Hip Hop,Wywiad

Mateusz Jędrzejewicz: Powinniśmy kreować polskie brzmienie [Wywiad]

Klementyna Szczuka -
Hip Hop,Wywiad - - Dodane przez Klementyna Szczuka

Mateusz Jędrzejewicz: Powinniśmy kreować polskie brzmienie [Wywiad]

Mateusz Jędrzejewicz to jedna z najważniejszych osób w branży hip-hopowej. W latach 2011-2016 był filarem Step Records, a następnie przez kolejne trzy współtwórcą sukcesu marki SBM. Obecnie wraz z Borixonem odpowiada za najbardziej nowatorski projekt na rynku muzycznym – chillwagon oraz agencję chillwagon.co. W wywiadzie mówi, jak przez lata zmieniała się branża, co czeka nas w najbliższym czasie oraz o planach związanych z rozwojem swojej agencji.

Ukończyłeś polonistykę i politologię. Powszechnie uważa się, że studia humanistyczne nie są przyszłościowe.
Są zajebiście przyszłościowe. Pochłonąłem na nich gigantyczną liczbę książek, których bym pewnie nigdy nie przeczytał. Skłoniły mnie także do szerszego spojrzenia na rzeczywistość. Ten skrawek wolności, jakie mi dawały, wykorzystywałem na rozwijanie pomysłu na siebie, chłonięcie kultury czy też robienie wywiadów z artystami. Czasem postanowiłem nie pójść na zajęcia, tylko łyknąć sobie jakąś fajną książkę, pijąc piwo za 2,20 i zagryzając je słonymi paluszkami. To było super.

W jaki sposób studia przełożyły się na twoją pracę?
Polonistyka bardzo pomogła mi w doskonaleniu umiejętności komunikacji z ludźmi, a moja praca polega na tym, że albo muszę coś wymyślić, albo przejąć jakąś ideę i nakłonić szereg osób, żeby za nią podążali. Żeby to przerodziło się w plan, a następnie projekt czy produkt muzyczny. Natomiast politologia pomogła mi zrozumieć, jak funkcjonuje świat. Polityka jest jedną z rzeczy warunkujących naszą codzienną egzystencję.

Wiedziałem, że chcę robić coś związanego z rapem albo kulturą miejską. Opuściłem moje rodzinne miasteczko, Bystrzycę Kłodzką na Dolnym Śląsku, i wyjechałem do Opola. Ponieważ nadarzyła się szansa, już na drugim roku podjąłem pracę zawodową w Step Records. W ogóle nie żałuję tego, że wyzbyłem się dużej części studenckiego życia. Przez to, że pracowałem i studiowałem dziennie, miałem mniej czasu na imprezowanie i bumelanctwo, co przełożyło się na to, że w tym momencie mając 30 lat, mam więcej luzu niż moi rówieśnicy i jestem zadowolonym z życia człowiekiem.

Na co twoim zdaniem powinna postawić młoda osoba, która wie, że chce w przyszłości działać w kulturze – studia czy zdobywanie doświadczenia?
Nie chcę w żadnym wypadku namawiać kogoś lub też odwodzić od pójścia na studia. Myślę, że można potraktować je jako challenge. Jeśli nie jesteś w stanie ukończyć studiów i zdobyć przynajmniej tytułu licencjackiego, a rwiesz się do bycia freelancerem lub czyimś szefem – osobą, która ma zarządzać swoim czasem, a także czasem innych, to etap studiów może być fajnym testem przed wejściem w dorosłość. Znam jednak wielu indywidualistów, którzy poszli zupełnie inną drogą i radzą sobie doskonale.

Jak wyglądały branża i dziennikarstwo hip-hopowe, kiedy zaczynałeś w nich pracę?
W branżę wchodziłem jako totalnie zafiksowany fan, który dostrzegał dużo pozytywów i bagatelizował jej negatywne strony. Gdy zobaczyłem jednak z bliska, w jaki sposób zachowują się polscy raperzy, którzy mieli bardzo duży wpływ na to, kim wtedy byłem… Było to moje pierwsze zderzenie z rzeczywistością.

Wtedy dziennikarstwo było amatorskie. Bardzo popularne było robienie wywiadów z raperami internetowo – „wyślę pytania na mejla, a ty mi odpisz”. Kontent, który się pojawiał w internecie, w większości był po prostu słaby. Było widać, że taka rozmowa nie ma naturalności. Postanowiłem więc wyjść do tych ludzi. Kupowałem bilety za swoje pieniądze, chodziłem na koncerty, umawiałem się z managerami, poznawałem ludzi, aż w pewnym momencie dostałem telefon, że jest potrzebny manager w Step Records.

Spodziewałeś się, że pójdziesz drogą managerską?
Od początku kiełkowała we mnie dusza managera i PR-owca. Mimo kilku sytuacji, w których nie zostałem potraktowany poważnie przez moich rozmówców, albo gdy w wywiadzie zostały powiedziane słowa, na których mógłbym oprzeć sobie tytuł i uzyskać więcej kliknięć, gdzieś z tyłu głowy miałem, aby nie pisać o tych ludziach źle. Nawet jeśli ktoś udzielał mi wywiadu bełkocząc po pijaku, dostawał go później perfekcyjnie spisany i nie wskazujący na spożycie czegokolwiek poza kanapką. (śmiech)

Z kim przeprowadziłeś pierwszy osobisty wywiad?
Chyba z zespołem Fenomen. Grali koncert w jakimś klimatycznym klubie z okazji Dni Opola czy coś w tym stylu. Było wyjątkowo mało ludzi, dobrze to wspominam. Rozmawiałem z Ekonomem, Żółfiem i Mazsą. Teraz Ekonom pracuje w CGM-ie, więc cały czas mamy ze sobą kontakt.

Jak po latach oceniasz zachowania artystów?
Nie chcę osądzać raperów i ich podejścia do dziennikarzy. Mam jednak sposób, który wypracowałem jako manager. Umawiam się z artystą przy projekcie, czy wywiady są nam w ogóle potrzebne, ile ich ma być i staram się stworzyć warunki do przeprowadzenia rozmowy w fajnym otoczeniu. Niekoniecznie musi być to backstage koncertowy.

Odkąd przeszedłem na drugą stronę barykady, zacząłem zwracać uwagę na to, że artyści często czują się jakby byli cudzą własnością, a to jest złe. Pojawiając się w otoczeniu chłopaków z chillwagonu, widzę, jak ciężkie mają życia, mimo że jest to piętnowane w kawałkach i wywiadach. Notorycznie na przykład zdarzają się sytuacje, że jesteśmy z zespołem w knajpie, jemy posiłek i mamy pełne usta, a fani w tym czasie podchodzą i proszą o wspólne zdjęcie.

View this post on Instagram

new office swag @chillwagon.co

A post shared by Mateusz Jędrzejewicz (@menagoflex) on

Jak trafiłeś do chillwagonu?
Byłem managerem projektu Gang Albanii i tam poznałem Borixona. Polubiliśmy się. Już wtedy powiedział mi, że chce zarobić trochę pieniędzy, zbudować studio nagraniowe i do końca życia robić sobie taką muzyczkę, jaką będzie chciał. Spotkaliśmy się ponownie po czterech latach nie gadania ze sobą tak często i on rzeczywiście ma to studio, a wokół siebie grono artystów, którzy chcą spędzać z nim czas i tworzyć szalone rzeczy. Ja w międzyczasie nabrałem doświadczenia w biznesie. Borixon zmierzył się z próbą stworzenia supergrupy, która będzie na przekór rynkowi muzycznemu i będzie w pełni niezależna. Największym challengem było wymyślenie takiego modelu biznesowego, aby tym ośmiu artystom opłacało się w nim funkcjonować.

Dlatego złoty drop był taki drogi?
W wyprodukowanie tej płyty zainwestowaliśmy ponad 800 tysięcy złotych, ponosząc ryzyko, bo ludzie nie wiedzieli, co kupują. Nie zapominajmy także, że był to debiut. Ten drop przedstawiał naszą filozofię tego, jak wyobrażamy sobie wydawnictwo fizyczne w 2019 roku. Owszem, finalnie zarobiliśmy na tym niemałe pieniądze, z tym, że też warto nie pomijać aspektu ryzyka i inwestycji – nie tylko finansowej, ale i czasowej. Zespół tak naprawdę przez rok publikował płytę w internecie, a fizyczne wydanie było tylko zwieńczeniem rocznej rozrywki, którą dostarczał za darmo.

Po jego premierze pojawiło się wiele głosów krytycznych. Jak to przyjęliście?
Gdy ktoś poczuje się niezadowolony, wyraża swoją frustrację w internecie. Jeżeli pojawi się kolejna płyta zespołu, na pewno też nie będzie konwencjonalnym wydawnictwem. Uważamy, że ludzie, do których chcemy docierać, doceniają naszą muzykę, a ten negatywny PR to tak naprawdę 300 osób. Przykro nam, że mogliśmy kogoś zawieść i oczywiście jeżeli ktoś spełniał warunki zwrotu, oddawaliśmy mu pieniądze. Na 15 tysięcy sprzedanych egzemplarzy, zwrotów mieliśmy 300. Niestety żaden portal rozpisujący się o „odsprzedawanych” dropach nie zapytał nikogo z nas o komentarz i twarde dane. My także nie czuliśmy się zobowiązani do tłumaczeń w obliczu sukcesu, jaki odnieśliśmy. Braliśmy pod uwagę możliwość polaryzacji części słuchaczy, decydując się na taką formę wydania. Myślę, że dokonaliśmy ważnej rzeczy, idąc tym niekonwencjonalnym torem i coraz więcej artystów będzie sprzedawało swoje albumy poza oficjalnym obiegiem.

Jakie macie plany na ten rok?
Będziemy mocno rozwijać struktury wokół chillwagonu. Okazało się, że członkowie zespołu potrzebują większego wsparcia managerskiego. Dlatego powstała agencja chillwagon.co. Naszym zadaniem jest zapewnienie jak najlepszej obsługi artystom zespołu chillwagon, a w przyszłości także innym, możliwe że już zupełnie niezwiązanym z tym zespołem. Pierwsze miesiące tego roku poświęcamy więc na zbudowanie zaplecza biznesowego, które pozwoli nam koordynować ich projekty. chillwagon.co jest agencją, która świadczy usługi artystom – artyści nie pracują na nasz brand, to my pracujemy na ich brandy. Ten model działania jest odmienny od istniejących obecnie na rynku.

Jakie projekty muzyczne planujecie wydać w najbliższym czasie?
W tym momencie mamy zapowiedziany projekt ReTo / Borixon, który ukaże się za pośrednictwem dzikiejkorei – platformy służącej do publikacji ich muzyki. W przyszłości całkiem możliwe, że pod tym brandem będą się działy też inne rzeczy. A drugie wydawnictwo, o którym mogę powiedzieć, to wspólna płyta Qry’ego i ZetHy. Zanim wjadą na rynek ze swoimi solowymi materiałami, wydadzą płytę w duecie, którą postaramy się jak najlepiej zaprezentować ludziom.

Skład chillwagonu będzie się zmieniał?
Myślę, że w tym momencie jest uformowany mocny trzon, ale jeżeli ktoś z jego obecnych członków będzie miał nagle inne plany związane ze swoją działalnością solową albo wejdzie w inny projekt, nie będzie z tym problemu. Nie ma czegoś takiego jak stały skład chillwagonu. Tak naprawdę jego jedynym stałym elementem jest Borixon, który siedzi za jego sterami.

Obawialiście się ryzyka, gdy wprowadzaliście ten projekt na rynek?
Nie chciałbym odpowiadać za Borixona, ponieważ w momencie, w którym połączyliśmy siły, zespół już istniał i nie mam wkładu w wymyślanie jego koncepcji. Tomek, jak większość wizjonerów, nie myśli konwencjonalnie, więc raczej niczego się nie obawiał. Natomiast jeżeli chodzi o to, że jest to twór jest niedopowiedziany… Po wielu latach działania w Step Records i SBM-ie, których struktury były formalne, czułem, że mogę wiele i nie muszę prawie nic. Umówiliśmy się z Borixonem, że jeśli się uda, rozwiniemy się biznesowo i być może zarobimy. Powiedział: „Jedyne, co mogę ci obiecać, to jest to, że przeżyjemy fajną przygodę”. I póki co to się udaje.

Myślisz, że będzie coraz więcej supergrup na polskiej scenie?
Pod koniec lat 90. i w latach dwutysięcznych istniało dużo zespołów, ale one się porozpadały. Funkcjonowały mordercze kontrakty płytowe i raczkująca branża eventowa. Było mniej pieniędzy, więc w momencie, kiedy zysk z tej samej płyty dzieliło się na czterech, ci ludzie nie mogli z tego wyżyć. Nigdy nie było lepszej sytuacji niż teraz, jeżeli chodzi o muzykę miejską i budżety, na jakich pracujemy, dlatego uważam, że takie grupy będą się formowały. To nie tak, że znaleźliśmy świętego Graala.

Chwilę później ukazał się w końcu album B.O.R..
Paluch zrzesza przy sobie ekipę od lat i ten album był kwestią czasu. Widać, że świetnie się udał. W ogóle media próbowały nakręcić jakąś sztuczną, komercyjną rywalizację między chillwagonem i B.O.R.-em, gdzie większość artystów z jednego i drugiego obozu to koledzy. Cieszymy się, że scena się rozwija i jest coraz więcej fajnych projektów.

Ostatnio Mata w wywiadzie w Przekroju stwierdził, że za mało czerpiemy inspiracji z polskiej muzyki. Co o tym sądzisz?
Poniekąd się z tym zgadzam i uważam, że powinniśmy kreować polskie brzmienie. Patrząc jednak na to, co powiedziałaś, przez pryzmat chillwagonu, uważam, że muzyka, którą robimy, nie jest zbyt mocno inspirowana treścią, którą zaimportowaliśmy zza granicy. chillwagon jest ekipą ziomków, która posługuje się specyficznym slangiem. Tak naprawdę sypane są grepsy, te numery są poniekąd zbiorem żartów, które pojawiają się wśród ekipy i zostają wypromowane na całą Polskę za pośrednictwem muzyki. To nie jest wykalkulowany zespół, który spotyka się wyłącznie w celach biznesowych.

Którzy z artystów będących obecnie w podziemiu, mają szansę twoim zdaniem wkrótce zrobić karierę?
Pierwszym człowiekiem, na którego mocno stawiam to Olszakumpel. Rok temu został wyłoniony z chillwagon challenge i teraz będziemy pracowali nad tym, aby wzmocnić jego rozpoznawalność. Ma w sobie zadatki na artystę dużego kalibru. Mocno stawia na kontakt z fanami, na bycie normalnym chłopakiem, a przy tym jest naprawdę charyzmatyczny.

Zastanawiam się, czy dzisiaj kluczem do sukcesu nie jest właśnie zwyczajność.
Powrót do normalności jest w ogóle fajny. Jeśli artyści będą się przebijać na byciu sobą, cała kwestia dobudowy wizerunku stanie się zbędna lub przynajmniej mniej istotna niż teraz. Będzie w tym więcej muzyki.

fot. Maja Jędrzejewicz

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
Stary nowy Quebonafide! „Romantic Psycho” [RECENZJA]

Wszyscy spodziewali się, że Quebonafide zaskoczy preorderem. Nikt nie mógł przewidzieć co znajdzie się na najnowszym krążku rapera. Przyznaję, że chyba tylko Quebo mógł sobie pozwolić na taką akcję.

Pierwsze odczucia

Nie będę się skupiał na singlach, które wyszły przed premierą. Powiem tylko, że całkowicie się różnią od reszty. Przede wszystkim jakością. Pozostałe numery brzmią jak nagrane w piwnicy przy ulicy Płońskiej w Ciechanowie. A część jak nagrane na starym telefonie. W sumie utwory to w większości za duże słowo, po prostu Quebo wrócił do początków przygody z rapem i rzuca sobie freestyle. Ale od początku. Pierwsze odczucie to zdziwienie jakością, brakiem mixu i masteringu. Generalnie w głowie pojawia się taka myśl: Co jest nie tak? Brzmi to wszystko jak pierwsze nagrywki z kumplami na mikrofonie za 10zł. I to uczucie pozostaje przez kilka numerów, a potem zaczyna pojawiać się uśmiech na twarzy. Przynajmniej u mnie. A to dlatego, że czuć klimat ziomali co mają zajawkę na rap i przestaję traktować album jako produkt. Tylko słucham tego jak kumpla, który chce sobie po protu ponawijać, bo to lubi. Próżno szukać wyszukanych wersów, niesamowitych bitów i jakości. Jednak nie można odmówić klimatu jaki panuje przez większość numerów. Cała akcja promocyjna polegała na powrocie do wizerunku Kuby sprzed lat. I na płycie to słychać. Brakuje tylko jakiejś ustawki freestyle’owej za zamkiem, tak jak za dawnych czasów.

Nietypowe numery

Cały album jest co najmniej inny. Nie jest to najlepsze co wypuścił przez swoją karierę Quebonafide. Ale do tej płyty chyba trzeba podejść trochę inaczej niż do poprzednich produkcji. Poprzeczka po „Egzotyce” i Taconafide była zawieszona bardzo wysoko. Zaskoczyć słuchaczy było trudno, ale się udało. Tylko nikt nie przewidział takiej niespodzianki. Naprawdę to wszystko brzmi jak grupa kumpli, która w 2010 roku chciała sobie zrobić kilka numerów i nie interesuje ich brzmienie, tylko egzekwowanie zajawki. Numer „Złote Maliny” to naprawdę hit. Kuba puścił sobie na telefonie zwrotkę Kukona i potem nawinął swoją. Tak po prostu. To samo dzieje się w następnym numerze z Kamilem DSP. W kawałku „Nie rozumie, nie rozumuje” puszczony w tle jest bit, na którym Quebo już nawijał w kawałku „Vanilla Sky”, a Kuba leci jak gdyby nigdy nic. Goście dopasowali się do konceptu albumu i jest to wszytko, jeśli można w ogóle tak to nazwać, spójne. A utworem, który powoduje najwięcej uśmiechu na twarzy jest „Noc”. Jeśli ktoś chce usłyszeć śpiewającego, z wielkim wczuciem Quebo, to właśnie tutaj ma okazję. Pozostałe numery brzmią bardzo podobnie i nie ma nad czym się szczególnie rozwodzić. Wszystko pozostaje w tym samym ziomalskim klimacie.

Zawód czy zachwyt?

Trudno jednoznacznie ocenić ten album. Rozumiem tych, którym się on nie podoba i cena była wygórowana za to co otrzymaliśmy. Wielu osobom może być niezwykle ciężko przebrnąć przez całość. Bo nie jest to najprzyjemniejsze dla ucha i raczej mało, który utwór zawita na codzienną playlistę. Warto jednak zaznaczyć, że wiele osób czeka na drugą paczkę niespodziankę od QueQuality i wszystko wskazuje na to, że to nie koniec muzycznych doznań. Spekuluje się, że to będzie właściwa płyta, a „Romantic Psycho” to tylko aperitif. Pozostaje czekać, bo jeśli ten preorder to już całość projektu, to posypie się trochę negatywnych komentarzy w stronę Quebonafide.

Zostaw komentarz

Hip Hop,News
„Jestem poza ich kontrolą”. Kanye West o pomocy A$AP Rocky’emu, Trumpie i krytyce

Kanye West właśnie pojawił się na okładce WSJ. Magazine, a w rozmowie z Christiną Binkley odniósł się do paru ważnych w ostatnich latach wątków. Jednymi z nich były jego relacja z Trumpem, krytyka, z jaką się spotyka oraz sprawa A$AP Rocky’ego.

Latem, gdy Flacko został aresztowany przez szwedzkie władze, wstawiło się za nim wiele osób, zwłaszcza ze środowiska. Zrobił to także Kanye West, który razem z Kim Kardashian zwrócili się o pomoc do Trumpa w sprawie uwolnienia rapera. Zanim jednak to zrobili, Kanye miał plan, aby osobiście polecieć do Szwecji. Z pomysłu zrezygnował, gdy zrozumiał, że nie ma to sensu.

W połowie lipca West zarezerwował samolot do Szwecji, planując uwolnić A$AP Rocky’ego (…) Ostrzeżony, że Szwedzi nic w związku z tym nie zrobią, odwołał lot i – ze swojego baseny w Calabasas – zadzwonił do Jared Kushner do Białego Domu. Donald Trump oddzwonił po niecałej godzinie, po tym jak West wyszedł z basenu i jadł śniadanie

Kanye opowiedział o tym, jak przez to, że jest z nim w dobrych relacjach, spotkał się z dużą krytyką ze strony Afroamerykanów. Przyznał, że nienawidzi bycia stygmatyzowanym…

To przypomina mi o tym, jak czułem się jako czarny mężczyzna, zanim stałem się sławny, kiedy wchodziłem do restauracji, a ludzie patrzyli się, jakbym zamierzał coś ukraść. „To jest twoje miejsce, Ye, nie mów o wyglądzie. To jest twoje miejsce, Ye, jesteś czarny, więc jesteś Demokratem”

…oraz odniósł się do tego, że ludzie, za każdym razem, gdy coś robi, twierdzą, że się kończy.

Upadamy i się podnosimy. To jest znak zwycięstwa. Cokolwiek robię, trzy razy w roku, ludzie mówią: „Whoa, to koniec. To ostatni raz, kiedy go widzimy!” Ludzie mówią, że jestem poza kontrolą. Ja jestem poza ich kontrolą – mówi.

Jednak po tylu latach świetności nie ma w tym nic dziwnego, zwłaszcza biorąc pod uwagę te wszystkie szalone deklaracje i ruchy Kanye’ego. My jednak póki co jesteśmy otwarci na kolejne pomysły, a przede wszystkim o Westa spokojni. „Jesus Is King” tylko nas w tym utwierdziło.

fot. Paolo Pellegrin

Zostaw komentarz