Hip Hop,News

Internet zwariował. Popek najbardziej szalonym raperem na świecie

Michał Fitz -
Hip Hop,News - - Dodane przez Michał Fitz

Internet zwariował. Popek najbardziej szalonym raperem na świecie

Polski rap coraz bardziej ochoczo wchodzi na rynek międzynarodowy. Naszych artystów coraz częściej można usłyszeć na zagranicznych trackach, więc nie możemy dziwić się, że ich ksywy są rozpoznawalne także w innych krajach. Zastanawialiście się kiedyś, kto jest najbardziej znanym polskim raperem poza granicami naszego kraju? Quebo? A może Sokół? Czy jednak Żabson? Okazuje się, że żaden z nich, gdyż według amerykańskiego portalu “Noisey” jest to Popek. Mało tego, Polak zyskał chlubny tytuł najbardziej szalonego rapera na świecie.

Wiem, trochę wydaje się to niewiarygodne, tym bardziej, że Popek jest teraz bardziej kojarzony z imprezami w wiejskich klubach niż międzynarodową karierą, ale nie żartujemy. Popularny, amerykański portal naprawdę go docenił i mało tego, zrobił o nim materiał. Ich wysłannik, Chukie, spędził z Popkiem kilka dni, doświadczając, delikatnie mówiąc, zakręconego życia artysty. Oprócz scen pokazujących szalone poczynania rapera, znalazło się też kilka poważniejszych fragmentów, w których Popek opowiada o genezie postaci, którą się stał.

Popek nie ukrywa, że jego osobowość została ukształtowana już w trakcie trudnego dzieciństwa. Zdradza, że jego ojciec był jego partnerem biznesowym w takim sensie, że kradli razem portfele. Opowiada o tym, że dwukrotnie leżał w śpiączce po przedawkowaniu narkotyków. Mimo to, otwarcie przyznaje i nawet możemy zobaczyć to w materiale, że jego głównymi inspiracjami pozostają kokaina i alkohol.

Niemniej jednak, video nie bez przyczyny zatytułowane jest “The World’s Wildest Rapper”. Program przedstawia życie Popka pod takim kątem, że zagranicznym widzom, którzy nic o nim wcześniej nie wiedzieli, nie jest trudno uwierzyć w to, że nadany mu tytuł nie jest na wyrost. W końcu Król Albanii wita prezentera z pistoletem w ręce, pędzi z ogromną prędkością bez prawa jazdy, “umacnia” się przed występem dodatkowymi substancjami na wizji i jedzie gigantycznym monster truckiem do połowy wystając ponad jego dach. Na widzach programu zrobiło to niemałe wrażenie.

Pomimo tych wszystkich wyczynów, Popek nie jest przedstawiony jako postać negatywna, której my, jako Polacy, powinniśmy się wstydzić. Materiał podkreśla, że “oryginalność” Popka jest wynikiem wielu złych rzeczy, które dotknęły go w życiu, ale tak naprawdę jest w porządku gościem, który w zasadzie w moment zakumplował się z prowadzącym. Samego siebie świetne podsumowuje zresztą sam artysta. “W lewej ręce mam kwiaty, a w prawej kałasznikowa, to właśnie ja”.

fot. kadr z klipu “Popek x Matheo – Jestem Królem”, YouTube.com/StepRecords

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
Niema fabuła z gośćmi na dokładkę. Soulpete “Noir Fiction” [RECENZJA]

Słabość do produkcji Dusznego Piotra mam od lat, choć w różnych okresach swojej działalności stawiał na różne patenty. Czasami mocniej ingerował w elektronikę, czasami zupełnie pomijał dogrywane rzeczy i operował wyłącznie samplami. Czasem ciął je i trzymał krótko. Czasem pozwalał się rozlać po podkładzie. Perkusję umiał zrobić punktową, ale potrafił też rozdmuchaną, okrągłą. W każdej sytuacji potrafił coś wybrać z szerokiego wachlarzu chwytów. Dlatego kiedy słucham “Noir Fiction” mam wrażenie, że jedną z cech tego albumu jest bycie czymś na kształt portfolio. Tym bardziej osobliwego, że producent opowiada nam tą płytą historię, choć nie usłyszymy narratora. Raperzy na projekcie się znaleźli, ale w opcji bonusowej – co ważne, wszyscy wywiązali się z zadania bardzo ślicznie, choć najbardziej zaskakująco i w punkt poleciał RAU.

Soulpete zabiera nas w piękną, melancholijną, trochę utytłaną przyziemnością i brudem miasta, podróż. Kiedy myślę o instrumentalnach na “Noir Fiction”, myślę o pomieszczeniach. Myślę o barach, o ulicach, wnętrzach samochodów, o parkietach i o sypialniach, o zaułkach i suterenach (zdarzy się również nieco futurystyczny przelot). Każdy z numerów na trackliście odpowiada za odrębną lokację, a wspólnie tworzą nam interesującą przestrzeń, po której porusza się fabuła – fabuła, co ważne, dla każdego słuchacza rysująca się zapewne nieco inaczej. Nieco, bo jednak bity są na tyle obrazowe, że obrazów w określonej tonacji nie unikniemy, a co jakiś czas dostaniemy skicik wycięty zręcznie z jakiegoś filmu.

Trackliście należy się osobne zdanie. Albo dwa. Tytułami poszczególnych kawałków są personalia postaci z filmów noir, z komiksów (trafia się ukłon w stronę “Sin City” Franka Millera), ale też rzeczywistych osób jak np. reżyser Edward Cahn.

Szczęście w nieszczęściu

Dobrze się stało, że materiał ujrzał światło dzienne. Gdybać można, czy dobrze, że w takiej formie. Soulpete ujawnił niedawno, że wcześniej instrumentale trafiły choćby do Włodiego, ale ten nie był zainteresowany większą ich liczbą. Po przesłuchaniu “Noir Fiction” można podrapać się po głowie, bo takich bitów w Polsce (i w ogóle) często się nie słyszy. Z drugiej strony Włodi niechcący dał nam coś ciekawego. Mianowicie wartość dodaną bez wkładu własnego. Te instrumentale z raperami byłyby już podporządkowane określonym kierunkom myśli, wersom, założeniom tekstowym. Teraz są wolne i mogą swobodnie towarzyszyć nam w wycieczkach po własnych przemyśleniach.

A może jednak?

Swego czasu Alchemist wypuszczał beat-tape’y, które składały się z instrumentali, na których powstawały rozmaite numery. Dostawaliśmy pełne wersje podkładów w długości odpowiadającej docelowym utworom. Na “Noir Fiction” numery są dosyć krótkie, co można roboczo potraktować, jako “teasery” bitów. Życzyłbym sobie, żeby Soulpete rozpoczął rewolucyjny ruch i opychał słuchaczom instrumentalne płyty, z których potem wykonawcy wybierają swoje typy i wykupują od producenta całe bity z aranżami. Skoro przy Alchemiście byliśmy (jesteśmy?), to spora część bitów na “Noir Fiction” nosi znamiona jego wpływu. Jest to o tyle intrygujące, że Alc jest producentem właściwie niepodrabialnym, a kilka strzałów z końcówki “Noir Fiction” mogłoby zawstydzić jego poczucie estetyki. Mogłoby, i być może to robiło, zawstydzić wielu polskich raperów, bo nawinąć coś niepretensjonalnego i zwyczajnie dobrego na tych produkcjach tak, by nie sprzeniewierzyć ich klimatu, byłoby sztuką.

Koniec końców dobrze, że dostaliśmy to wydawnictwo. Soulpete niby nie musi nic nikomu udowadniać, ale to chyba nawet przyjemniej, kiedy ktoś taki znowu udowodni, że nie musi. Autorski sznyt, bardzo dobre ucho do sampli i zabiegów aranżacyjnych. Proszę państwa, proszę się częstować!

fot. kadr z wideo “SOULPETE – NOIR FICTION [LP]”, youtube.com/SORAW RECORDS

Zostaw komentarz

Felieton,Hip Hop
Czy mamy prawo mówić o hip-hopie? Odpowiadamy na statement Offseta

Jeśli nie jesteś częścią czarnej kultury, to nie masz prawa dyktować, co ma się dziać w świecie hip-hopu – taką opinię wyraził wczoraj na Twitterze Offset. Jak zwrócił uwagę, i co rzeczywiście powinno być powodem do dumy, zwłaszcza dla Afroamerykanów, to to, że hip-hop mimo swoich trudnych, bolesnych początków, dziś jest najbardziej popularną i wpływową kulturą na świecie. No właśnie, na świecie. Swoją drogą – pamiętacie, jak niedawno Kajetan zastanawiał się, czy my również możemy używać słowa “ni**a”?

Statement Offseta brzmi więc skrajnie i konserwatywnie, ale z drugiej strony wydaje się, że wiemy, co miał na myśli. Od razu przypominają się wypowiedzi Lorda Jamara, który przez lata przystawał przy tym, że Eminem nie powinien mieć takich samych praw, co czarnoskóra część środowiska. Warto jednak pamiętać, że sukces Marshalla mocno hip-hop spopularyzował, a gatunek ten swoje korzenie ma przecież na “nie-czarnej” Jamajce. W końcu jeden z jego prekursorów, Kool Herc, jako pierwszy zaczął toastingować, czyli niejako “wykrzykiwać” słowa pod zapętlane przez siebie nagrania reggae, podobnie jak robili to jamajscy artyści. Dopiero później muzyka ta zaczęła czerpać z funku, co wtedy również nie wszystkim się podobało. Przy tym należy dodać, że hip-hop ze złotej, najtisowej ery to także silnie związani z latynoską muzyką i kulturą, wywodzący się stamtąd na przykład Fat Joe czy Big Punisher. Albo mający żydowskie korzenie Alchemist.

I write to Alchemist ’cause others don’t inspire me/I got my people and they got my back entirely

Do Manhattanu przez Ciechanów

Myślę, że w tej dyskusji powinno się wziąć pod uwagę jeszcze przynajmniej dwie istotne kwestie. Pierwsza to ta dotycząca świadomości historycznej. Najlepiej byłoby, gdyby każdy, kto identyfikuje się ze społecznością hip-hopową, bez względu na kolor skóry i narodowość, znał jej genezę i rozumiał związane z nią zjawiska. Bo to mniej więcej tak, jak gdyby zupełnie ignorować dzieje własnego kraju – nawet jeśli nie dotyczą nas bezpośrednio, to obecna sytuacja polityczna, społeczna i kulturowa, jest jej konsekwencją.

A druga to… Chociaż hip-hop wywodzi się z Ameryki, to równolegle rozwijał się także w Europie. Jej mieszkańcy w różnych krajach mogli się na przykład poniekąd utożsamiać z gangsterskim wizerunkiem, powstałym, aby walczyć z opresjami. Ponadto już od początku lat 80. we Francji, Anglii, Niemczech czy Rosji pojawiały się pierwsze rapowe produkcje. W Polsce nieco później, bo muzyka ta była następstwem fascynacji (która pojawiła się właśnie w tym okresie) breakdancem i w ogóle samą amerykańską kulturą hip-hopową.

Kiedyś Mobb Deep i 2Pac, pierwsze Doggi od Snoopa/Dziś leci masa młodych, masa nowych, sporo słucham/Powiedz “To się wyklucza”

Dzisiaj hip-hop jest na tyle szerokim pojęciem oraz gatunkiem muzycznym (od którego pochodzi tak wiele różnych, odmiennych od siebie albo charakterystycznych dla danej społeczności stylów), że w niektórych przypadkach można byłoby zupełnie pewne nurty od niego oddzielać. Ta gatunkowa rama jest jednak często odgórnie narzucana i niezależna od tego, jaki wizerunek zamierza kreować artysta – jak choćby w przypadku działalności Bypass albo Mezo – przez sam rap, tu rozumiany jako rodzaj melorecytacji. To odebrane może zostać właśnie jako napaść na… pewne niepodważalne wartości, w momencie gdy wszelkie “odstępstwa od konwencji”, powinny być traktowane jako ich naturalna ewolucja. To samo mogłoby tyczyć się muzyki Offseta – w końcu od klasycznego, nowojorskiego brzmienia do mumble rapu również jest stosunkowo daleko.

Trochę A$AP Rocky, trochę ODB/Zwykły typek z ośki i japoński geek/Jestem typem z Polski, mam ja polski styl

Warto więc po prostu o tej historii pamiętać i czasem o niej przypominać. Nie stworzy się niczego dobrego czy przełomowego w danej dziedzinie, kiedy nie zna się jej podstawowych założeń. Nie postrzegajmy kultury hip-hopowej w sposób czarno-biały jednoznaczny, jest na to zbyt ciekawa i złożona. Śmieszne wydają się spory takie jak ten.

fot. kadr z klipu “Offset – Red Room (Official Video)”, youtube.com/Migos ATL

Zostaw komentarz