Rap,Wywiad

Lubin: Mnie się nigdzie nie spieszy [WYWIAD]

Michał Fitz -
fot. Maciej Żulpo
fot. Maciej Żulpo
Rap,Wywiad - - Dodane przez Michał Fitz

Lubin: Mnie się nigdzie nie spieszy [WYWIAD]

Spora część z Was pewnie poznała go dzięki SBM Starterowi, w ramach którego wydał hitowe „Handy”, ale niektórzy mogą kojarzyć go już z wcześniejszych, wakacyjnych szlagierów jak „Mam Palmę”. Jego przygoda z muzyką bynajmniej nie zaczęła się pół roku temu, dlatego Lubin opowiedział nam nie tylko o współpracy z SBM, ale także m.in. o swoim epizodzie ze Step Records i bitwami fristajlowymi. Jak według niego powinien brzmieć rap? Kto jest jego idolem? Kiedy pojawi się jego nowa płyta? Wszystkiego się dowiecie.

Jak trafiłeś do SBM Starter?
Siedziałem sobie u siebie przy biurku, pisałem pewnie jakiś tekst albo słuchałem muzyki i zobaczyłem, że odezwał się do mnie ktoś z SBM. Napisał, że podoba im się moja muzyka i chcieliby mnie widzieć w tegorocznej edycji Startera. Byłem zajarany, bo to duża sprawa. Umówiliśmy się na wideorozmowę, a potem jeszcze pojechałem do Warszawy zobaczyć się z nimi na żywo i dogadać wszystkie szczegóły.

Dlaczego nie było oficjalnego końca tej akcji? Miał ukazać się przecież wspólny numer na bicie Lanka.
Też myślałem, że go zrobimy. To byłoby super, bo przecież Lanek to zajebisty producent. Dostałem jedynie informację, że z tego pomysłu po prostu zrezygnowano.

Rozumiem w takim razie, że dalej z SBM nic nie będzie się działo?
Zobaczymy. Na razie jeszcze nie mogę niczego powiedzieć, ale na horyzoncie jest parę możliwości. Niektóre sprawy muszą się jeszcze podomykać, niektóre rozwiązać. Dopiero potem będzie coś wiadomo.

Czyli to oznacza, że szastasz ofertami czy raczej czekasz, aż ktoś cię wyda?
Mogę powiedzieć, że w tym momencie akurat czekam, choć jak mówiłem, propozycje były. Mogę za to powiedzieć, że jeśli wszystko się dobrze zakończy, płyta wyjdzie prawdopodobnie w maju.

Skoro płyta ma wyjść latem, będzie w klimacie wakacyjnym jak „Handy” lub „Mam Palmę” czy raczej poważnym jak „Duchy”?
Będzie w klimacie „Handy” i „Masari”. Całą płytę robimy wspólnie z Workiem. To są jego produkcje i będziemy się skupiać raczej na bengerach, chociaż parę refleksyjnych nutek też się na niej znajdzie.

Właśnie, refleksyjne „Duchy” w porównaniu z liczbami, jakie osiągały inne twoje kawałki przed wydaniem tej płyty, mają bardzo słabe wyświetlenia. Gdybyś mógł nagrać ją jeszcze raz, zrobiłbyś to inaczej?
Nie, bo o to chodziło, żeby one były dokładnie takie, jakie są. Miały być w odbiorze dosyć trudne, forma miała być artystyczna i eksperymentalna. Tematyka też miała być bardziej złożona, bardziej głęboka i bardziej duchowa. Wszystkie cele, które sobie postawiliśmy przy robieniu tej płyty, zostały osiągnięte, a w niej nie chodziło o to, by nią rozbić bank. Chodziło o to, żeby zrobić coś ciekawego artystycznie.

Rozumiem i tym bardziej szanuję, bo teraz mamy czasy, w których młodzi artyści raczej próbują robić coś podobnego do tego, na czym się wybili.
Ja przy tworzeniu muzyki kieruję się tym, co mnie aktualnie fascynuje. „Mam Palmę” zrobiłem, bo miałem zajawę na afrotrapy i dalej lubię to robić, ale później wpadła mi zajawka na cloud i też chciałem to zrobić. Potrzebowałem trochę inaczej wyrazić się artystycznie niż dotychczas. Poza tym jestem bardzo cierpliwy, jeśli chodzi o dążenie do sukcesu. Mi się nigdzie nie spieszy. To, co mi akurat w duszy gra, znajduje odzwierciedlenie w muzyce, po prostu.

À propos „Mam Palmę” – to najlepszy afrotrapowy numer w polskim rapie. Jeśli się nie zgadzasz, wskaż lepszy.
O stary, no nie wiem, czy jest najlepszy, bo nie śledzę wszystkich afrotrapowych numerów. Na pewno uważam, że to jest naprawdę dobre gówno, wciąż lubię się do niego bujać. Niech się vox populi wypowie, czy są lepsze.

Po numerach taki jak ten czy „Deszcz” słychać bardziej twoje inspiracje Zachodem Europy niż sceną amerykańską.
Tak, zdecydowanie. Mam wrażenie, że amerykańska scena się lekko zapętliła. Nie wiem, czy słusznie, bo już nie sprawdzam tyle, co kiedyś, ale po prostu dużo więcej świeżości odnajduję w Europie. Większość moich ulubionych płyt, z tych które posiadam, należą właśnie do artystów z Europy.

W takim razie na czyj projekt teraz najbardziej czekasz?
PNL mogliby jakąś płytkę wydać. Ostatnia była przecież w 2019. Bardzo jaram się też Rafem Camorą, ale on już chyba nic nie wyda, bo zapowiadał, że po „Zenicie” zakończył karierę. To jest mój muzyczny mistrz, więc i tak czekam.

Ogólnie lubię rap, w którym dużo się dzieje muzycznie, dlatego taki też staram się robić. Im więcej jest komplikacji brzmieniowych, tym bardziej mi się podoba. Jak jest refrenik śpiewany, jakaś kombinowana rytmika, to jest ciekawie. To wtedy jest właśnie muzyka, bo to jest żywe, to płynie.

No właśnie, a masz przeszłość fristajlową. Większość raperów, którzy z bitew przechodzą na nagrywki skupia się bardziej na wersach i punchach, a nie na melodyce. Dlaczego ty się w ten trend nie wpisałeś?
Zawsze równolegle do fristajli tworzyłem muzykę. Zresztą w ogóle zacząłem jeździć na bitwy po to, żeby się trochę wkręcić w środowisko, zyskać rozpoznawalność. Przeprowadziłem się z Chojnic do Gdańska i po prostu byłem nołnejmem. Stwierdziłem, że muszę coś wymyślić. W pewnym momencie przestałem fristajlować, bo zauważyłem, że ta forma mnie męczy i robi się wtórna. Ale dzięki temu dostałem się do Recidivist.

Miałeś dosyć ciągłego nawijania o „czyjejś niuni”?
Dokładnie tak. Zrobiło się to schematyczne, a im bardziej prymitywne, tym lepsze, więc uznałem, że odpuszczam fristajl bitewny. Jeśli chodzi o taki klasyczny, dalej uwielbiam to robić z ziomkami. Właśnie może dlatego, że w porę zrezygnowałem z bitew nie wpisuję się w ten trend, o którym mówisz.

Do Startera dostałeś się w zeszłym roku, ale już w 2018 miałeś wrzutki na kanał Step Records. Dlaczego skończyło się tylko na dwóch klipach, a nie współpracy?
To była dla mnie wielka sprawa i też myślałem, że będzie z tego coś więcej. Wtedy zacząłem jarać się afrotrapem i zrobiłem dwa takie numery, które poszły na kanał Step Records. Nie wymasterowałem jeszcze wtedy tego stylu, więc może dlatego to się nie przyjęło. Ale też fanbase tego kanału jest truskulowy, więc tam raczej nie ma miejsca na eksperymenty muzyczne. Parę czynników złożyło się na takie niewielkie liczby pod tymi numerami i dla Step Records podpisanie mnie było po prostu zbyt mało opłacalne.

„Handy” i „Masari” zostały przyjęte świetnie, ale gdy na Starter wleciały „Syreny”, było sporo krytyki. Przejąłeś się tym?
Było mnóstwo łapek w dół i wymownych komentarzy pod tym kawałkiem. Wiadomo, że się wku*wiłem, bo dla mnie w dalszym ciągu to jest zajebisty numer. Mega mi się podoba do dziś cały ten klip i kawałek też. Przygotowywaliśmy się do niego ze dwa tygodnie. Zatrzymaliśmy ruch drogowy nawet. Było przy tym mnóstwo zachodu, a jednak został chłodno przyjęty. Może gdyby ten bit był inaczej zrytmizowany, poradziłby sobie lepiej.

W „Masari” rapujesz, że jeszcze nawiniesz bratu, jak ci wyjdzie z rapem. Co się musi stać, żebyś uznał, że wyszło?
Musiałbym zrobić jakieś dobre siano na tym, zacząć trasę koncertową. Gdybym nie musiał iść przy okazji do normalnej pracy, to wtedy bym mógł powiedzieć: „Mordo, chyba mi wyszło”. Zresztą o tym jest ten numer. O tym, że muszę iść do pracy, żeby po prostu zarobić siano, zamiast żyć swoim marzeniem.

Po Starterze zyskałeś rozgłos również wśród artystów. Wyszedł już numer z Jodą, wiadomo, że będzie też kawałek z Kizo. Dużo raperów odezwało się po gościnkę?
Nie było ich dużo, chociaż widziałem pewne zamieszanie w środowisku. Ktoś mnie tam oznaczał na Insta, że słucha mojego numeru. To było bardzo spoko. Dostałem parę propozycji, ale nie wszystkie się zrealizowały. Parę asów mam w rękawie i ciekawe gościnki jeszcze się szykują.

Możesz w takim razie zdradzić, u kogo się pojawisz?
Mogę, pewnie, ale na razie nie chcę. (śmiech)

Odezwał się już do ciebie któryś z twoich muzycznych idoli? Młodzi raperzy po pierwszym sukcesie często o tym nawijają.
Ciągle czekam, aż Raf Camora wyśle mi jakąś wiadomość, ale teraz ma koronawirusa, więc się pewnie mną za bardzo nie przejmuje. (śmiech)

W Polsce nikt nie został moim idolem. Byli raperzy, którymi się fascynowałem i lubiłem ich słuchać, ale nikt nie był dla mnie absolutnym mistrzem.

fot. Maciej Żulpo

Zostaw komentarz

Udostępnij
Lifestyle
To nie tylko ciekawy soundtrack. Dlaczego warto obejrzeć „Judas and the Black Messiah”?

12 lutego premierę miał „Judas and the Black Messiah” – dramat o losach Freda Hamptona, afroamerykańskiego działacza związanego z Partią Czarnych Panter z Illinois. Imponująca jest również ścieżka dźwiękowa. Znaleźli się na niej czołowi amerykańscy raperzy. Film jest dostępny na razie na platformie HBO Max, ale trafi do kinowej dystrybucji. Został także nominowany m.in. w dwóch kategoriach do Złotych Globów.

Rap
Zanim powstało (slowed + reverb). Czym jest chopped & screwed?

Houston – czwarte największe amerykańskie miasto położone w Teksasie, które charakteryzuje się długim, upalnym latem. Trwająca nawet 9 miesięcy słoneczna pogoda od zawsze zmuszała mieszkańców miasta do wylegiwania się w cieple. To właśnie pod takie klimaty powstawała powolna i hipnotyzująca muzyka chopped & screwed.