Felieton,Hip Hop

Gościnki u Kuby

Damian Kaźmierczak -
Felieton,Hip Hop - - Dodane przez Damian Kaźmierczak

Gościnki u Kuby

Od nagrywania w mocno ulicznym i antysystemowym składzie, do występu w popularnym programie rozrywkowym, który emitowany jest w prime-time. Droga, którą w ostatnim roku przeszedł Kamil Nożyński jest zaskakująca. Jednak w dzisiejszym felietonie nie będziemy skupiać się na karierze Safula, sporo już o nim (zwłaszcza w kontekście ostatnich kilku miesięcy) pisaliśmy. Dziś cofnę się w czasie i sprawdzę, którzy członkowie rap sceny zasiadali na kanapie Kuby Wojewódzkiego. W ciągu… 17 [!] lat istnienia programu pojawiło się na niej kilkunastu raperów. Przyjrzyjmy się więc najciekawszym występom.

Peja: czyli przede wszystkim być, k****, naturalnym

Najbardziej zapadające w pamięć raperskie odcinki. Peja gościł w programie Wojewódzkiego trzy razy (lata: 2006, 2010 i 2013), z czego najbardziej charakterystyczny był debiutancki występ w 2006 roku. Co to było za wystąpienie! W stylu “Sex, drugs & rock’n’roll” lub jak nawijał sam Peja na “SLU” – “Seks dragi rap“. Ryszard był naładowany energią, jak króliki w reklamie baterii Duracell. Można było wiele mu zarzucić (wulgarność, promowanie patologicznych zachowań), ale na pewno nie brak autentyczności i naturalności. Smaczku temu show dodawał także drugi gość (mimo że od początku było widać, że dla wybitnego polskiego aktora Rychu to postać z kompletnie innego świata). Cezary Pazura – bo to o nim mowa – delikatnie podjudzał Peję na Wojewódzkiego. Oryginalny występ z 2006 roku chętnie wypominał Rychowi Tede w późniejszym beefie: “Ale u Kuby dałeś dupy wcześniej – tam nie będziesz“. W kolejnych latach członek Slums Attack, gościł na kanapach Wojewódzkiego jeszcze dwa razy. Z każdym kolejnym spotkaniem będąc już jednak coraz bardziej zachowawczym.

Liroy: Początki postulatów politycznych z… pornografią w tle

Drugi gość, który często bywał u Kuby, to Liroy. Panowie znali się jeszcze z czasów, gdy Wojewódzki reżyserował teledyski. Liroy swoją bezpośredniością i kontrowersyjnością wyróżniał się na tle innych zapraszanych raperów. Dzisiejszy poseł, w tamtym okresie bez ogródek mówił o byciu pierwszym polskim raperem, który będzie kręcił filmy pornograficzne. Od początku poruszał również tematy związane z legalizacją marihuany. Ostatni (jak dotąd) występ Liroya u Kuby miał miejsce w 2013 roku. Tak jak za trzecim razem Peja, on też był już znacznie bardziej stonowany i mówił głównie o promocji biografii Piotr Marca. Jako ciekawostkę dodajmy, że u boku “Scyzoryka” zasiadła wtedy na kanapie, wówczas jeszcze nie aż tak popularna… Anna Lewandowska.

Od wizyt u Wojewódzkiego do początków kariery aktorskiej

W programie Wojewódzkiego również Sobota wystąpił więcej niż raz. W 2015 roku – w towarzystwie Zenka Martyniuka. Panowie wspólnie wykonali mashup swoich dwóch hitów. Rok później Sobocie towarzyszyli już Popek i Matheo, co było związane z promocją ich wspólnego albumu “Trzej królowie”. W przypadku obu wywiadów Sobota – choć trudno w to uwierzyć – był raczej bohaterem drugiego planu. Pierwszy raz w cieniu Martyniuka, drugi – Popka. Mimo to, jego występy u Kuby można uznać za preludium medialnej kariery Soboty, która dziś zaprowadziła go do udziału w filmach Vegi i głównej roli w produkcji “Totem” (gdzie wcielił się w gangstera stojącego na czele największej grupy przestępczej w mieście).

Kuba Wojewódzki i jego producenci potrafili dobrze wyczuć koniunkturę na hip-hop w mediach. Dzięki czemu w sezonie jesiennym w 2012 roku w programie zagościło aż czterech raperów: wcześniej wspomniany Peja, Pezet oraz Fokus i Rahim (jako Pokahontaz). Związane było to po pierwsze z premierą filmu “Jestem Bogiem”, po drugie – z kolejnym boomem na hip-hop w Polsce. Dodajmy, że w latach 2007-2011, czyli w okresie medialnego kryzysu rapu w naszym kraju, u Kuby zasiadł tylko jeden przedstawiciel gatunku – znów Peja.

Spotkanie u Kuby z beefem w tle

Młodsi czytelniczy mogą już nie pamiętać zjawiska “hiphopolo“. To u Kuby (wówczas prowadzącego swój talk-show jeszcze w Polsacie) wystąpili 18L czy Mezo. Był on zresztą jednym z niewielu raperów, którzy na tej wizycie stracili, choć przyznajmy, że w tamtym okresie czegokolwiek by Mezo nie zrobił, przynosiło mu to raczej straty niż zyski w branży. Jego pamiętne przejęzyczenie (“Słuchaj, ja do tego tekstu podeszłem zupełnie inaczej niż on”) niegodne studenta politologii, skrupulatnie wykorzystał Ten Typ Mes w outro swojego dissu na Meza.


Kanapa nowego pokolenia

Ciekawie oglądało się wizytę Żabsona, która to odbyła się w poprzednim sezonie show. Był to debiut przedstawicieli młodego pokolenia u Wojewódzkiego. Dotąd u gwiazdora TVNu gościli głównie raperzy “starszej” daty. Dlaczego? Młodym taka promocja była chyba już po prostu niekoniecznie potrzebna. Ich główny fanbase coraz rzadziej ogląda telewizję, skupiając się głównie na treściach emitowanych w Internecie (o czym pisaliśmy we wczorajszym felietonie). Żabson jednak na tym występie na pewno nie stracił. Wypadł u Kuby naturalnie i jako reprezentant nowej twarzy polskiego hip-hopu dał radę.

Raperzy wciąż tylko dodatkiem do gości z głównego nurtu

Grupa raperów, którzy zagościli w programie Kuby Wojewódzkiego, chociaż dość liczna, to jednak znika, gdy porówna się ją z grupami przedstawicieli innych gatunków muzycznych, którzy zasiadali na kanapie. W ciągu ostatnich 15 lat (licząc od występu Vienia i Pelsona w 2004 roku, którzy byli pierwszymi reprezentantami polskiego hip-hopu u Kuby) w programie gościło 17 raperów i 2 producentów hip-hopowych. Dla porównania – tylko w ostatnich pięciu latach, na kanapie showmana rozsiadło się 27 popowych gwiazd.

Z raperem nie o rapie

Dziś wizyta w telewizji w środowisku hip-hopowym jest już czymś normalnym. Żeby narobić większego szumu i spotkać się z ostracyzmem, dany raper musiałby wygłaszać na wizji kontrowersyjne hasła w stylu Bedoesa w Stodole. Mało, który raper też stracił szacunek czy wiarygodność w środowisku przez zasiadanie na kanapach Wojewódzkiego. Z drugiej strony wątpię, aby którykolwiek z polskich hip-hopowców cokolwiek na tym zyskał. Po występie w TVNie/Polsacie, ilość sprzedanych płyt raczej znacznie nie poszła nikomu w górę, a koncertowe sale nie wypełniły się nagle po brzegi. Czy Saful na występie u Kuby zyskał, czy stracił – oceńcie sami. Warto jednak pamiętać, że wpadł tam bardziej jako Kamil Nożyński – początkujący aktor, aniżeli Saful – raper z warszawskiego składu Dixon37.

Fot. Instagram/teraz_saful

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
Ręka rękę myje: kto z kim w polskim rapie

Wtorek wieczór. Oglądam wywiad z Casanovą Angie Martinez. W pewnym momencie raper przyznaje, że więcej wsparcia dostaje od wykonawców z południa USA niż z rodzimego Nowego Jorku. – Hm, ciekawe czy tak jest też w Polsce? – zastanawiam się. Wielu raperów narzekało w wywiadach na trudną warszawską publikę, na to, że lepiej gra się im… chociażby we Wrocławiu – przypominam sobie. Czy w polskim rapie w ogóle można się jeszcze samoistnie wybić? – wybiegam nieco myślami. I sam sobie odpowiadam: Bez wsparcia na featach raczej nie.

Dywagowałem tak jeszcze chwilę, ale szybko w głowie naszkicował mi się obraz polskiego środowiska. Dobrze pamiętam spotkania w Harendzie i w jej okolicach, na których gromadziło się sporo podziemnych raperów i ich znajomych. Bitwy freestylowe w Indeksie, bitwy freestylowe na skarpie za kampusem UW. Wszyscy chcieli coś sobie udowodnić, choć zbyt wielu asów tam nie było. O większości słuch zaginął. Dlaczego?

Swój pozna swego

Mam pewną dosyć kontrowersyjną teorię. Otóż, w mojej opinii, grupa czuła niechęć do najzdolniejszych osób. Niechęć powodowaną kilkoma czynnikami:

  1. Taki as jest ich bezpośrednią konkurencją
  2. Nagranie z nim nie ma sensu, bo będzie lepszy
  3. Mówienie o nim komukolwiek zdejmuje z nas uwagę

Zazwyczaj te imprezowe koneksje skutkowały jakimś numerem. Zazwyczaj niestety słabym, bo zrobionym przez dosyć kiepskich nawijaczy.

Drugą sprawą było to, że trudno rozmawiało się z kimś, kto już coś w środowisku osiągnął. Wiecie – ten typ, który zjechał 50 bitew, kręci jakieś wyświetlenia na youtube i jest fajnym, pociesznym gościem.

Tu sytuacja była o tyle trudna, że faktycznie część osób pucowała się takiej osobie, żeby coś ugrać. Ciężko było udowodnić, że nie ma się złych intencji, skoro większość chciała wdrapać się takiemu jegomościowi na plecy. W efekcie tworzył się kolejny podział, bo te więcej znaczące asy spędzały czas w swoim towarzystwie. Niewidzialny, hip-hopowy system kastowy.

Dograj się

Najśmieszniej było jednak, kiedy do jakiejś nagrywki już doszło i noname’y robiły numery z semi-name’ami. Jaki był efekt? Propsy na kolejnej imprezie, ale wymierny – żaden. Przecież feat nic nie da, jeśli jesteś słaby.

Pamiętacie, kiedy Bonson dogrywał się dosłownie wszystkim składom w Polsce? Możecie nie pamiętać, ale zjadał wtedy każdego rapera, obok którego stanął. KAŻDEGO. Kto pamięta dzisiaj o tych ekipach? Nikt. Kto o nim? Wiadomo.

Quebonafide

Stan rzeczy zmienił dopiero Quebonafide, który najpierw zamiatał na bitwach, a potem dzięki współpracy z Solarem (nagrywki w Nobocoto, ogarnięty miks, master i kontakty) i w ogóle całą SB Maffiją, wyhype’ował swoją postać do skali w podziemiu niespotykanej. W tej sytuacji nie musiał “żebrać” o featy. Każdy chciał mieć numer z nim.

Kiedy Quebo poszedł na swoje, na swoje szli również Solar z Białasem. Ta trójka na zawsze zmieniła oblicze branży – stworzyła dwie niezależne wytwórnie promujące młodych i perspektywicznych raperów. Początkowo wydawało się, że to otworzy drogę wszystkim tym zdolnym, o których pisałem na początku. Zdolnym, ale pomijanym, bo stanowiącym konkurencję.

Wydawało się, bo stało się trochę inaczej. Fakt, wielu faktycznie udało się w ten sposób wybić, a w normalnych warunkach pewnie by przepadli (Bedoes czy Łuszy), wielu dalej skrobało coś na własną rękę (Frostiego w końcu wzięło Prosto., Taco dosyć szybko trafił do Asfaltu), ale wielu dostało szansę i kompletnie z niej nie skorzystało. Dlaczego? Przecież raper, który trafia do wytwórni, wydawałby się raperem, który powinien rapować jak nigdy wcześniej.

Umyj ręce

Znów – wydawałby się – bo takim nie zawsze jest. Przypadki kiedy koledzy wydają kolegów zdarzają się nie tylko na komendzie. Zresztą dotyczy to również branży w USA. Jak często słuchacie jakiegoś kawałka i zastanawiacie się: “Co u licha robi tam ten wack?” albo “Dlaczego oni razem nagrali? Przecież to jest jakaś abominacja”. Otóż, jak słusznie zauważył kiedyś TEDE – lista featów jest równoznaczna z listą paktów o nieagresji. Patrząc na gościnki na polskiej (i nie tylko) scenie, szybko zorientujemy się, kto z kim się lubi. “Lubi” to słowo klucz, bo nie chodzi o skillsy. Gdyby rap robiono po to, żeby osiągnąć jak najlepszy efekt, to Mes obok TDFa nawijałby wcześniej niż u Księcia Kapoty, który po wielu latach scysji połączył dwóch zwaśnionych królów – pisałem o tym TUTAJ.

Żelazne zasady

Rozwarstwienia najlepiej widać na przykładzie raperskich grup. Od ZIP Składu, po Patokalipsę. To nie jest tak, że wszyscy są świetni. To nie Wu-Tang, to nie Slaughterhouse. A mimo to każdy za ten mikrofon łapał i koledzy nie czuli żenady (?). Wiadomo – tak to jest, kiedy zespół tworzy się z melanżowej ekipy.

“Pamiętaj wziąć ze sobą kumpla albo nawet dwóch czy trzech”

Teraz przenieście sobie ten konstrukt na całą branżę. Dlaczego raper z Warszawy znajdzie cieplejsze przyjęcie we Wrocławiu? Bo nie stanowi bezpośredniego zagrożenia, bo jest gościem. Dlaczego Casanova lepiej czuje się na południu niż w NY? – Jak jesteście w studio i poprosisz gościa o nagrywkę, to się dogra, a nie będzie gadać o hajsie i innych rzeczach. W NY ludzie się zjadają – przyznał. Właściwie to użył sformułowania “dogs eats dogs”, ale jakoś niezręcznie byłoby to tłumaczyć. W rodzimych miastach raperów tak to już chyba jest. Sprawdźcie sobie ile było kooperacji warszawiaków z warszawiakami, a ile warszawiaków z raperami z innych miast.

Tendencja o niebezpiecznej skali

Na koniec krótki eksperyment myślowy. Wyobraźcie sobie, że dyrektor filharmonii przeprowadza taką rozmowę:
– Cześć, Stefan, słyszałem że szukasz pracy
– Faktycznie, szukam, mój drogi
– Otóż widzisz, w filharmonii zwolniło się miejsce dla trębacza
– I?
– Może byś chciał?
– Kochany, ja nie umiem grać na tym instrumencie. Więcej ci powiem, jestem już niemal głuchy, nie te lata
– Nic nie szkodzi. Lubię Cię, Stefan, to wystarczy

Propozycja lekko nie na miejscu? No cóż, w rapie takich trębaczy mamy od groma.

fot. kadr z klipu “Solar – Pan Czlajn 01 (feat. SB Maffija, prod. SoDrumatic) VIDEO [ISKRA #12]”, youtube.com/SBM Label

Zostaw komentarz

Hip Hop,News
Gotujemy z LOAA: nowe wideo SKRR

„Siemanko, ja jestem Dominik, znacie mnie jako LOAA” – przedstawia się producent (którego przedstawiać nie trzeba), który maczał palce w kawałku „Aha” pochodzącym z „Nowego koloru”. Gdzie się przedstawia? Zaraz wyjaśnimy O-tso-chodzi.

Jak?: Lepiej niż możecie to sobie wyobrazić

Gdzie?: W Filharmonii Bałtyckiej w Gdańsku

Kiedy?: Dopiero co

Co właściwie?: Odtajniamy tajniki powstawania rapowych bitów

Co było dalej?: 

Nie, nie, tego wam nie powiemy. Popsulibyśmy zabawę. Wejdźcie tu i przekonajcie się sami. Obiecujemy, że warto.

No dobra, zdradzimy jeszcze kilka szczegółów: Ruszamy z wideo. Będzie o rapie odmienianym przez wszystkie przypadki, będzie wokół rapu; o ludziach, o zdarzeniach, o wydawnictwach. Będzie trochę historii i duuużo patrzenia w przyszłość. Będzie ciekawie, profesjonalnie i bez nadymki. Będzie po prostu tak, jak dotąd, tyle że bardziej… obrazowo. Będzie świetnie. Subskrybujcie nasz kanał. Stay tuned.

Zostaw komentarz