Felieton,Hip Hop

O.S.T.R. – o czym bał się napisać w książce? W jakiej tonacji gra odkurzacz? Jak widzi przyszłość Polski?

Kajetan Szewczyk -
Felieton,Hip Hop - - Dodane przez Kajetan Szewczyk

O.S.T.R. – o czym bał się napisać w książce? W jakiej tonacji gra odkurzacz? Jak widzi przyszłość Polski?

Dopiero co Politolog podzielił się z Wami refleksjami na temat Kanye u Lettermana, a ja mam garść dotyczących O.S.T.R’a u… Szymona Majewskiego. Co prawda nie na Netflixie, a w Radio ZET, ale nie przeszkodziło to kompletnie w umieszczeniu fonii wraz z wizją na kanale YouTube, co przyjąłem z wielkim uśmiechem na twarzy.

Przejdźmy do rzeczy, rozmowa trwa 45 minut i jest utrzymana w świetnym tempie. Żarty są niewymuszone, historie wypływają jedna z drugiej, a obaj panowie reprezentują wielką klasę. Sam odniosłem wrażenie gdzieś w połowie, że ten wywiad odseparowuje mi ich kompletnie od dotychczasowych dokonań. Spojrzałem na O.S.T.R.’ego bardziej jako na Adama Ostrowskiego właśnie, a Szymon Majewski odłożył gdzieś pelerynę showmana.

“Baśka, on jednak nie jest debilem!”

– Niestety tego nie napisałem w książce, bo nie miałem na tyle odwagi. (…) Zdałem na studia z drugą punktacją na ileś tam set osób, a maturę zdałem ledwo, ledwo! (…) Byłem świadkiem, jak moja profesorka od skrzypiec (Iwoną Wojciechowską – przyp. red.) podeszła do mojej matki i powiedziała: “Baśka, on jednak nie jest debilem!” – opowiada łódzki raper. O.S.T.R. zdradza, jak od kuchni wyglądały jego muzyczne początki. “Od kuchni” to zwrot zdecydowanie na miejscu, bo do grania używał np. garnków, sztućców ale też… odkurzacza, który wydawał monotonny dźwięk cis.

Nowe otwarcie

O.S.T.R. porusza w wywiadzie kwestię swojego ojca, co dotąd zdarzało się rzadko, nawet na płytach. Z pasją w oczach wspomina sprzęty, które gromadził jego ojciec, próby tłumaczenia zagranicznych filmów czy śpiewania. – Przez długi czas moje stosunki z moim tatą nie istniały. Kiedyś nagrałem taki kawałek, w którym dosyć mocno skrytykowałem mojego tatę, i chciałem mu powiedzieć, że mimo tej krytyki, która go spotkała, moim zdaniem słusznej, to jest on moim ojcem, którego kocham, i, jakby nie patrzeć, jestem jego genetyczną, intelektualną i rodową kontynuacją – mówi O.S.T.R. – Kiedy on od nas odchodził (…), nie rozumiałem w ogóle co się dzieje. Byłem na to za młody, za głupi, więc to było dla mnie coś bardzo przykrego, przede wszystkim emocjonalnie – opowiada raper, pokazując, jak duży wpływ to wydarzenie miało na jego dalsze życie, całkowite zbuntowanie, problemy w szkole i niezdanie z 13-stu przedmiotów.

Patriota

– Jestem dumny, że żyję w kraju, za który walczyli moi dziadkowie. (…) Mój dziadek uciekł z transportu do Katynia, był w dwóch obozach na Syberii, był przymuszany do pracy w kopalni na Ukrainie. (…) Z jednego obozu uciekał chowając się w przerębli. Miał takie odmrożenia, że potem nie miał włosów na całym ciele – opowiada raper z Bałut. To kolejny moment wywiadu, w którym poznajemy Adama Ostrowskiego od innej strony. – Boję się o to, w jakim kraju będą żyć moi synowie. Nie chodzi o politykę, a o wzrost materialistycznego podejścia do życia i konsumpcjonizm – mówi.

– Nie nadaję się do polityki. Każdy z moich przyjaciół, którzy myśleli, że coś zmienią, wchodząc w politykę, zawsze po dwóch miesiącach mówili to samo – mówi O.S.T.R. i dystansuje się trochę od sprawy Liroya w Sejmie. – Polityka to jest gra układów, salonowych ustaleń i rzeczy, o których ty, jako obserwator sceny politycznej, się nigdy nie dowiesz – opiniuje. – Ci ludzie piją ze sobą wódkę, a potem wychodzą i odgrywają role. (…) Zmienianie tego kraju i państwa powinniśmy zacząć od siebie i od swoich rodzin – kończy.

Warto rozmawiać

Przyznaję bez bicia, że takiego wywiadu z O.S.T.R.’ym mi brakowało. Niby wypowiedzią każdego wykonawcy jest jego twórczość, ale miło czasami posłuchać żywego języka i masy dygresji, bo taka wypowiedź jest niepowtarzalna i tworzy się niejako bez namysłu. Przyznaję również, że odbijałem od ostatnich płyt Adama, bo nie znalazłem na nich zbyt wiele rzeczy, które mogłyby mnie zainteresować – od tekstów po warstwę muzyczną. Ten wywiad przypomniał mi jednak, kim jest człowiek, którego płyty zawsze kupowałem w ciemno i traktowałem jako ozdobę kolekcji polskich wydawnictw. Polecam.

fot. kadr z klipu “O.S.T.R. – Szczęścia milimetr – prod. Killing Skills”, youtube.com/Asfalt Records

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
Beeres – znacie tę ksywę? Powinniście

Kilka dni temu na profilu “Swag jak sku*wysyn” udostępniony został wpis, który sugeruje możliwość powstania kolejnej część tej kultowej składanki. Pamiętam, jak w liceum mocno jarałem się pierwszą częścią “SJS”. Nie da się ukryć, że kilku raperów w swoim czasie dużo zyskało na udziale w tej akcji. Swoje zwrotki na projekt dograli m.in. Gedz, Wac Toja, Bisz, czy Beeres. No właśnie Beeres – dziś już mocno zapomniany raper, ale wtedy traktowany jako złote dziecko raczkującego w Polsce niuskulu. Co poszło nie tak, że Wac wbija na podium OLiSu, a o raperze z Bielska-Białej ucichło?

Dzień dobry Pani Paris, witaj sceno

Cofnijmy się do początków obecnie trwającej dekady, czyli momentu, gdy polska scena rapowa krystalizowała swoje nowe oblicze. Powoli zaczynają tworzyć się roszady, przez co do głosu dochodzi młode pokolenie. Pojawia się grupa raperów, którzy stanowią świeżość na mocno skostniałej scenie, a jedną z najjaśniej świecących gwiazd(ek) jest Beeres.

Raper, który zwrócił na siebie uwagę poprzez nielegal pt.”Analogowy Raz W Cyfrowym Świecie”. Dziś wydaje się to śmieszne, ale kilka lat temu śpiewane refreny, lub (olaboga) zwrotki, były propsowane za świeżość… albo hejtowane za odejście od szablonu brzemienia prawdziwego hiphopowca.  

Beeres w przeciwieństwie do np. B.R.O. miał to szczęście, że otrzymywał więcej pozytywnych opinii, zarówno od środowiska jak i od słuchaczy. Nie ma jednak co się dziwić, w końcu takie kawałki jak ” Dzień dobry Pani Paris” do dziś brzmią świeżo.

Młody wilk zalicza twarde lądowanie w Aptaun

Dobre przyjęcie pierwszego nielegala poskutkowało zaproszeniem Beeresa do akcji “Popkiller Młode Wilki” oraz możliwością wydania kolejnego materiału w wytwórni Aptaun Records. W tym samym roku Beeres zdążył jeszcze zaprezentować swoje umiejętności na wspominanej już składance “Swag jak sku*wysyn”.

Niestety “Klub Wyklętych Futurystów” zebrał przeważnie chłodne recenzje – Beeresowi zarzucano miałkość w tekstach i brak progresu względem poprzedniego materiału. Nie rozumiałem wtedy tych zarzutów i do dnia dzisiejszego uważam, że wydany przy pomocy Aptaun mini-album, broni się i to całkiem skutecznie.

1 września 2013 roku jest datą, którą można uznać za gwoźdź do trumny (choć może to za mocne stwierdzenie?) kariery Beeresa. Tego dnia swoją premierę miał klip do kawałka “N.E.O.N.”.  Zajebisty numer, który na początku (gdy pojawił się na składance) zebrał sporą ilość pochwał, ale nagle, przez teledysk, stanął w ogniu krytyki. WTF?

Kompletnie tego nie rozumiałem, ale halo?! Przecież to były czasy, gdy grzywka, rurki, autotune, odbierały raperowi street credit. Dziś, gdy triumfy świeci Tymek czy Smolasty, taki numer i klip jak “N.E.O.N.”, byłby czymś normalnym. Wtedy reakcje były raczej w tonacji: “uuu, panie, hiphopolo wraca, daje disslajka”.

Oprócz słów krytyki słuchaczy, pojawiły się również negatywne komentarze ze strony “kolegów” z branży np. Gedza.

Łatwiej zniknąć, trudniej wrócić

Po neonowej porażce Beeres zniknął na dłuższy czas, ale scena poszła mocno do przodu. Niuskulowe brzmienia stały się czymś powszechnym wśród większości raperów. W 2016 roku artysta powrócił z płytą “Wreszcie o mnie”. Beeres zaprezentował nam dobrze znane już wcześniej atuty, dodatkowo zaliczając progres w kwestii jakości tekstów.

Album został jednak kompletnie pominięty przez polską publiczność. Podejrzewam, że trafił głównie do starych odbiorców rapera, którzy pamiętali jego początkowy potencjał. Promocja? Praktycznie żadna, bo opierała się głównie na postach na portalach społecznościowych artysty. Wydanie materiału za pośrednictwem małej wytwórni również nie było dobry krokiem.

Powrót na szczyt, czy życie w podziemiu

Napisałem, że “Wreszcie o mnie” przeszło bez echa… to jak mam opisać kolejną produkcję rapera pt. “Sezon 1”? Ledwie 3 tysiące wyświetleń pod promującym płytę klipem…

Beeres wypadł z gry i to z wielkim hukiem. Szansa na powrót? Podpisanie kontraktu z QQ lub SBM i dostarczenie dobrego materiału, który trafi w gusta dzisiejszej młodzieży. Śpiewane refreny i gry słowne to, w czasach panowania Multiego, Tymka i Bedoesa, trochę za mało, aby znowu wrócić na czoło peletonu.

Pomysł, talent i umiejętności były, ale zabrakło pewnej konsekwencji w poczynaniach. Dodatkowo Beeres po fali krytyki zbyt łatwo się podał i usunął w cień. Idąc za ciosem w 2013/14 i nagrywając mocny materiał, raper miałby szansę dziś być kimś takim jak np. Gedz.

Możliwe, że jeśli “SJS” zostanie ponownie reaktywowane to Beeres nagra tam kozacki numer, który ponownie zwróci na niego uwagę słuchaczy. Naprawdę szkoda, żeby już na zawsze przepadł w otchłani podziemia.  

Foto. Instagram/_beeres

Zostaw komentarz

Felieton,Streetwear,Wyróżnione
Miesiąc Dumy LGBT i moda: Skąd w polskim streetwearze homofobia?

TL;DR – z ignorancji, niewiedzy i bezmyślnego łykania prawicowej propagandy na Facebooku. Trochę szerszy pogląd na zjawisko niżej. Od krótkiej historii Miesiąca Dumy (i o co w nim właściwie chodzi), przez modowe, nieskrępowane prawo do wyrażania siebie, po garść przemyśleń na temat homofobii na naszym rodzimym podwórku.

Historia

Gejowski klub Stonewall, Nowy Jork, 28 czerwca 1969 roku. Kampania wyborcza, mająca wyłonić nowego burmistrza, trwa w najlepsze. Piastujący urząd konserwatysta John Lindsay szuka szans na przedłużenie kadencji. A nic tak nie zachęca wyborców do ponownego oddania głosu, jak spektakularne akcje. Celem jednej z nich staje się wspomniany klub i środowiska homoseksualistów.

Stonewall Inn, 1969 r./fot. New York Public Library

Około 1 w nocy do Stonewall wchodzi policja z nakazem rewizji. Klienci są pojedynczo zmuszani do wyjścia i składania zeznań. Tłum pod klubem zaczyna rosnąć. W końcu policja wciąga siłą kilka osób do radiowozu. Tłum reaguje okrzykami.

“We want freedom, gay power”.

Jednej z lesbijek udaje się oswobodzić. W kierunku policji zaczynają lecieć kamienie, butelki i wszystko, co tylko wpadnie w ręce protestujących. Przeciwko niesprawiedliwemu i brutalnemu traktowaniu homoseksualistów przez władze. Tej nocy w zamieszkach bierze udział około 1000 osób. Następnego wieczora w walce uczestniczy już ponad 2000 gejów i lesbijek. Pojawiają się pożary i porozbijane witryny sklepowe. Do tłumienia niezadowolenia zostają wysłane specjalne oddziały policji, brutalnie traktującej protestujących.

fot. Insh.Word

Wydarzenia te jednoczą wszystkie środowiska homoseksualne, trans i queer. W ten sposób zaczyna tworzyć się amerykańskich ruch (tak, ruch, nie ideologia…) LGBT w Stanach Zjednoczonych. Coroczne manifestacje, upamiętniające Stonewall, stają się tradycją walki o wyzwolenie, równość i tolerancję. Tyle z historii.

‘Just the facts’

I teraz uwaga, bo niektórych zaskoczymy. Ruch LGBT nie walczy o żadne specjalne przywileje. Walczy o prawo do wzmożenia działań przeciwko dyskryminacji i o legalizację związków partnerskich. Dlaczego związków? Bo te rozwiązują trudną kwestię dziedziczenia czy uzyskania prawa do odwiedzin, jako osoba najbliższa, w szpitalach. Pomimo dekad walk o zmiany prawne w tym zakresie, wciąż stanowi to problem. Nikt nie walczy tu o żadne ulgi, mające “wywyższać” osoby homoseksualne nad heteroseksualnymi, serio. Ci ludzie domagają się praw, które dla wszystkich hetero są aksjomatami.

Filmiki z żółtymi napisami i prawicowe portale to marne źródło czerpania informacji. Czytajcie, sięgajcie do źródeł. Pod tym linkiem znajdziecie artykuł z bloga To Tylko Teoria, obalający powielane przez populistów (m.in. tego poniżej) mity na temat homoseksualizmu.

fot. TVN24/ https://www.tvn24.pl/wiadomosci-z-kraju,3/korwin-mikke-znow-hajluje-korwin-przeprasza-za-kretyna-ministra,559151.html

A moda?

Moda, stawiająca sobie w za cel wyrażanie siebie, zawsze stała blisko postulatów ruchu LGBT. Ludzi prześladowanych, obawiających się bycia sobą, w strachu przed stygmatyzacją lub przemocą. Pomimo XXI wieku, wciąż stawianych przez wielu w roli “dziwadeł” czy “zagrożenia dla cywilizacji”. Ale moda ma na takie bzdury wy#ebane.

Kampanie świętujące Miesiąc Dumy puszczają wszyscy. Od Levisa, Diesla, Calvina Kleina i Tommy’ego Hilfigera, przez gigantów pokroju Adidasa i Nike, po największe domy mody. I na Zachodzie każdy, kto w modzie siedzi, ma wy#ebane na wspomniane wyżej prymitywne hasełka o rzekomym upadku Zachodu.

Czy aby na pewno wszyscy? Nie! Jeden jedyny naród, tworzony przez nieugiętych Polaków, wciąż stawia opór “lewackim” najeźdźcom i uprzykrza życie legionom LGBT, stacjonującym w obozach. To dzielni polscy “streetwearowcy”, zawsze na straży tradycyjnej rodziny, sterowani przez “myśl” Korwin-Mikkego i innych “wybitnych” intelektualistów.

Yep, przerysowaliśmy. Pogląd na kwestie LGBT w Polsce zmienia się na lepsze. Pomimo wszędobylskiej narracji, pie#dolącej o upadku cywilizacji. Narracji, której chcąc nie chcąc, ulega część młodych, tworzących polską scenę buciarską. Stąd też pod premierą każdej możliwej parki, wychodzącej na Miesiąc Dumy, pojawiają się pełne hejtu komentarze.

Homoseksualizm to nic złego, a czyjaś orientacja to nie Wasza sprawa. Więcej – ogólne postulaty ruchu LGBT są jak najbardziej uzasadnione. Deal with it. Tak samo jak z tym, że moda zawsze była i będzie egalitarna, przeciwna dyskryminacji. Projektantów-gejów wymieniać tu nie będziemy, bo tych jest cała masa. Wspomnimy jedynie o (biseksualnym) Kleinie, którego bieliznę nosi zapewne niejeden polski, stritłerowy homofob.

Mamy nadzieję, że uda nam się tym tekstem choćby przybliżyć kogoś do zmiany poglądów. Poglądów i na modę i (przede wszystkim) palący problem dyskryminacji osób LGBT. W końcu fajnie byłoby dołożyć choćby najmniejszą cegiełkę do tego, by inni mogli poczuć się szczęśliwi i wyrażać siebie w stu procentach. A wszystkich normalnych, opierających się homofobicznym bzdurom, serdecznie pozdrawiamy.

fot. Nike, facebook.com/paradarownosci

Zostaw komentarz