Streetwear,Wyróżnione

Nike: On Air – sneakersy jak mapa świata

Łukasz Orawiec -
Streetwear,Wyróżnione - - Dodane przez Łukasz Orawiec

Nike: On Air – sneakersy jak mapa świata

Międzynarodowa współpraca, kolorystyki czerpiące garściami z klimatu i historii miast z całego świata. I efekt finalny, którego inne brandy mogą teamowi swoosha tylko pozazdrościć. Poznajcie projekt Nike: On Air i laureatów ostatniej edycji!

About

Mało który pomysł zmobilizował tak olbrzymie rzesze sneakerheadów na świecie, jeśli chodzi o puszczenie wodzy kreatywności. Bo już sama idea projektu okazała się na swój sposób rewolucyjna. Team Nike postawił sobie zadanie zaangażowania tysięcy ludzi z całego świata do zaprojektowania kolorystyk mających w jak najlepszy sposób oddawać ducha ich miast. W końcu trudno oczekiwać, nawet od najlepszego projektanta, pracującego tysiące kilometrów dalej, by zrobił to lepiej i bardziej autentycznie niż ludzie, którzy żyją w danej przestrzeni. Bo niby w jaki sposób? Po kilkudniowej wycieczce lub przeglądzie zdjęć w internecie i katalogach biur podróży?

Starszy dyrektor kreatywny linii Air Max, Dylan Raasch, stwierdził, że w całym tym przedsięwzięciu tkwi potencjał, o którym nawet by wcześniej nie pomyślał – także marketingowy. Nic tak nie zbliża marki i jej konsumentów, jak tego typu akcje – pozwalają jej znajdować się tuż obok odbiorcy, zamiast w niedostępnych projektowych biurowcach. Jak powiedział:

“Te projekty dowodzą, że zawsze istnieją nowe sposoby podejścia do designu”.

2018

W “On Air” zaangażowało się kilka tysięcy osób z najważniejszych (a przynajmniej dla kultury ulicznej) miast świata – Nowego Jorku, Londynu, Paryża, Seulu, Szanghaju i Tokio. Finalnie, w maju ubiegłego roku wyłoniono najlepszą osiemnastkę, którą ostatecznie ograniczono do sześciu zwycięzców (po jednym na miasto), wyłonionych na drodze internetowego głosowania. Ci zostali później zaproszeni do głównej kwatery Nike, by wcielić swoje pomysły w życie i wypuścić na rynek.

“To, co narysowałam, znajdowało się właśnie w moich rękach”.

Mocny, kreatywny pomysł, autentyczność i chęć oddania ducha miasta w jak najlepszy sposób – to nie kolejne designerskie wizje realizowane zza biurka. To autentyczny manifest konsumentów, pragnących podkreślić charakter miejsc, w których przyszło im żyć.

Gabrielle Serrando – Nowy Jork

Pierwsza z par należy do autorki powyższego cytatu. Gabrielle postanowiła wziąć na warsztat Air Maxy 98 i stworzyć z nich bazę pod projekt mający przedstawiać różnorodność, wylewającą się z każdego fragmentu nowojorskiego pejzażu. Wszystkie kultury, rasy i narodowości, tworzące jeden spójny (choć niepozbawiony konfliktów) organizm – tak prezentuje się dusza NYC na butach.

Gwang Shin – Seul

Zdecydowanie nasza ulubiona para z całego projektu. Inspiracja? Neony, przyozdabiające większość ulic Seulu – jednego z najlepiej rozwiniętych miast świata. 97-ki autorstwa Wanga to także bezpośrednie odwołanie do Taegeuku – symbolu zdobiącego flagę Korei Południowej, oznaczającego (w bezpośrednim przełożeniu) “najwyższy ostateczny”.

Jasmine Lasode – Londyn

Kolejne 97-ki. Tym razem robi się bardziej osobiście – “Summer of Love” (bo tak będzie brzmieć oficjalna nazwa modelu) odwołuje się nostalgicznych wspomnień pierwszej randki Jasmine na londyńskim wzgórzu Primrose Hill. Lato, miłość, wzgórza – i brak miejsca na odcienie szarości i czerni.

Cash Ru – Szanghaj

Dowód na to, że Chiny to nie tylko smog, jak przyjęło się uważać. Tu inspirację (a, to już ostatnie Air Max 97 w serii) stanowiły chmury, rozmywające się i zmieniające kształty nad morskimi portami.

Lou Matheron – Paryż

Tu na warsztat trafiła hybryda modeli Air Max Plus i Air Vapormax. Techniczny sznyt nie jest tu dziełem przypadku – to bezpośrednie odwołanie do procesu budowy siedziby sądu w Paryżu. Swoją drogą, gmach został ukończony dwa lata temu – i zdecydowanie robi wrażenie.

Yuta Takuman – Tokio

Ostatnia zwycięska para. Klasyczne Air Max 1 w wydaniu od Yuty przedstawiają Tokio jako miasto-labirynt, pełne zatłoczonych ulic i oświetlane kolorowymi reklamami. Czerwone akcenty są zaś trybutem dla Tokyo Tower – wieży telewizyjno-radiowej, rozpościerającej się nad metropolią.

Patrząc na rozmach i autentyzm obecne w projektach wszystkich finalistów – jesteśmy zachwyceni. I życzylibyśmy sobie więcej podobnych inicjatyw, zwłaszcza że ich efekty potrafią przewyższać niejeden design, wychodzący spod rąk stałych projektantów marki.

Swoją drogą, gdy Nike działała, Adidas też nie próżnował. Rozwijał projekt Communitas, którego pierwsze efekty będziemy mieli okazję powinąć już w następną sobotę. Ale o tym przeczytacie szerzej w naszym zestawieniu najciekawszych premier przyszłego tygodnia.

Nike/Fot. Nike

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
Yelawolf na polowaniu. Na celowniku G Eazy i Post Malone

Trunk Muzik 3 coraz bliżej. Yelawolf podkręca atmosferę – w najnowszym numerze rapera z Alabamy na linii ognia znaleźli się nieprzypadkowi wykonawcy.

O tym, że na Trunk Muzik 3 warto czekać pisałem już na początku stycznia TUTAJ. Od tamtego czasu Yela wypuścił jeszcze kilka numerów, a właściwie – patrząc na standardy niektórych raperów – pełnoprawną EPkę. Jest to tym ciekawsze, że to zaledwie teasery właściwego wydawnictwa: “Pinto Bean“, “Jesco White“, “Billy Goat“, “SKALLYWAG“, “Elvis Messy“, “Mountain Dew Mouth” i “Bloody Sunday”, o którym dzisiaj będzie mowa.

Yela tkwi w czymś, co WdoWa z Szybkim Szmalem nazwałaby “Trybem Wojny“. Ma do tego wszelkie podstawy – lata temu był jedynym białym raperem po Eminemie, z którym liczył się ktokolwiek znaczący w głównym nurcie głównego nurtu. Potem przyszedł młodszy MGK i sytuacja powoli zaczęła ulegać zmianie. Do tego początki Yeli w Shady Records nie należały do najlepszych, czego najlepszym dowodem jest album “Radioactive” – kompletnie niezgrany z naturalnym vibem rapera z Alabamy.

Yela niezależnie wydawał serię Trunk Muzik, na której pokazywał, że ciągnie go do rytmów charakterystycznych dla jego regionu. Jednocześnie nasz modern cowboy pozostawał żołnierzem Shady Records i udowadniał swoją przydatność na pokaźnej ilości featów.

Mijały lata, a na scenie pojawił się G Eazy, który na swojej drugiej płycie bez pardonu nawinął wersy:
“And fuck it I’m the coldest white rapper in the game/Since the one with the bleached hair”. Tu można się trochę nie zgodzić, bo G faktycznie był pierwszym od czasów Eminema, ale nie “coldest”, a “hottest”. W krótkim czasie zrobiło się o nim bardzo głośno i trafił na wszelkie rotacje.

Postmodernizm, Postapokalipsa, Post Malone

Yela szedł sobie obok tego wszystkiego i widocznie miarka się przebrała. Obszerne zapowiedzi płyty pokazały, że jest w świetnej formie i pod względem technicznym może się mierzyć z najlepszymi. O tym, że Yela umie śpiewać lepiej niż poprawnie, wiemy dobrze od albumu “Heartbreak”.

Przy śpiewaniu na chwilę zostańmy, bo Yela stwierdza w “Bloody Sunday”, że Post Malone:

  1. Nie umie rapować,
  2. Ukradł mu styl i na tym zarobił
  3. I w ogóle jest kserobojem
  4. Ilość sprzedanych płyt nie świadczy o jakości wykonawcy! (to mogłoby sobie zanotować wielu polskich raperów)

G Eazy to z kolei koleś o wyglądzie Toma Cruise’a: “Don’t know if I’m watching Vanilla Ice or Vanilla Sky” – nawija Yela.

Wspomniany jest również MGK. Yela zapowiada, że wkrótce dowiemy się co raper z Alabamy myśli o ostatnim przeciwniku Eminema (a myśli… raczej pozytywnie, bo Kelly prawdopodobnie znajdzie się na Trunk Muzik 3!). Mały pocisk leci również w stronę rapera o ksywce Clever, którego część z Was może znać z udziału w kawałku “Ring Ring” Juice WRLD. Yela sugeruje, żeby chłopak odpowiedział na zaczepkę, bo dzięki temu szybciej odniesie sukces.

Czy którykolwiek z raperów odpowie? Obstawiam w ciemno, że jeśli G Eazy zdecyduje się na diss, to powoła się na Eminema (który nawiązał do niego w “Killshot”) i na Royce’a (który spropsował go w “Not Alike” i rapuje obok w “I’m on 3.0“). Mając poparcie obu członków Bad Meets Evil, chłopak ma prawo czuć się akceptowaną częścią gry, ale do wygranej z Yelą to może nie wystarczyć. Jeśli Eminem jest dziadkiem młodych, białych raperów, to Yela jest ich ojcem. Nie zapomnijmy, co raper z Alabamy nawijał w “Down”: “Cause Marshall’s a Rap God, damn right/Well, then I guess that makes me Jesus”.

fot. kadr z klipu “YelaWolf “Bloody Sunday” Freestyle | TM3 Coming Soon”, youtube.com/Slumerican

Zostaw komentarz

Felieton,Hip Hop
Ręka rękę myje: kto z kim w polskim rapie

Wtorek wieczór. Oglądam wywiad z Casanovą Angie Martinez. W pewnym momencie raper przyznaje, że więcej wsparcia dostaje od wykonawców z południa USA niż z rodzimego Nowego Jorku. – Hm, ciekawe czy tak jest też w Polsce? – zastanawiam się. Wielu raperów narzekało w wywiadach na trudną warszawską publikę, na to, że lepiej gra się im… chociażby we Wrocławiu – przypominam sobie. Czy w polskim rapie w ogóle można się jeszcze samoistnie wybić? – wybiegam nieco myślami. I sam sobie odpowiadam: Bez wsparcia na featach raczej nie.

Dywagowałem tak jeszcze chwilę, ale szybko w głowie naszkicował mi się obraz polskiego środowiska. Dobrze pamiętam spotkania w Harendzie i w jej okolicach, na których gromadziło się sporo podziemnych raperów i ich znajomych. Bitwy freestylowe w Indeksie, bitwy freestylowe na skarpie za kampusem UW. Wszyscy chcieli coś sobie udowodnić, choć zbyt wielu asów tam nie było. O większości słuch zaginął. Dlaczego?

Swój pozna swego

Mam pewną dosyć kontrowersyjną teorię. Otóż, w mojej opinii, grupa czuła niechęć do najzdolniejszych osób. Niechęć powodowaną kilkoma czynnikami:

  1. Taki as jest ich bezpośrednią konkurencją
  2. Nagranie z nim nie ma sensu, bo będzie lepszy
  3. Mówienie o nim komukolwiek zdejmuje z nas uwagę

Zazwyczaj te imprezowe koneksje skutkowały jakimś numerem. Zazwyczaj niestety słabym, bo zrobionym przez dosyć kiepskich nawijaczy.

Drugą sprawą było to, że trudno rozmawiało się z kimś, kto już coś w środowisku osiągnął. Wiecie – ten typ, który zjechał 50 bitew, kręci jakieś wyświetlenia na youtube i jest fajnym, pociesznym gościem.

Tu sytuacja była o tyle trudna, że faktycznie część osób pucowała się takiej osobie, żeby coś ugrać. Ciężko było udowodnić, że nie ma się złych intencji, skoro większość chciała wdrapać się takiemu jegomościowi na plecy. W efekcie tworzył się kolejny podział, bo te więcej znaczące asy spędzały czas w swoim towarzystwie. Niewidzialny, hip-hopowy system kastowy.

Dograj się

Najśmieszniej było jednak, kiedy do jakiejś nagrywki już doszło i noname’y robiły numery z semi-name’ami. Jaki był efekt? Propsy na kolejnej imprezie, ale wymierny – żaden. Przecież feat nic nie da, jeśli jesteś słaby.

Pamiętacie, kiedy Bonson dogrywał się dosłownie wszystkim składom w Polsce? Możecie nie pamiętać, ale zjadał wtedy każdego rapera, obok którego stanął. KAŻDEGO. Kto pamięta dzisiaj o tych ekipach? Nikt. Kto o nim? Wiadomo.

Quebonafide

Stan rzeczy zmienił dopiero Quebonafide, który najpierw zamiatał na bitwach, a potem dzięki współpracy z Solarem (nagrywki w Nobocoto, ogarnięty miks, master i kontakty) i w ogóle całą SB Maffiją, wyhype’ował swoją postać do skali w podziemiu niespotykanej. W tej sytuacji nie musiał “żebrać” o featy. Każdy chciał mieć numer z nim.

Kiedy Quebo poszedł na swoje, na swoje szli również Solar z Białasem. Ta trójka na zawsze zmieniła oblicze branży – stworzyła dwie niezależne wytwórnie promujące młodych i perspektywicznych raperów. Początkowo wydawało się, że to otworzy drogę wszystkim tym zdolnym, o których pisałem na początku. Zdolnym, ale pomijanym, bo stanowiącym konkurencję.

Wydawało się, bo stało się trochę inaczej. Fakt, wielu faktycznie udało się w ten sposób wybić, a w normalnych warunkach pewnie by przepadli (Bedoes czy Łuszy), wielu dalej skrobało coś na własną rękę (Frostiego w końcu wzięło Prosto., Taco dosyć szybko trafił do Asfaltu), ale wielu dostało szansę i kompletnie z niej nie skorzystało. Dlaczego? Przecież raper, który trafia do wytwórni, wydawałby się raperem, który powinien rapować jak nigdy wcześniej.

Umyj ręce

Znów – wydawałby się – bo takim nie zawsze jest. Przypadki kiedy koledzy wydają kolegów zdarzają się nie tylko na komendzie. Zresztą dotyczy to również branży w USA. Jak często słuchacie jakiegoś kawałka i zastanawiacie się: “Co u licha robi tam ten wack?” albo “Dlaczego oni razem nagrali? Przecież to jest jakaś abominacja”. Otóż, jak słusznie zauważył kiedyś TEDE – lista featów jest równoznaczna z listą paktów o nieagresji. Patrząc na gościnki na polskiej (i nie tylko) scenie, szybko zorientujemy się, kto z kim się lubi. “Lubi” to słowo klucz, bo nie chodzi o skillsy. Gdyby rap robiono po to, żeby osiągnąć jak najlepszy efekt, to Mes obok TDFa nawijałby wcześniej niż u Księcia Kapoty, który po wielu latach scysji połączył dwóch zwaśnionych królów – pisałem o tym TUTAJ.

Żelazne zasady

Rozwarstwienia najlepiej widać na przykładzie raperskich grup. Od ZIP Składu, po Patokalipsę. To nie jest tak, że wszyscy są świetni. To nie Wu-Tang, to nie Slaughterhouse. A mimo to każdy za ten mikrofon łapał i koledzy nie czuli żenady (?). Wiadomo – tak to jest, kiedy zespół tworzy się z melanżowej ekipy.

“Pamiętaj wziąć ze sobą kumpla albo nawet dwóch czy trzech”

Teraz przenieście sobie ten konstrukt na całą branżę. Dlaczego raper z Warszawy znajdzie cieplejsze przyjęcie we Wrocławiu? Bo nie stanowi bezpośredniego zagrożenia, bo jest gościem. Dlaczego Casanova lepiej czuje się na południu niż w NY? – Jak jesteście w studio i poprosisz gościa o nagrywkę, to się dogra, a nie będzie gadać o hajsie i innych rzeczach. W NY ludzie się zjadają – przyznał. Właściwie to użył sformułowania “dogs eats dogs”, ale jakoś niezręcznie byłoby to tłumaczyć. W rodzimych miastach raperów tak to już chyba jest. Sprawdźcie sobie ile było kooperacji warszawiaków z warszawiakami, a ile warszawiaków z raperami z innych miast.

Tendencja o niebezpiecznej skali

Na koniec krótki eksperyment myślowy. Wyobraźcie sobie, że dyrektor filharmonii przeprowadza taką rozmowę:
– Cześć, Stefan, słyszałem że szukasz pracy
– Faktycznie, szukam, mój drogi
– Otóż widzisz, w filharmonii zwolniło się miejsce dla trębacza
– I?
– Może byś chciał?
– Kochany, ja nie umiem grać na tym instrumencie. Więcej ci powiem, jestem już niemal głuchy, nie te lata
– Nic nie szkodzi. Lubię Cię, Stefan, to wystarczy

Propozycja lekko nie na miejscu? No cóż, w rapie takich trębaczy mamy od groma.

fot. kadr z klipu “Solar – Pan Czlajn 01 (feat. SB Maffija, prod. SoDrumatic) VIDEO [ISKRA #12]”, youtube.com/SBM Label

Zostaw komentarz