Felieton,Hip Hop

Najlepszy singiel, album, raper i producent 2019 [USA]

Kajetan Szewczyk -
Felieton,Hip Hop - - Dodane przez Kajetan Szewczyk

Najlepszy singiel, album, raper i producent 2019 [USA]

Zwykle takie podsumowania określa się, jako [ŚWIAT], ale nie ukrywajmy, że główne skrzypce grają od zawsze Stany Zjednoczone, nawet jeśli nasi rodacy brzmienie wykopują nierzadko z Francji. Jeśli będzie zapotrzebowanie, to i takie coś ukujemy. Tymczasem każda osoba z redakcji wybrała najlepsze (czyli po prostu ulubione) single i albumy roku. Nie zabrakło również raperów i producentów.

Kajetan

[Singiel roku] – Middle Child (J. Cole)

Absolutna definicja rapu, rapera i wszystkiego, co może kojarzyć się z tym rzemiosłem. Przepiękne, dostojne flow, idealnie zbitki sylabowe i treść. J. Cole jest o włos od poziomu największych, czyli tych, którzy rapują w niesamowicie oryginalny sposób, a jednocześnie odnosi się wrażenie, że po prostu coś do nas mówią, a bit w jakiś niecnie magiczny sposób zgadza się z ich akcentowaniem. Jeszcze nie GOAT, ale życzę jak najlepiej.

[Album roku] – Ghetto Cowboy (Yelawolf)

To nie jest właściwie najlepszy album roku, ale na pewno jest moim ulubionym. Jeśli chodzi o Yelę mam za duży sentyment i wiarę w tego rednecka, żeby z uporem maniaka nie wymieniać go przy okazji dyskusji o najlepszych, którzy dotknęli pióra i mikrofonu. Utrzymanie mitologii Alabamy i jednoczesne przekucie rasistowskiego modelu konfederaty na powszechnie szanowany styl w całym USA? Nie mam więcej pytań. Niedowiarków odsyłam do recenzji – Jedyny prawdziwy Wilk – Yelawolf “Ghetto Cowboy” [RECENZJA].

[Raper roku] – DaBaby

Chciałbym napisać, że Royce Da 5’9”, bo jest dla mnie raperem roku co roku (pozdro Pikers), ale za mało wypuszczał i jeszcze przyjdzie na niego czas po wypuszczeniu albumu w 2020. Tymczasem DaBaby wszedł jakby od zaplecza i zgarnął teren. Niepowtarzalne flow, charyzma, pomysł na siebie i brzmienie. Życzę sukcesów i stałego rozwoju, bo dla mnie ten typ to bardziej hardkorowy Bow Wow 2.0.

[Producent roku] – DJ Premier

Trochę z przekory, ale mam duży sentyment do powrotu Gang Starr. Bity brzmią, jakby Preemo wyciął je 11 lat temu, więc misja wypełniona. Tak naprawdę nie mam żadnego faworyta w tym roku, a jakbym miał powiedzieć, czyje produkcje przypadły mi do gustu najbardziej to pewnie stawiałbym na Atticusa Rossa i Trenta Reznora (niech wreszcie któryś bogaty raper ogarnie od nich podkłady!).

Klementyna

[Singiel roku] – Almeda (Solange)

Nie, to nie jest utwór hip-hopowy, ale Solange odchodząc w nim, tak jak na całym albumie „When I Get Home”, od typowej piosenkowej formy, złożyła piękny hołd czarnej kulturze oraz rodzinnemu Houston. Przy produkcji mieszał m.in. Pharrell Williams, a ta nawiązuje zresztą do techniki „chopped and screwed”, zapoczątkowanej przez DJ Screw na początku lat 90. w Teksasie. Robotę jednak robi tu przede wszystkim Playboi Carti, który podbija okrzyki Knowles i zamyka kawałek miękką, charakterystyczną dla siebie zwrotką. Nie można oczywiście zapomnieć o The-Dreamie – we trójkę popełnili chyba najlepszą współpracę tego roku.

[Album roku] – Igor (Tyler, the Creator)

Po tym jak Tyler na „Flower Boy” wyszedł z szafy ogrodowej szopy, bez żadnego tłumaczenia może mówić o swoich uczuciach. Jako Igor dojrzał i opowiedział o swojej relacji z drugim mężczyzną. Ale na największą uwagę zasługuje tu forma oraz warstwa muzyczna. Tyler w autorski sposób zatarł granicę między rapem a czerpiącym z lat 70. i 80. neo-soulem i skomponował materiał, którego najlepiej słuchać jest ciągiem. Całość jest wyjątkowo spójna, a kawałki przenikają się tak jak kolejne emocje, z którymi (bez względu na płeć) raczej każdy może się utożsamić. To najpiękniejszy breakup album, jaki kiedykolwiek słyszałam.

[Raper roku] – Young Thug

To, że dopiero w tym roku Thugger wypuścił swój oficjalny debiut wydaje się wręcz nieprawdopodobne. O jego skillach zdążyliśmy się przekonać już dużo wcześniej, ale „So Much Fun” jest dowodem na to, że znajduje się on mocno ponad wszystkimi graczami z Atlanty; ten album to zbiór samych najlepszych bangerów. Young Thug świetnie wykorzystuje również i na nim swój charakterystyczny głos, pięknie porusza się po energicznych, trapowych bitach i czyni je wyjątkowo melodyjnymi, ani na chwilę się nie zatrzymując. Jednym z moich ulubionych tegorocznych utworów jest też właśnie „The London” – J. Cole i Travis Scott pięknie dotrzymali w nim Thuggerowi kroku.

[Producent roku] – Madlib

Tytuł ten zdecydowanie należy się Premierowi. Kanye też się należy, ale jemu napisałam już wiele laurek, więc to czas, aby w końcu choć jedną podarować Madlibowi. „Bandana”, następca „Piñaty” z 2014, to jeden z najmocniejszych tegorocznych albumów. Producent od lat nie wypada z formy; soulowe sample są tu elegancko i grubo krojone, a z Freddie’m Gibbsem ponownie udało mu się osiągnąć wyjątkową chemię. Madlib pokazał, jak klasyczne i jazz rapowe brzmienie w dzisiejszych czasach może sobie świetnie radzić.

Michał

[Singiel roku] – Ransom (Lil Tecca)

Spodziewaliście się pewnie czegoś ambitniejszego, co? Ja też. Po dłuższym zastanowieniu uznałem jednak, że żaden pojedynczy numer nie wkręcił mi się tak dobrze jak „Ransom”. Wiadomo, nie jest to ambitny kawałek. Próżno w nim szukać trudnych technicznie rymów, filozoficznych przekminek czy mocnych, dosadnych punchy, ale wchodzi w głowę tak głęboko, że nie sposób tego wyciągnąć, a przecież chyba o to chodzi w singlu, prawda? Poza tym, fantastycznie rozwiesza się do niego pranie.

[Album roku] – Hollywood’s Bleeding (Post Malone)

Tak na dobrą sprawę trudno nazwać ten album stricte rapowym. Post niesłychanie kombinuje i lawiruje od R&B do rocka, jednocześnie zawsze przynajmniej ocierając się o hip-hop. Poza tym, a może nawet przede wszystkim, to bardzo solidny i jakościowy materiał. Malone zagwarantował nam niemal godzinę muzyki, złożonej w zasadzie z samych hitów, niezależnie od klimatu czy podgatunku. Za stworzenie takiego dzieła należy ukłonić się w pas.

[Raper roku] – DaBaby

Nie zamierzałem na siłę dawać innego kandydata od Kajetana, byleby tylko urozmaicić tekst. DaBaby spokojnie zasłużył na to miano. Rok temu mało kto o nim słyszał, a w ciągu zaledwie 12 miesięcy zdążył rozkochać w sobie miliony słuchaczy na całym świecie. W tegorocznej edycji XXL Freshmen pokazał się ze zdecydowanie najlepszej strony, popisując się skillami, a nie świecącymi zegarkami czy grubymi futrami. Wydał też dwa bardzo dobre albumy, przy okazji udzielając się na innych, chociażby na wyżej wspomnianym przeze mnie „Hollywood’s Bleeding”. Da się zrobić więcej w rok?

[Producent roku] – Kanye West

Kanye uwielbia doceniać sam siebie, ale przychodzą takie momenty, że wypada też zrobić to za niego. Może jego nazwisko nie przewijało się na co drugim trapowym hicie, ale nie sposób odmówić mu ogromu porządnej pracy, którą wykonał. Sam stworzył aranż do płyty, której przecież dużo bliżej było do gospel, a nie rapu, a takie przebranżowienie się, nie mogło być proste. Poza tym, jeden z jego podkładów znalazł się na wypisanym już dwukrotnie (to już chyba jakaś mania) „Hollywood’s Bleeding”, a do jego bitów rapował też Pusha T czy Nas. Mało tego, gość odpowiadał jeszcze za muzykę do własnej opery. To właśnie przekrój i różnorodność jego twórczości robią największe wrażenie.

fot. kadr z wideo „DaBaby – BOP on Broadway (Hip Hop Musical)”, youtube.com/DaBaby

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
Jest ich dwóch, za produkcję mają Oscara, ale żaden raper z nimi nie współpracuje

Kiedy myślimy o osobach, które zrewolucjonizowały brzmienie hip-hopu na przestrzeni lat, to na pewno uwzględniamy postaci z Chicago. Mamy Kanyego, który wprowadził do mainstreamu przyspieszone sample wokalne, a potem z mainstreamu wszystko wyprowadził popełniając Yeezusa. Mamy tam całą scenę drillową, która wywarła duży wpływ na obowiązujące brzmienie pewnego okresu. Możemy sięgać do LA i zastanawiać się nad wpływem Dr'a Dre, możemy zerknąć do NY i nie móc się nadziwić, że sztukę krótkich sampli opanował tam do perfekcji chłopak z Houston, niejaki DJ Premier. Może przypomni nam się, ile hitów dostarczył nam Rick Rubin - wymieniać można w sumie w nieskończoność. No dobra, ale co ci goście mają wspólnego? Głównie to, że siedzą w tej muzyce od początku i to dzięki rzemiośle w jej obrębie zyskali zasłużoną rozpoznawalność. A co by było gdyby wreszcie połączyli siły z kimś spoza kręgu znajomych twarzy? Co by było, gdyby kolejną płytę Kanyego produkowali Trent Reznor i Atticus Ross?