mieli wręcz bzika na punkcie swoich rywali i byli uważani za jedyną drużynę, która ma szansę ich pokonać. Wszystko ze względu na specyficzny system trenera D’antoniego oraz świetny sezon Jamesa Hardena. Jakby tego było mało, w połowie rywalizacji wspomniany Durant doznał kontuzji. Rakiety nie mogły mieć już wymówek.

Koniec końców nie miały jednak odpowiedzi na Stephena Curry’ego, który po fatalnej pierwszej połowie szóstego spotkania (miał 0 punktów) w drugiej trafił 33! Nagle po kontuzji Duranta, mistrzowie NBA odzyskali swój vibe a ich rozgrywający formę. Nagle to wszyscy zaczęli kibicować Golden State Warriors za koszykówkę, która cieszy oko, co niesamowicie kontrastowało ze stylem gry i licznymi izolacjami Jamesa Hardena (kozłuj, kozłuj, kozłuj, kozłuj, wjedź pod kosz lub rzuć za trzy przez ręce).

Kevin Durant dalej jest OUT, ale w meczu numer 1, który odbył się dzisiejszej nocy nie przeszkodziło to graczom GSW rozstrzelać Portland. Czy graczy Blazers stać na niespodziankę w kolejnych spotkaniach? Na swoim parkiecie na pewno.

(Pół)Nocny Król vs Greek Freak (Toronto Raptors vs Milwaukee Bucks)

O tym jak „cold blooded” Kawhi trafił na północ wspominałem w tym tekście i z perspektywy tego sezonu można już powiedzieć, że ryzyko jakiego dokonał GM Raptors opłaciło się. Gracze z Kanady przełamali swoją klątwę i chyba na dobre pozbyli się ksywki „pampersiaków”, którzy zawodzą w trudnych momentach. W większości zawdzięczają to właśnie Leonardowi, który póki co jest najlepszym zawodnikiem tych finałów.

Swoją wielkość pokazał zarówno w pierwszej rundzie, gdzie odegrał ogromną rolę w łatwym zwycięstwie 4-1 nad Orlando Magic, jak i drugiej, kiedy dominował po obu stronach boiska (miał tylko jeden gorszy mecz) w siedmiomeczowej serii z 76ers. Na sam koniec dokonał rzeczy historycznej, czym wprawił w łzy wielkiego i znanego z jeszcze większego poczucia humoru Joela Embiida (za sprawą Marca Gasola jest to „cutest” moment finałów, zobacz go tutaj), jako pierwszy zawodnik w historii NBA w meczu numer 7 rzucił na zwycięstwo równo z syreną. Toronto eksplodowało. Nawet gdyby ta historia miała zaraz się skończyć i koszykarz miałby przenieść się po sezonie do słonecznego Los Angeles, nikt im tego nie odbierze.

O Giannisie też pisałem, ponieważ był jednym z moich wyborów do drugiej części Space Jam. Popularny „Antek” jest naturalnym następcą do tronu w konferencji wschodniej, po tym jak LeBron James wyprowadził się na zachód. To on ma rządzić nią przez wiele następnych lat. I o ile nie mieliśmy wobec tego wątpliwości w pierwszej rundzie, kiedy gracze Bucks jako jedyni skończyli serię wynikiem 4:0, tak pierwszy mecz drugiej rundy sprawił, że niektórzy zaczęli wątpić w dominację zawodnika z Grecji. Napisać, że Giannis został zatrzymany przez obronę Celtics, to jak nic nie napisać.

Ten mecz okazał się jednak zapalnikiem. Zapalnikiem do eksplozji, która sprawiła, że Giannis w następne mecze wszedł z dużo większą agresją i zaczął dominować. Efekt? 4 kolejne zwycięstwa i odprawienie z powrotem do Bostonu gwiazd w zielonych koszulkach.

Już dzisiejszej nocy dowiemy się kto wyjdzie zwycięsko z pierwszego pojedynku. Pojedynku dwóch wielkich koszykarzy. Spotkanie o 2:30 w nocy naszego czasu.

Fot. Kawhi Leonard CRAZY GAME-WINNER – Game 7 | Raptors vs 76ers | 2019 NBA Playoffs / YouTube

Zostaw komentarz