Hip Hop,Wyróżnione,Wywiad

Ozzie Bypass: To po prostu brak granic [Wywiad]

Klementyna Szczuka -
Hip Hop,Wyróżnione,Wywiad - - Dodane przez Klementyna Szczuka

Ozzie Bypass: To po prostu brak granic [Wywiad]

26 października w Chłodnej 25 Ozzie zagrał swój pierwszy solowy koncert, na którym wystąpił z epką „Herbarium” – jak mówi, swoim najładniejszym rapowym materiałem. To właśnie też tam, tydzień później, umówiliśmy się, aby porozmawiać nie tylko o kolektywie Bypass, ale w ogóle o tym, jakimi prawami rządzi się współczesna sztuka.

Jak powstał Bypass?
Bypass to grupa ziomów z Raszyna, którzy po prostu chodzili ze sobą na wódę. W pewnym momencie okazało się, że każdy z nich coś robi, i że myślą w podobny sposób. Zaczęli do niej dołączać ludzie tacy jak ja, Oorbit, potem też Jordan, Migekk i dzisiaj jest to bardziej ruch, który próbujemy rozwijać.

Ilu jest was obecnie?
To są tajne dane. (śmiech) Ale mogę ujawnić, że jest tam Rasol, którego można było ostatnio zobaczyć na naszym koncercie w Hydrozagadce, jest Radecki, z którym w Berlinie zrobiłem „Faux Pas”, jest Oorbit, jestem ja i Kamil [Koza – przyp. red.].

Ty i Koza jesteście frontmanami?
Koza jest na pewno najbardziej znaną postacią, ale czy można mówić o frontmanach? Ja bym powiedział, że jak już, to jest nim Oorbit.

Jak to się stało, że poszliście w kierunku performance’u?
To w sumie rozwijało się samo. Pierwsze koncerty były takie, że pomiędzy kawałkami robiliśmy przerwy na wstawki, podczas których sobie gadaliśmy albo robiliśmy jakieś happeningowe rzeczy. Teraz jest bardziej tak, że to kawałki przerywają happening. (śmiech) Byłaś wcześniej na koncercie Bypass?

Nie, pierwszy raz właśnie na twoim. Wcześniej, wiadomo, przesłuchałam jedynie „Mystery Dungeon” Kozy.
Ja próbuję zrobić taki klimacik, a koncerty Bypass to po prostu brak granic. Może zdarzyć się tam dosłownie wszystko i nawet my nie jesteśmy w stanie tego przewidzieć. To czysta ekspresja. Staramy się wyróżniać wśród koncertów rapowych, o ile w ogóle to, co robimy można nazywać koncertami rapowymi. Wydaje mi się, że to, że działamy głównie w sferze hip-hopu, jest po prostu trochę narzucone.

Bo melorecytujecie? (śmiech)
Tak. To jest środek przekazu, który jest bardzo łatwo dostępny – bardzo łatwo można to robić i dotrzeć dzięki niemu do ludzi.

50 złotych za świadectwo szkolne to nie za niska cena?
Nie. (śmiech) Chociaż… Nie, myślę, że idealna, patrząc na oceny, jakie tam były.

Wiesz, prawdopodobnie kiedyś mógłbyś sprzedać je drożej.
To było tylko świadectwo z liceum, jeszcze mam parę innych. To był po prostu dowód na to, że ludzie chcą nas wspierać, zresztą na koncertach mamy dużo takich akcji – sprzedajemy jakieś koszulki hand-made albo rysunki. Tamten koncert to był akurat bazar, serio, tam po prostu sprzedawaliśmy wszystko, co się dało.

Dużo osób z zewnątrz przychodzi na wasze wydarzenia? Odniosłam wrażenie, że u ciebie byli przede wszystkim wasi znajomi.
Moje grono odbiorców jest bardziej zamknięte niż całej grupy i wydaje mi się, że ludzie, którzy mnie słuchają, tworzą po prostu taką małą społeczność. Wszyscy mniej więcej się też znają i są już bardziej wkręceni w Bypass. A jeśli chodzi o koncerty Kozy albo całej grupy – na nich pojawiają się bardzo różni ludzie. Kamil jest teraz tak naprawdę parę kroków przed mainstreamem. I fajnie, bo to oznacza, że będzie pojawiało się coraz więcej nowych osób, które w większości będą bardziej zaskoczone tym, co robimy. To będzie po prostu śmieszne i myślę, że dla nich na pewno też niezapomniane.

Nie czujecie się przez Kozę artystycznie zdominowani?
Każdy z nas idzie w trochę innym kierunku. Jeśli próbowałbym robić na przykład taki psycho-rap, to może byłby to jakiś konflikt. Ja idę jednak w stronę dużo spokojniejszej muzy, poza tym też w ogóle robię dużo projektów niezwiązanych z rapowaniem. Po prostu funkcjonujemy sobie obok siebie, w wielu przypadkach się też dopełniamy i to jest bardzo spoko, bo każda osoba z Bypass ma jakąś swoją przekminę i robi sobie coś swojego.

No właśnie, piszesz wiersze, malujesz, jeśli chodzi o muzykę – rapujesz, ale jesteś także producentem.
Staram się robić różne rzeczy. Jednak jak coś robię i zaczyna mi się to udawać, to nudzi mi się to po trzech sekundach. Prowadzi to do tego, że nigdy niczego nie kończę, tylko zaczynam milion rzeczy naraz.

W której z nich spełniasz się najbardziej?
Nie umiem odpowiedzieć. (śmiech) Jak akurat mam mood typu bycie rysownikiem, to rysuję i się w tym spełniam, a jak akurat mam mood typu robienie muzy, to się spełniam w robieniu muzy. Spoko jest to, że teraz możesz robić tysiąc rzeczy naraz i bardzo szybko osiągnąć w nich podstawowy poziom. Wykorzystywać w nich jakoś swoją wyobraźnię i pomysły.

Dlaczego postanowiłeś studiować reżyserię filmową?
To jest coś, co w pewnym sensie łączy mi wszystkie rzeczy w jedno. Pomyślałem, że jak pójdę na „filmówkę”, to będę zmuszony robić jedną rzecz i nie będę mógł za bardzo od tego odchodzić. Poza tym zawsze jakoś chciałem w ten film iść.

Za dziesięć lat widzisz siebie jako…
Wow, nie wiem. Mam nadzieję, że będę kręcił filmy eksperymentalne w Chile za jakiś kosmiczny hajs, który będę już wtedy miał. Po prostu liczę na to, że którąś z tych dziedzin uda mi się jakoś bardziej popchnąć, żeby robić też z tego jakąś kaskę. Póki co, staram się rozwijać w każdą możliwą stronę.

Kiedy zacząłeś nagrywać?
Pierwszy dłuższy materiał, „Wszyscy oprócz Tomka Kunickiego”, wydałem w 2017, to było pod koniec liceum. Ale jest jeszcze taki jeden mały albumik, który był nagrany dyktafonem. Nazywa się „Wypluj to EP” i ma jakieś 500 wyświetleń na YouTubie, jest na jakimś moim starym kanale i to jest pierwsza rzecz, którą wrzuciłem kiedykolwiek.

Wszyscy zaczęliście tworzyć w podobnym czasie?
Tak. U Rasola w Raszynie mieliśmy takie małe studio Bypass, bardzo prowizoryczne – nie mieliśmy statywu, więc mikrofon stał na ustawionych na sobie książkach. Podbijaliśmy do niego w weekendy i wtedy porobiły się różne mixtape’y. Wtedy Koza nagrywał też swoje pierwsze tracki. Miałem taki koncept, aby uzbierać sobie tam 10 czy 12 utworów i skleić je w mixtape. A tę epkę, którą nagrałem dyktafonem, zrobiłem po to, aby mieć jakiś wydany albumik jeszcze w czasach liceum.

Projekty rapowe wrzucasz jako Ozzie, a instrumentalne jako Tomasz Kunicki. Dlaczego je rozdzielasz?
Teraz może mnie to tak nie denerwuje, ale jednak mam takie podejście, że muzyka i rapowanie to dwie różne rzeczy. Jedno to jest bardziej fun, a drugie to jest już coś takiego, z czego rzeczywiście mogę być zadowolony. Może to już się trochę zmieniło, bo wydaje mi się, że też nabrałem w rapie pewności siebie i „Herbarium” na przykład to jest coś, pod czym w stu procentach się podpisuję. Niekoniecznie chciałbym oddzielać je od swojej innej twórczości.

Byłeś uprzedzony do rapu?
Nadal jestem. Nie chcę wchodzić w jakąś dyskusję o rapie, bo… (śmiech) To, że mam jakieś uprzedzenia, wynika z moich poglądów, ale nie są one szczególnie oświecone i niesamowite. Nie chcę też wyrażać jakichś skrajnych opinii, w stylu „je*ać rap”, bo oczywiście jest sporo rzeczy z rapu, które uważam za pełnoprawną sztukę, i które są robione naprawdę zajebiście. Biorąc jednak całość jako gatunek, szczególnie to, co powstaje teraz – to jest po prostu głupie i mi się nie podoba.

Co w takim razie jest dla ciebie w rapie istotne?
Własny język. W dzisiejszych czasach rozkminienie jak mechanicznie robić trap, jest naprawdę banalne. Do tego nie ma prawie żadnych ograniczeń jak pochodzenie czy prawilność, więc nauczenie się koszenia kaski w głównym nurcie jest bardzo kuszące. Nawet charyzma nie jest już taka jednoznaczna jak kiedyś i można ją rozkminić na 111 sposobów. Istotne jest więc to, czy chociaż próbujesz sobie tę muzykę przetworzyć na swój świat, czy tylko kalkulujesz, jak robić ją w mainstreamie, nic nie zmieniając.

Ani nie dodając nic od siebie.
Dokładnie. Prawdziwą wartością w rapie, zresztą jak w każdej sztuce, może być złożoność świata, który kreuje twórca. Im ten świat jest większy i prawdziwszy, tym bardziej pozwala nam uciec od absurdu codzienności i zatopić się w przeżyciach, czyichś wartościach – czymś, co chociaż też jest absurdem, to w jakiś sposób nam tę codzienność porządkuje. Ten świat może dostarczać tak silnych bodźców, że po prostu sobie w niego odpływamy. Przez pewien czas wiele polskiego rapu coś takiego mi dawało.

Których polskich artystów słuchałeś?
Lubię Rasów, oczywiście Bisza, Łonę. Lubię Laika – miałem taką fazę, że bardzo długo go słuchałem i w ogóle muszę powiedzieć, że jeden z najfajniejszych koncertów rapowych, na jakich byłem, to LaikIke1. To był taki brudny, hip-hopowy koncert i było zajebiście, naprawdę, to była pełna klimatówa hip-hopu w 2016 roku. Mes też jest spoko. Tylko to jest też tak, że wymieniam rapera, a potem sobie przypominam o wszystkich debilnych rzeczach, które robi. Ale okej, ma zajebistą muzę.

Pytanie, czy oddzielasz artystę od twórczości. Oddzielasz?
Nie, nie oddzielam. Artysta jest też swoją twórczością i to, na kogo się kreujesz, jest twoją sztuką. Musisz o to dbać.

Ale weźmy takiego Eminema i jego Slima Shady’ego. Możesz stworzyć sobie kreację, która będzie zupełnie kimś innym niż ty.
Oczywiście, że możesz. Kreowanie złej postaci jest jak najbardziej w porządku, bo przez to w pewnym sensie możesz się oczyścić. Większość takiej naprawdę zajebistej sztuki jest wylewaniem z siebie po prostu swoich brudów i to nie jest złe. Pytanie, co robisz sam. Śmiesznym przykładem jest Lynch, który osobiście jest mega milutkim człowiekiem, takim miłym dziadkiem, który każdego poklepie po plecach i do każdego się uśmiechnie, a jak oglądasz jego filmy, to sobie myślisz, że to popie*dolony człowiek, i że na pewno coś zaraz odje*ie.

Co cię najbardziej inspiruje, jeśli chodzi o rap?
Najwięcej czerpię z undergroundowej Ameryczki – moim guru jest Milo z kolektywu Ruby Yacht. Ciężko jest wymyślić coś nowego, więc uważam, że teraz jedną z najlepszych rzeczy, jakie możesz zrobić, to po prostu wje*ać w jedno dzieło jak najwięcej różnych inspiracji. Wszyscy najlepsi twórcy tak robią. Tak robi Milo, tak robi Cortázar, tak w swoich obrazach robi Basquiat. To tworzy ci też taki przewodnik po tym, co możesz poznawać, po tym, co jest ciekawe i chyba na tym teraz trochę polega ta postmodernistyczna sztuka, na którą oczywiście można ku*wić bardzo długo – tworzy świat, który możesz sobie po prostu zwiedzać. To jest strasznie fajne. My też staramy się mniej lub bardziej przystępnie robić coś, co otworzy ludziom drogę do innych twórców.

Jasne, z tym, że taki Milo, który posługuje się tyloma odniesieniami do literatury, niestety do wielu osób nie trafia.
Oczywiście. Musisz sobie na samym początku ustalić, czy chcesz mieć swoją niszę, czy chcesz się przebijać. Koza ją na przykład ma, ale udaje mu się także docierać do większej ilości osób i wciąż na luzie może sobie operować odniesieniami kulturowymi – wychodzi mu to zajebiście. Ja z kolei bardziej staram się zbudować sobie taką małą grupę, której będę moją twórczość przekazywał.

Zwróciłam uwagę na twoją epkę „Come On! Feel the Latchorzew”. To zaskakujące – z jednej strony Sufjan Stevens, z drugiej hip-hop.
(śmiech) No właśnie o to chodzi. Staram się robić takie projekty, które zaskoczą ludzi i sprawią, że się uśmiechną. Myślę, że każdy, kto zrozumiał to odniesienie, miał takie: „o ku*wa, jak to?” (śmiech) To jest fajne, że dzisiaj możemy sobie poeksperymentować w tym hip-hopie. Słuchałaś na przykład najnowszej płyty Jpegmafii?

Tak! Nawet mi się podobała, chociaż za takim eksperymentalnym hip-hopem specjalnie nie przepadam.
Fajne jest to, że teraz jest duży wysyp twórców, którzy rzygają konwencjonalnym trapem i rapem, i cały czas siedząc w tym gatunku, starają się popychać go w jakieś najdalsze granice. Myślę, że teraz będzie się to coraz bardziej rozwijało, pytanie tylko, w którą stronę to pójdzie. Ile dajesz jeszcze lat trapowi w Polsce albo w ogóle na świecie?

Kilka.
No właśnie. Do tej pory mieliśmy taką tendencję, że najpopularniejsza muzyka się upraszczała. Były gatunki, które wymagały jakiegoś przygotowania, umiejętności gry na instrumentach, a teraz takim raperem możesz zostać bez niczego. W Bypass mamy parę swoich opinii na ten temat. Mieliśmy taką rozkminę, czy rap nie pójdzie w ogóle w kierunku mem-rapu, co w sumie już się trochę dzieje, albo czy rap nie stanie się memem zupełnie oficjalnie.

Myślę, że raczej wyodrębniłby się taki styl, podgatunek. A jest jakiś album, który szczególnie na ciebie wpłynął?
„The Age of Adz” Sufjana Stevensa to moja topka albumów. Jest on inspirowany Royalem Robertsonem, który był schizofrenikiem, zaprojektował zresztą okładkę. Ten typ wkręcił sobie, że jest prorokiem z Kosmosu, zamykał się w domu i przez całe lata rysował. Cały dom obwieszony miał takimi komiksowymi rysunkami, uważał się za przybysza i mesjasza. Inspirującą dla mnie osobą jest też Jan Jelinek, który jest jednym z najlepszych producentów muzycznych na świecie. Robi takie mini techno i tworzy muzykę, która jest zupełnie oddzielnym światem. Możesz sobie w tym mieszkać, chodzić sobie po tym, latać i pływać. To jest taka muzyka, która bardziej leci sobie w tle i nadaje klimat. Miałem też taki okres, że sprawdzałem sobie wszystkie takie mu-corowe rzeczy – The Microphones, Mount Eerie. „A Crow Looked at Me” to jest coś, co czasem doprowadza mnie do łez.

Wróćmy jeszcze do twojego „Herbarium”. Czy ta płyta jest taka, jaką chciałeś, aby była?
„Herbarium” miało być płytą ładną. Rzeczy, które wcześniej wydawałem, były spoko, ale były takie bardziej for fun i takie, że „se rapowanko”. Najwięcej moich albumów rapowych wychodzi od tego, że słucham Milo i myślę: „dlaczego nie mam jeszcze tak zajebistego albumu jak on?”. Czasem też po prostu sobie coś oglądam i mam takie: „o ku*wa, muszę tego użyć na płycie”. Słucham sporo jazzu, więc mam tam jakąś bibliotekę sampli w głowie. Koncepty za to najczęściej związane są z jakimś miejscem albo konkretnym okresem w moim życiu. Zauważyłem, że dzieli się ono na bardzo różne od siebie epizody, które myślę, że warto jakoś zapisywać.

Dlatego dopiero po „Herbarium” zdecydowałeś się zagrać swój pierwszy solowy koncert?
Zaproponowała mi go akurat Chłodna, ale bardzo się cieszę, że wyszło to teraz. To jest pierwsza płyta, za którą stoję całym sobą i mogę grać ją z pełnym przekonaniem. Jest tam dużo osobistych odniesień – takich, które mnie poruszają, ale myślę, że to też jakoś przekłada się na słuchacza.

Masz jakieś bardziej oficjalne plany wydawnicze?
Będę wydawał teraz płytę w Audile Snow, takiej małej wytwórni i w ogóle będzie ona wydana na kartach SD. To będzie materiał, w który z całej muzy elektronicznej, jaką zrobiłem, włożyłem najwięcej pracy. Będzie też trochę inna niż to, co do tej pory robiłem. Zobaczymy, jak się przyjmie. Będziemy też jako Bypass robić dużo rzeczy z Teatrem Powszechnym, bo są tam bardzo fajni ludzie, którzy też są mega otwarci i dobrze się z nimi współpracuje. Niedługo odbędzie się tam koncert Migekka, prawdopodobnie w ogóle będziemy organizować tam koncerty muzy elektronicznej.

A jakiś twój oficjalny projekt rapowy?
Oficjalny nie. Od wydania „Herbarium” [14 sierpnia 2019 – przyp. red.] parę rzeczy w głowie mi się przewijało, zaczynałem coś tam sobie robić, ale niczego nie dociągnąłem do końca. Po prostu nie wystarczyło mi zajawki. Gdzieś z tyłu głowy siedzi mi jednak projekt, który prawdopodobnie będzie następną częścią „Herbarium” – myślę, że zrobię z tego trylogię. Ale nie wiem jeszcze kiedy, nie wiem jak. To są takie wstępne pomysły.

fot. materiały prasowe





Zostaw komentarz

Udostępnij
Hip Hop,News
Chcesz zjeść kolację z Peją? Jest na to szansa!

Przez lata swojej kariery Peja kreował stylówkę niepokornego bad boya. Choć w tekstach nie zawsze to wychodziło, a momentami nawet przeciwnie, Rychu ma wielkie serce, o czym postanowił nam przypomnieć. Wraz z poznańską aktorką, Katarzyną Bujakiewicz, ruszył z akcją i jednocześnie challengem, które mają na celu uzbieranie jak najwięcej pieniędzy dla chorego Alexa.

Chłopiec choruje na SMA, czyli rdzeniowy zanik mięśni. To choroba, której rozwój prowadzi do osłabienia, aż w końcu zaniku mięśni. Szansą na wyleczenie Alexa jest terapia genowa w Stanach Zjednoczonych, która jest jednak bardzo kosztowna. Należy zebrać 9 milionów złotych, by chłopiec mógł się jej poddać. Peja wraz z Katarzyną Bujakiewicz postanowili więc włączyć się w zbiórkę przez coś więcej, niż tylko wpłatę pieniędzy. Postanowili wylicytować możliwość zjedzenia z nimi kolacji oraz zachęcili, by inne popularne osoby również się do tego dołączyły, oferując swoje towarzystwo za datki. Tutaj możecie wziąć udział w licytacji.

Warto zaznaczyć, że akcja Peji nie jest ewenementem w polskim hip-hopie. Ostatnimi czasy raperzy coraz częściej uświadamiają sobie, jak wielką możliwość pomocy mają i w związku z tym z niej korzystają. Artyści często wrzucają na swoje media społecznościowe linki do zbiórek, a niektórzy angażują się nawet bardziej. Kukon obiecał, że wyśle koszulkę i płytę każdemu, kto przedstawi mu dowód wpłaty na rehabilitację Piotrka. O krok dalej poszedł jeszcze Kaz Bałagane, który dla chorej Wiktorii wydał specjalną płytę. Na albumie znalazły się luźne numery, które już latały po internecie, ale nie pojawiły się wcześniej na żadnej płycie rapera, chociażby “Jutro” czy “Jefe”. Dobrze jest widzieć raperów, którzy wolą sprezentować komuś lepsze życie, zamiast kolejnego, złotego łańcucha dla siebie.

Zostaw komentarz

Hip Hop,News
Kodak Black na 4 lata w więzieniu

Trudno o większego rozrabiakę w amerykańskiej rapgrze od Kodaka Blacka. Ten facet to ucieleśnienie kłopotów. Był już wielokrotnie aresztowany, głównie za nielegalne posiadanie broni i narkotyków, a teraz zagwarantował sobie niemalże czteroletnie wakacje, gdyż prawnik, Mohammed Gangat podał, że sąd skazał go na 46 miesięcy pozbawienia wolności. Co nabroił tym razem?

Wyrok jest spowodowany tym, że Kodak nakłamał w dokumentach, które wypełniał przy okazji kupowania broni w Miami. Raper miał nie przyznać się do tego, że był wcześniej karany. Nie było możliwości, by całkowicie uratować artystę od kary, a ten wyrok i tak należy rozpatrywać w kategorii sukcesu. Groziło mu bowiem nawet 10 lat pozbawienia wolności. Sam raper też raczej cieszy się, niż smuci, ponieważ wrzucił na Instagrama uśmiechniętą fotkę, w podpisie której daje fanom do zrozumienia, że to jeszcze nie koniec jego kariery.

Warto zaznaczyć, że to nie pierwszy pobyt Kodaka w więzieniu. Oprócz tego, że był wielokrotnie aresztowany, Kodak został w kwietniu zeszłego roku skazany na rok pozbawienia wolności. Za co? Policja zatrzymała go za nielegalne posiadanie broni i narkotyków, ale zrobiła to dlatego, że raper sam im się wystawił. Na Instagramie umieścił filmik, na którym wymachuje pistoletem w obecności swojego małego dziecka. To nie koniec jego “wygłupów”. Jack Brook z Miami Herald’s podał, że kilka tygodni temu, kiedy raper przebywał w areszcie, chwycił jednego ze strażników za jądra tak mocno, że ten musiał zostać później poddany operacji. Mało przypałów? Dla Kodaka nigdy. Raper ma jeszcze dwie inne sprawy w toku. Jedna dotyczy rzekomej napaści seksualnej z 2016 roku, o której pisało XXL Mag, a druga nielegalnego przewozu broni do Kanady. Odsiadka rapera może więc przedłużyć się o kolejne wyroki.

Z jednej strony szkoda nam Kodaka, bo to naprawdę dobry artysta, który przy zachowaniu jakiejkolwiek ogłady mógłby być teraz znacznie bardziej popularnym raperem, niż jest. Z drugiej, trudno bronić gościa, który konsekwentnie i świadomie popełnia coraz większe głupoty. Rozumiem, że “Tunnel Vision” to wielki hit, ale chyba czas wreszcie spojrzeć na pewne sprawy trochę szerzej i doroślej, Panie Kodak.

fot. kadr z klipu “Kodak Black – Roll In Peace (feat. XXXTentacion)”, YouTube.com/KodakBlack

Zostaw komentarz