News

Gra o Tron sezon 8: Aktorzy mają już dość

Izabela Smolińska -
News - - Dodane przez Izabela Smolińska

Gra o Tron sezon 8: Aktorzy mają już dość

Ósmy i – jak zapowiadają twórcy – ostatni sezon sagi opowiadającej o walce o Żelazny Tron, będzie miał swoją premierę wiosną 2019. O szczegółach fabuły wiadomo niewiele, bo ta strzeżona jest bardziej niż szwajcarski bank. Pewne jest jedno: rozmach finału ma przewyższyć wszystko, co do tej pory dane nam było obejrzeć w TV.

Biorąc pod uwagę to, co już zobaczyliśmy w poprzednich sezonach, jest to obietnica, która zobowiązuje. A jeśli dołożymy do tego jeszcze niebagatelny budżet 15 milionów dolarów na każdy z sześciu odcinków finałowej serii, mamy prawo naprawdę wiele oczekiwać.

“Gra o tron”/HBO

I też chyba sporo działo się na planie ósemki “GoT”, gdyż Kit Harington, wcielający się w serialowego Jona Snow, udzielił ostatnio wywiadu, w którym przyznał, że plan wykończył nie tylko jego samego, ale i niemal wszystkich aktorów. – Ostatni sezon „Gry o tron” był zrobiony tak, by nas złamać (…). Prawie nie spaliśmy (…). Pod koniec wszyscy snuli się po planie mówiąc: „Mam już dość. Kocham to, ten serial to najlepsza rzecz w moim życiu, kiedyś będę za tym tęsknić, ale mam dość” – mówił.

Już w pierwszym odcinku pierwszego sezonu twórcy wyraźnie pokazali, że ten serial będzie inny niż wszystkie. A gdy kilka odcinków później bez sentymentów zgilotynowali jednego z głównych – jak się wydawało – bohaterów (Eddark Stark), widzowie zrozumieli, że oto mają przed sobą produkcję, po której mogą się spodziewać kompletnie wszystkiego. I wszystkiego też zaczęli żądać, czemu to “Gra o Tron” sezon za sezonem dzielnie dawała radę, nagradzana w zamian ciągle miejscami w ścisłej czołówce licznych zestawień rankingowych najlepszych produkcji TV. W takiej sytuacji nietrudno się dziwić, że gdy wyszła wiadomość, że seria 8 będzie (najprawdopodobniej) ostatnią, oczekiwania sięgnęły zenitu (żeby nie powiedzieć – odleciały w kosmos).

A twórcy nie tylko zapewniają, że potrafią im sprostać, ale podbijają stawkę i obiecują jeszcze więcej i więcej. Ma więc być jeszcze bardziej spektakularnie, jeszcze bardziej bogato i jeszcze bardziej widowiskowo. Efekty specjalne mają mieć jeszcze większy rozmach, a fabuła jeszcze więcej zwrotów akcji. Nie wierzycie? To niech przekona argument, że sama tylko bitwa o władzę w Westeros zajęła 55 dni zdjęciowych.

Póki co, nie ma jeszcze oficjalnego trailera serii. Krótkie przebitki możemy zobaczyć w spocie promującym nowości HBO. Czekamy. W tym roku winter is coming wiosną.

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton
R. Kelly już nie poleci

Nie ma już świętych krów w show businessie. Każdy musi liczyć się z tym, że w końcu poniesie odpowiedzialność za swoje haniebne czyny.

Niedawno Bill Cosby został skazany za wielokrotne gwałty, a teraz wizja więzienia stanęła przed dobrze wszystkim znanym piosenkarzem R. Kellym.

To, że artysta lubi młodsze dziewczyny i ma skłonności pedofilskie, było tajemnicą poliszynela. Każdy wiedział, mówiło i pisało się o tym bez skrępowania. Lata mijały, a R. Kelly nadal z powodzeniem funkcjonował w świecie celebrytów. Na szczęście dużo się zmieniło przez ostatnie 2 lata, to już nie jest świat dla takich ludzi. Po wokalistę co prawda nie przyszedł Javier Bardem z narzędziem do zabijania bydła, ale pojawiła się telewizja Lifetime, która zrealizowała serial „Surviving R. Kelly”.

W sześcioodcinkowej serii głos oddano kobietom, które przez lata były gwałcone, bite i psychicznie terroryzowane przez artystę. Postanowiły przerwać milczenie i opowiedziały ze szczegółami o tym, co je spotkało. Wokalista więził je i kontrolował wszystkie, nawet najbardziej intymne aspekty ich życia. To on decydował o tym, kiedy będą mogły wyjść, spotkać się z rodziną, czy nawet oddać mocz. Zmanipulowane (u wielu stwierdzono syndrom sztokholmski) kobiety były także regularnie nagrywane podczas seksu (nie zawsze takiego, na który się godziły), a wideo robiło za dobrą rozrywkę dla muzyka i jego kolegów. W programie wystąpiło ponad 50 osób i mam wrażenie, że jest to dopiero wierzchołek góry lodowej.

W sprawie wrócił także wątek Aayliah, która została żoną muzyka, gdy miała zaledwie 15 lat (on był 12 lat starszy). Nielegalny związek (artystka zawyżyła swój wiek) został jednak przerwany po interwencji jej rodziców. Rodziców, którzy dziś, chroniąc dobre imię zmarłej córki, negują słowa Jovante Cunningham, która twierdzi, że była świadkiem, gdy w koncertowym autokarze ta dwójka uprawiała seks.

Warto dodać, że wokalista uciekł przed więzieniem kilkanaście lat temu, kiedy otrzymał aż 14 zarzutów. Wówczas to wyciekło nagranie, na którym uprawia seks w trójkącie z 13-letnią dziewczynką. Już wtedy powinien był ponieść karę, trafić do więzienia i zniknąć z życia publicznego. Wizerunek bogobojnego dobrego pana, który śpiewa „I Believe I Can Fly” wziął jednak górę i artysta z Chicago został oczyszczony z zarzutów.

R. Kelly może i myślał, że może latać, ale teraz już nie odfrunie. Prokuratura z jego rodzinnego miasta zapowiedziała postawienie zarzutów. Oby sprawa znalazła swój finisz za murami więzienia. He is sick fuck – jak powiedział Joe Budden.

Fot. Nicholas Ballasy

Politolog Na Rapie

Zostaw komentarz

News
“Jego piosenka to plagiat” – Tede znów atakuje Peję.

To, że Warszawa i Poznań nie bardzo się lubią, nie jest tajemnicą (zresztą, tak prawdę mówiąc, mało które miasto lubi Warszawę). To, że nie lubią się warszawski raper Tede i Poznaniak Peja wiedzą chyba nawet ci, którzy nie śledzą specjalnie branży.

Konflikt zaczął się lata temu, a przez dekadę na przemian słabł, to znów przybierał na sile. Generalnie jednak obaj panowie obrali zasadę, żeby nie przepuszczać okazji, by nie powiedzieć sobie kilku miłych słów, nawet jeśliby temat rozmowy oscylował wokół czegoś zupełnie innego. Wszak okazja to okazja. A ta ostatnio przytrafiła się raperowi z Warszawy..

Tede, “Mama ma, mama da”
[youtube.com]

Kilka dni temu Tede udzielił obszernego wywiadu portalowi Noizz.pl. Stwierdził w nim, że Peja, który podjął się featuringów z pokoleniem Młodej Polski (Kaz Bałagane, Young Multi i Young Igi), zdecydowanie dał się tym młodziakom zjeść (a potem wypluć – red.) i że jemu samem – Tedemu – poszłoby lepiej (dodał przytomnie, że to pewnie dlatego jemu pojedynókw nie proponują). Ten cytat odbił się szerokim echem. Paradoksalnie jednak nie to były najmocniejsze słowa warszawiaka. W tej samej rozmowie, tyle że kilka zdań później, zarzuca on Peji plagiat. Twierdzi, że tytułowy kawałek z krążka „25 godzin” opiera się na tym samym motywie muzycznym, co jego kawałek sprzed pięciu lat – „Mama ma, mama da”. (album „Mefistotedes”) – Można się inspirować cudzą muzyką, raz ro wychodzi lepiej, raz gorzej, ale jeżeli kopiujesz kogoś, kto jeszcze niedawno był dla ciebie asłuchalny, to chyba coś jest z tobą nie tak – stwierdził ostro w wywiadzie. 

Jak myslicie? Ile przyjdzie nam czekać aż odpowie Peja?

Zostaw komentarz