Streetwear

Pary z kolekcji Nike i Off-White (prawie) na każdą kieszeń

Łukasz Orawiec -
Streetwear - - Dodane przez Łukasz Orawiec

Pary z kolekcji Nike i Off-White (prawie) na każdą kieszeń

Ranking najdroższych wydań z kolaboracji Virgila Abloha i Nike już za nami. I jak mogliście się przekonać – zdecydowanie nie jest tanio. Tym razem idziemy w drugą stronę – szukamy dziesięciu najtańszych par. Najtańszych, choć niekoniecznie tanich. Steali na poziomie 500 złotych raczej tu nie znajdziecie…

… choć tym razem większość (albo przynajmniej niektóre) kosztuje tyle, że wiele osób może sobie na nie pozwolić.

Zasady pozostają bez zmian. Posiłkujemy się cenami ze StockXw rozmiarze 9US (43 EU) i bierzemy pod uwagę tylko nieużywane pary. Topową dychę rozpoczniemy od najdroższego (spośród najtańszych) wydań, kończąc na wydaniu, za które na ten moment przyjdzie nam zapłacić najmniej. Gotowi? To jedziemy!

10. Air Max 90 ,,Black”

Ranking otwiera para, która zadebiutowała w dwóch kolorystykach w zeszłym tygodniu (o czym pisaliśmy tutaj). 90-tki w czarnej kolorystyce kupicie dziś za 575 dolarów (2200 zł).

9. Blazer Mid ,,Grim Reaper”

Podobnie jak przy Air Maxach 90, w przypadku tej kolorystyki także mieliśmy do czynienia z podwójną premierą, w ramach tzw. ,,Spooky Packu”. Drugiej wersji, All Hallow’s Eye, w rankingu nie znajdziecie. Za to czarne Blazery możecie kupić za 530 dolarów lub 2030 zł.

8. Air Max 90 ,,Desert”

To właśnie ta druga kolorystyka, o której pisaliśmy wyżej. Pustynną wersję AM90 dostaniecie za 525 dolarów, czyli okolice 2000 zł.

7. Air Force 1 Low ,,Volt”

Wśród najdroższych par znajdziecie trzy pary Force’ów. Wśród najtańszych – tylko jedną, w widocznej na zdjęciu wersji. Cenowo po środku znajduje się jeszcze czarna kolorystyka. Koszt ,,Voltów” na StockX na dzień dzisiejszy to 475 dolarów (1820 zł).

6. Mercurial Vapor 360

Mercuriale, czyli dawniej (nie jesteśmy pewni, jak to wygląda dziś 😉 ) marzenie każdego młodego chłopaka, grającego z kolegami w piłkę na osiedlu. Ciekawa para, choćby do postawienia na półkę. 470 dolarów lub 1800 zł.

5. Converse Chuck Taylor All Star 70s Hi

fot. Haven

Jedna z dwóch par Converse’ów, jakie ukazały się pod patronatem Off-White. 395 dolarów (1520 zł). Drugą wersję znajdziecie za to w rankingu najdroższych wydań, na siódmym miejscu.

4. Zoom Fly Mercurial ,,Black”

Typowo biegowa sylwetka, jedna z mniej popularnych w portfolio Virgila i Nike. 345 dolarów, czyli około 1330 zł.

3. Zoom Fly ,,Black/Silver”

Top 3 otwiera nam kolejny na liście model z dopiskiem ,,Zoom”. Za parę w stanie deadstock przyjdzie nam wyłożyć 338 dolarów (ok. 1300 zł).

2. Zoom Fly Mercurial ,,Orange”

Powtórka z miejsca czwartego, tym razem w pomarańczowej wersji. 272 dolary – okolice 1050 zł.

1. Zoom Fly ,,Tulip Pink”

Ostatecznie najtańsza (na ten moment) para z ,,The Ten”. Po części przeźroczysta cholewka z różowymi elementami, ostatecznie nie zjednała sobie zbyt wielu zwolenników. Resellerzy zarobili (i wciąż mogą) zarobić, choć o dużym przebiciu (porównywalnym z innymi wydaniami) można tu pomarzyć. Buty zadebiutowały na Nike SNKRS pod koniec listopada ubiegłego roku w cenie 170 dolarów. Dziś możemy je kupić za 250 dolarów, czyli około 960 zł.

I to tyle odnośnie aktualnych cen w ,,The Ten”. Różnica między najdroższym a najtańszym wydaniem z kolekcji robi wrażenie. Za cenę jednej pary Air Force 1 Low ,,White”, przygotowanej specjalnie na ComplexCon, która zajęła pierwsze miejsce w rankingu tych najdroższych, moglibyśmy kupić 21 par modelu z pierwszego miejsca dzisiejszego zestawienia. Dla głodnych kolejnych wydań – współpraca Virgila z Nike (jeszcze) się nie kończy. W zapowiedziach wciąż pozostaje kolejna kolorystyka Air Force 1 Low oraz inne wspólne projekty, o których będziemy Was informować na łamach portalu w ciągu najbliższych miesięcy.

Pozostając w temacie Nike – rzućcie okiem na nadchodzące Air Jordan 1 Low w kolorystyce ,,Black Toe”.

fot. Nike/Haven

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
„Gully Boy” – hinduski rap na dużym ekranie

Nie jestem miłośnikiem Bollywood. Nie znam nawet nikogo, kto lubiłby hinduskie kino. W życiu obejrzałem może trzy filmy wyprodukowane na Dalekim Wschodzie i delikatnie mówiąc, nie zostałem fanem tych produkcji. To może się szybko zmienić, bo swoją premierę miał właśnie Gully „Boy” – film o hinduskim rapie. Skąd u mnie ten kredyt zaufania?

Film zadebiutował 9 lutego na niemieckim festiwalu Berlinale i zebrał bardzo pozytywne recenzje. Jego akcja rozgrywa się w Bombaju, a dokładnie w dzielnicy Dharavi, która jest jednym z największych slumsów w całej Azji. Więcej o „mieście w mieście” dowiecie się tutaj.

Reżyserka, Zoya Akhtar, na pomysł nakręcenia filmu wpadła w 2014 roku, po tym, jak poznała twórczość rapera Naezy. To właśnie na losach jego oraz innego artysty – Divine – została oparta fabuła.

Naezy swoją karierę rozpoczął stosunkowo późno, bo dopiero 5 lat temu. Do muzycznego świata wbił się przebojem i szybko zyskał popularność. Jego pierwszy utwór „Aafat!”, który ma już prawie 5 000 000 wyświetleń, został w całości wyprodukowany na iPadzie. Później przyszedł czas na hitową kolaborację ze wspomnianym Divine, która zaowocowała „Mere Gully Mein”. Do utworu powstał również teledysk (dużo lepiej zrealizowany niż poprzedni). Nie rozumiem nic, ale wpada mi w ucho od samego początku.

Wpadło również reżyserce, która – co ciekawe – do tej pory gustowała w zupełnie innych klimatach. Jej wcześniejsze produkcje, tj. „Zindagi Na Milegi Dobara” czy „Dil Dhadakne Do”, opowiadały o życiu bogatych elit. Zoya Akhtar przez bardzo długi czas obserwowała raperów, śledziła muzyczne nowości i chodziła na koncerty, dopiero później przyszedł czas na rozmowę. „Zaiskrzyło” od razu. Historia Viviana Fernandesa i Naveda Shaikha była dla reżyserki wystarczającą inspiracją. Do współpracy zaprosiła doświadczonych aktorów. Na planie pojawili się min. Ranveer Singh i Alia Bhatt. To nazwiska, które dużo mówią w Bollywood. Promujący film singiel został opublikowany 13 stycznia i ma już ponad 50 000 000 wyświetleń.

O czym dokładnie jest film?

Reżyserka pokazała losy chłopaka o imieniu Murad, który marzy o tym, by zostać gwiazdą hip-hopu. W Dharavi mieszka ze swoją rodziną, której członkowie codziennie pracują, aby związać koniec z końcem. Ich głównym źródłem dochodu są brytyjscy i amerykańscy turyści, którzy do slumsów przyjeżdżają na wycieczki.

W tle rozgrywają się osobiste dramaty. Ojciec Murada przyprowadza do domu drugą żonę, a chłopak zaczyna parać się drobnymi kradzieżami. Oczywiście jest też wątek miłosny. Murad, z wzajemnością, od dzieciństwa zakochany jest w pięknej Safeenie, która pochodzi z bogatego domu i przeznaczona jest innemu mężczyźnie. W pewnym momencie na drodze chłopaka staje Sher (lokalna gwiazda rapu), który pokazuje mu rapowe podziemie, w którym toczą się freestylowe bitwy. Film swoją premierę w Indiach miał wczoraj, 14 lutego. Oni już wiedzą co wygrało. Miłość? Rodzina? Pasja? A może wszystko? Obyśmy niedługo mogli się o tym przekonać. To może być drugi „Slumdog”. 😉

Fot. Apna Time Aayega | Gully Boy | Ranveer Singh & Alia Bhatt | DIVINE | Dub Sharma | Zoya Akhtar / YouTube

Zostaw komentarz

Hip Hop,Wyróżnione,Wywiady
Moja opinia, to tylko słowo jakiegoś typa z internetu: Kstyk, spec od podziemia, w bardzo szczerej rozmowie

Rzadko udziela wywiadów. Do niedawna w internecie nawet nie pokazywał swojej twarzy. Nam opowiedział o tym, czym jest dla niego kanał, który wymyślił (Kstyk), kim jest on sam (Kstyk) i o przyszłych planach na wytwórnię (Kstyk?).

Mówisz o sobie: wyrosłem z undergroundowego podziemia. To właśnie je promujesz i z nim chcesz być utożsamiany. Ale masz 215 tys. subskrypcji, 72,5 mln wyświetleń, ponad 22 tysiące obserwujących na Facebooku. To nie jest podziemie. To jest mainstream. 
 Liczby – zwłaszcza jeśli chodzi o youtube – być może są z pogranicza. Ale muzyka, którą promuję, cały czas jest z podziemia. Nie chciałbym nazywać tego misją, ale utożsamiam się z nim i chciałbym, żeby artyści z niego wchodzili w mainstream.

A nie kusi cię, żeby wyjść z nimi? Mógłbyś. Masz pozycję, jesteś rozpoznawalny – załóżmy, że nawet tylko w środowisku undergroundowym, chociaż nie tylko w nim – to wystarczy. 
No tak. I właśnie od ponad roku wprowadzam pewne zmiany na kanale. Mają temu pomóc, aby coraz bardziej dawało się rozpoznawać kanał, raperów i mnie samego. Z tym też wiąże się zmiana strategii. Na początku bardzo dużo osób się przewijało przez kanał. Często to były nawet jednorazowe wrzutki. To ani danemu raperowi, ani mnie, czy też – szerzej patrząc – kanałowi nie pomagało. Dlatego też zakończyłem takie współprace jednorazowe i coraz bardziej dążę do tego, żeby kanał był kojarzony z – powiedzmy – dziesięcioma raperami.

Czyli idziesz w stronę – to może jeszcze za duże słowo – wytwórni. Konkretna współpraca, z konkretnymi ludźmi na konkretnych projektach…
Tak.

...nad którymi masz jakąś kontrolę.
I cały czas w tę stronę chcę iść. Tylko to jeszcze nie jest ten czas. Bo przecież nie mogę powiedzieć: od dzisiaj jestem wytwórnią. To wymaga zbudowania odpowiednich struktur, są potrzebni ludzie. Nie chodzi tylko o to, żeby wytłoczyć płyty, ale też żeby je sprzedać. Moi raperzy mogą sprzedać 100 czy 200, ale w mainstreamie to są dużo większe liczby.

Chcesz, żeby na płytach było nadrukowane „Kstyk”? Myślisz o sobie jako o marce?
To też jest problem, którego nie potrafię rozwiązać. Bo wiadomo – Kstyk to moja ksywa i od tego się zaczęło…

Nie będę o to pytać, bo to już było w kilku wywiadach.
…ale kanał też się nazywa Kstyk i … no właśnie… gdzieś to się tu miesza.

Rozdzielić i budować nowy brand, czy promować kanałem nowe przedsięwzięcie? Chcesz zostawić Kstyka tylko dla undergroundu, czy boisz się, że na rynku producenckim nie wyjdzie, więc fajnie mieć Kstyka tam, gdzie już się sprawdził?
Chcę rozdzielić moją osobę od kanału. Bo przez to, że to się nazywa tak samo, pojawił się pewien problem, zwłaszcza po tym, jak nastąpił wzrost kanału. Ludzie, którzy nie znali mnie wcześniej, zakładają, że jestem grupą. Piszą do mnie w liczbie mnogiej. Poza tym – ja też potrzebuję mieć coś dla siebie – kanał jest dla mnie obecnie priorytetem.

A jak chcesz ograniczyć liczbę raperów? Mówisz bardzo otwarcie, że wybory muzyczne na Kstyku są bardzo subiektywne. Tę szczęśliwą „10tkę” też wybierzesz według upodobań?
Raczej tak. Ważne jest dla mnie to, jaki mamy z raperem kontakt, jakie ma podejście do tego, co robimy, jak przyjmuje się ta jego muzyka w środowisku.

Odsłony, to ludzie. To, co się przyjmuje, czasami nie jest doceniane przez krytyków. Weźmy „Somę 0,5”.
Jest hitem.

A krytycy powiedzieli na nią: „OK”. Zachwytów nie było.
Hejtu też nie, bardzo mało. To największy obecnie projekt w polskim rapie. Oni przeskoczyli wszystkich. Wyprzedane największe hale w Polsce. Raperzy nawet na takich nie graja.

To jak to jest? Kto decyduje?
Rap stał się popem – w sensie popularności. Mój kanał w tym odnajduje niszę. Ale ta nisza też się przyjmuje dobrze – weźmy przykład Schaftera. Zaczął u mnie jako niszowy muzyk, a obecnie można mówić o wielkiej postaci na rapowej scenie.

Czujesz się ojcem chrzestnym jego sukcesu?
Poniekąd tak. Ale to Schafter zrobił wszystko wokół siebie: odpowiednie ciuchy, odpowiednio prowadzone socjale, odpowiednie widea, odpowiednie mixmaster, i tak dalej – zbudował swój świat. Ja tylko pomogłem w tym, żeby na początku miał większe grono odbiorców.

Nagłośniłeś go na kanale, czy mu doradzałeś?
Nie, tu nie. Próbowałem kiedyś być managerem raperów – współpracowałem z VBSem, ale nie sprawdzałem się w takiej roli. Moja wiedza i kompetencje w tym zakresie są niskie. Nie mam takich kontaktów, jakie mają managerowie raperów, którzy już siedzą ileś lat w branży.

A nie kusiło cię – skoro i tak wyciągasz tych nieznanych – żeby uczyć się z nimi?
Próbowałem różnych rzeczy i prowadzenie kanału, w przyszłości wytwórni – w tym się odnajduję. Może też producent wykonawczy – bardziej coś takiego.

To też niewdzięczna funkcja. Kiedy jest sukces, ciebie nie widać – jasne, jest podawane nazwisko, jeżeli gdzieś w ogóle, to właśnie w hip-hopie.
No właśnie. To jest taka praca zza kulis. I mnie się to podoba.

Chcesz być na backstage’u? Na Kstyku się nie ukrywasz. Ludzie wiedzą jak się nazywasz, widzą twoje zdjęcie.
To też się zmieniło w czasie. Przez dwa lata moja twarz była zasłaniana – ręką, czymś innym. Teraz już nie jest. Wizerunkowo jest dla mnie lepiej.

Odkryłeś, że socjale są potrzebne, żeby istnieć w branży?
Czasem mam ich dość. I np. fanpage na Facebooku oddałem komuś, kto to za mnie prowadzi. Tak samo Instagram. Socjale mnie zmęczyły. Nie mam problemu, że ktoś do mnie podbija czy coś, ale samo prowadzenie tego, ciągłe pokazywanie siebie i budowanie otoczki – zazwyczaj pozytywnej, bo w mediach społecznościowych obecnie wszyscy chcą być pozytywni – jest wymagające. A ja nie mam problemu z tym, żeby przez parę tygodni nie dodać instastory.

Siema. Znowu mam okazję współpracować z Ballin' i tej jesieni uderzają bardzo mocno. Koszulka, którą mam na sobie jest…

Kstyk 发布于 2018年10月27日周六

W socjalach to równoważne ze śmiercią. Ale ty masz też chyba inne grono odbiorców. To nie są ludzie, którzy przychodzą zobaczyć jak dzisiaj pijesz kawę, tylko ciekawi, co im powiesz, bo wiedzą, że powiesz coś na temat muzyki. Zwłaszcza, że deklarujesz: wiem wszystko lepiej niż wy na dwa lata do przodu. Właśnie – ludzie oczekują od ciebie bardziej informacji czy opinii?
To zależy, z której strony pytać. Nie wiem. Kiedy zaczynałem, wpływ kanału był marginalny, dużo bardziej pisałem wtedy o swoich odczuciach.

Bo ty od opinii nie uciekasz. Mówisz bardzo wyraźnie, co myślisz.
I bardzo prosto i krótko.

I też mówisz: mam do tego prawo, mam gdzieś, co ktoś myśli. Kończysz: nie jestem krytykiem. Nadal tak uważasz?
Krytyk musiałby w tych swoich opiniach posługiwać się dużo bardziej rozbudowanym językiem i musiałby dużo bardziej konstruktywnie wypowiadać się o numerach, czy płytach. Ja obrałem dość prosty styl, bezpośredni, z przekazem, który według mnie – nawet jeśli komuś napiszę “chujowy” czy “asłuchalny” – nie powinien nikogo razić, bo to jest tylko opinia jakiegoś tam typa z internetu.

Który ma największy w swojej działce kanał muzyczny w Polsce. I renomę.
Ale zanim ją zbudował, pisał komentarze pod klipami w necie. Jak można czuć się obrażonym słowem, kiedy ja nawet nie staram się powiedzieć, co ktoś robi źle? To jest moje zdanie. Nawet nie staram się go tłumaczyć. Po prostu coś mi się nie podoba i już. Nikt się z tym nie musi zgadzać.

A może ten ktoś ma w głowie, że ta twoja opinia jest poparta reaserchem, który za tobą stoi? Jesteś gościem, który przesłuchał mnóstwo kawałków. Mówi, że najwięcej. To nie jest opinia wyrwana z nikąd. Więc ona boli.
Jeśli przyjmiemy takie spojrzenie, to faktycznie może. Tylko ja też nie jestem osobą, która ma na coś monopol, więc dana osoba nie musi ze mną współpracować. Ale mam też raperów, którzy dwa lata temu pod kawałkami mieli: „słabe” i „chujowe” a dzisiaj ze mną współpracują, zrobili progres i mówią, że miałem rację i to było słabe wtedy.

A zdarzyło ci się, że kto miał pretensje o taką opinię?
Tak. Groźby pobicia, groźby spalenia domu – też była taka jedna – to jest dosyć ciekawe… To jest trochę za dużo. Jak można reagować w ten sposób na jakiś komentarz, np. „słaby”?

A „dzięki za krytykę”?
Też. Obecnie na fanpage’u dostaję około 10-30 wiadomości dziennie z numerami. Większość osób, nieważne co im odpiszę, dziękuje za opinię. Niektórzy chcą żeby im wyjaśnić, co dokładnie mi się podoba. Kiedyś wyjaśniałem, teraz już tego nie robię – czasowo jest to dla mnie niemożliwe.

No właśnie. Ile dziennie słuchasz muzyki?
Ostatnio trochę inaczej sobie ten czas rozdysponowuję. Zazwyczaj słucham kilkunastu utworów dziennie. Co jakiś czas robię większe sesje, takie po 50, 100, 200 kawałków. Miesięcznie wychodzi koło tysiąca – tysiąca dwustu.

Razy, powiedzmy, 3 minuty…
Ale nie trzeba słuchać do końca!

Czyli jak coś jest „chu**we”, to po prostu wyłączasz?
Przesuwam. Zaczynam od 20-30stej sekundy, bo zazwyczaj tam wchodzi wokal. Chcę zobaczyć to pierwsze wejście słów na bit. Jeżeli mi się nie podoba, to sobie przesuwam dalej, na refren albo drugą zwrotkę. Pierwsze spotkanie z utworem jest najważniejsze i ono już buduje opinię.

Albo miłość od pierwszego wejrzenia, albo wcale.
Pośrednie też są, ale dużo rzeczy obecnie jest bardzo średnich, miałkich, przeciętnych. I jest wysyp raperów podobnych np. do Zeamsone’a. I oni po prostu jadą: kopia kopii kopii.

Na zasadzie: to się sprawdziło, to wezmę to, bo musi zadziałać?
Nie wiem w sumie co kieruje tymi ludźmi. Na pewno też to, że im się to, co kopiują, po prostu podoba. Myślą, że może jak zrobią podobnie, to będzie spoko. Spoko jest, jak coś dodasz od siebie, mimo że bazujesz na jakimś stylu, jak słychać że to jest twoje. Ale jak robisz po prostu kalkę, to dla mnie to jest przeciętne i next.

Poziom spada?
Nie, rośnie.

To skąd „ostatnio” ten wysyp miałkości?
Teraz więcej tego powstaje. Zacząłem śledzić podziemie w 2012-13 roku, w 2014 zacząłem komentować. Wtedy tych rzeczy było po prostu mniej. Byłem w stanie robić taki research, że mogłem powiedzieć, że w podziemiu znam wszystkich. Teraz jest to niemożliwe. Jest tyle grup facebookowych o rapie. Coraz więcej dzieciaków chce być raperami, bo wydaje im się, że raper – zaraz po youtuberze – to zawód, który chcą wykonywać bo nie potrzeba za wiele. Żeby nagrywać muzykę, wystarczy jakiś free bit z internetu, mikrofon i sobie coś zrobią.

A to dobrze czy źle, że tyle osób próbuje?
Dobrze, bo teraz jak znajdzie się kogoś takiego, jak Schafter, to ta osoba natychmiast się wybija. Ale też źle, bo za dużo tego jest. No ale nie można zabronić nikomu robienia muzyki. To też jest jakaś sztuka. Nieważne, jak to brzmi. I jak ktoś chce siebie wyrażać, to bardzo proszę.

A ty nie chcesz? Pisywałeś teksty. No dobra, wspomnę o tym – od tego właśnie ten Kstyk.
Tak, tylko to moje pisanie tekstów miało miejsce zanim zacząłem opiniotwórczą działalność. Myślę, że kierowałem się zresztą podobnymi motywami, jak chłopaki, którzy teraz zaczynają, czy te dziewczyny, bo też jest trochę. To było takie młodzieńcze myślenie, że ma się coś ważnego do przekazania. Ale nie do końca tak jest, jak się ma te kilkanaście lat.

Ale zdarzyło mi się stanąć przed majkiem! Bo anonim – raper z mojego kanału i mój przyjaciel – co roku robi kilkudniową domówkę. I na każdej powstaje jeden numer – trochę po procentach, trochę tak o 4.00 – 5.00 w nocy. Wszyscy dobrze się bawią. Nagrywamy.

Ile jest tych kawałków?
Tylko dwa na razie.

To jeszcze tak z 9…
…I mixtape złożymy przez 10 lat.

Byłby niezły projekt artystyczny.
Wolałbym go nigdzie nie wypuszczać. W gronie znajomych to śmieszy, bo wszyscy znają sytuacje, do których się odnosimy. To jest dla nas pamiątka.

Nigdy nie pokazałeś nikomu swoich tekstów? Czy pokazałeś i usłyszałeś, że są złe?
Jak już zacząłem komentować i działać w tym środowisku, jeszcze gdzieś tam zdarzyło mi się coś napisać. Ale później uznałem, że to nie moja działka. Nie czuję, że mogę pójść z tym dalej i jak bym miał to nagrać, to musiałbym sobie napisać „chujowe”.

Czyli autocenzura.
Ale sam tekst też ciężko ocenić. Jak mi raperzy wysyłają, to czekam na całokształt. Quebo kiedyś nawinął :”Nie czytaj mojego tekstu, póki go nie nawinę”. I to jest motto, którym się kieruję.

A pomyliłeś się kiedyś? Za wcześnie kogoś oceniłeś?
Ja podchodzę osobno do każdego kawałka. Staram się ogóle nie przywiązywać do ksyw. Wolę sprawdzić numer, ocenić go – ewentualnie płytę – i o tym numerze rozmawiać. Na pewno się myliłem, bo nie doceniłem Szpaka zbyt szybko. Jego obecna muzyka mi się podoba. Ale wtedy mi się nie podobała i dalej podtrzymuję to zdanie, mimo że Szpaku bardzo wyleciał.

Też gust się zmienia – bardzo dużo zależy od własnego stanu psychicznego czy zmęczenia czy coś się spodoba czy też nie. To też wpływa na odbiór.

To jest trudne. Rozpatrujesz kawałki osobno, ale jednak przy każdym widzisz ksywę, jedne są ci bliższe, inne mniej. Oceniasz czasem bardziej surowo, tych, których nie lubisz albo łagodniej tych, których już polubiłeś?
Staram się tego nie robić, bo to by nie było dla mnie korzystne. Wiadomo, mam jakieś swoje przyzwyczajenia, od tego rapera nie było jeszcze złego kawałka, więc klikam z nastawieniem, że będzie spoko. Ale nie ma na moim kanale rapera, którego numeru nie odrzuciłem. Ja też tak bardzo dużo słucham, że mogę nie pamiętać, że oceniłem dany kawałek i potem patrzę tylko, że mój komentarz już jest – staram się przede wszystkim zapominać te kawałki, które źle oceniłem.

To też dyscyplina. Krytykowanie innych w ogóle jest trudne. Skąd ci się wziął pomysł?
Słuchałem bardzo dużo podziemia i brat namówił mnie, żebym coś z tym zrobił. Zacząłem komentować. I ten komentarz – jedno krótkie słowo ksywa, i zdjęcie – weszły do świadomości.

I nie chciałeś tego już potem zmieniać. Czy nie mogłeś?
Mi to odpowiada. To jest mój styl.

Powiedziałeś, że trafiają ci się w środowisku dziewczyny. Ile ich jest w podziemiu? Bo w mainstreamie jest ich mało w Polsce. Jest Wdowa, ale od jej debiutu minęło już parę lat. Lilu, Guova, teraz się trochę mówi o Dziarmie, ale to jest bardzo na pograniczu. Bardziej chyba się ją wymienia z potrzeby, żeby wśród raperów była jakaś dziewczyna.
W podziemiu trochę ich jest ale w porównaniu do tego, ilu jest chłopaków, można je pominąć.

To ilość. A jakość?
W samym podziemiu stricte to nie znam dobrej raperki. Na pograniczu podziemia i mainstreamu jest Ad.M.a, jest Guova.

A z czego, według ciebie, wynika ta dysproporcja płci?
Rap na początku był brudny, twardy.

Dziewczyny są twarde.
Poniekąd tak. Nie wiem, naprawdę.

A czego oczekują od ciebie początkujący raperzy?
Promocji, wsparcia, współpracy w przyjaznej atmosferze, rad, możliwości publikacji na moim kanale. Dużo z nich ubiega się o wejście na kanał. Miałem kontakty z podziemnymi raperami zanim jeszcze zacząłem prowadzić kanał bardziej systematycznie, bo miałem już na koncie projekt Aberracja. Już wtedy zaczęli się do mnie odzywać raperzy. Myślę, że można podzielić ich na dwie grupy: tych, których ja znalazłem i tych, którzy znaleźli mnie. Nie wiem jak to wygląda z proporcją. Od jakiegoś roku masa osób pisze z prośbą o dostanie się na kanał. Niedawno napisał np. Proseko i od razu zajarałem się jego muzą. A kogo znalazłem ostatnio? Chyba blanka.

Ustaliliśmy, że słuchanie zajmuje ci średnio 3000 minut miesięcznie. Do tego prowadzenie kanału, pisanie – nawet krótkie – szukanie, odpowiadanie na wiadomości, to jest kupa czasu.
To moja praca.

Normalny człowiek pracuje 8h z przerwą na lunch, 5 dni w tygodniu. A ty? Jak to wygląda?
Mam dni, gdzie pracuję 15 godzin, mam takie, kiedy pracuję parę.

Dni wolne?
Ciężko. Zawsze muszę być pod telefonem, zawsze musi być odpalony messenger, maile.

Jesteś uzależniony od własnego kanału.
Niestety. Z tym się to wiąże.

Oddałeś socjale. Mógłbyś część rzeczy przekazać. Nie ufasz, że ktoś zrobi to tak, jak ty?
Jest dużo rzeczy, których nikt inny nie może zrobić. Ja słucham tylko na chacie i wtedy robię tylko to, bo trudno przy okazji zajmować się czymś innym. Ta muzyka z mojej kolejki jest ciężka do słuchania. Tego nie może zrobić ktoś inny, bo ludzie chcą mojej opinii.

A robisz sobie limity – dzisiaj przesłucham 20 kawałków i ani jednego więcej?
Zdarza się, ale to już jak robię większe liczby: 100 czy 150 kawałków. Fajniejszych numerów słucha się dłużej, bo do końca. I od razu jest sprawdzenie, szukanie innych kawałków tego artysty.

I nagle, cyk, minęły 3 godziny.
Można dać się temu pochłonąć. Ostatnio trochę rzadziej mi się to zdarza, bo w kolejce mam aktualnie 700 utworów.

I ile czasu na to?
Miałem zamiar zrobić to w tym tygodniu [rozmawiamy we wtorek – red.], ale może być ciężko. Godzinowo, myślę, że to jakieś 11-12 godzin.

A ile to zbierałeś?
2-3 tygodnie. To też nie jest wszystko, bo niektóre rzeczy sprawdzam od razu.

Zaczęło się z pasji, z tego, że lubisz muzykę. A teraz mówimy o limitach, czaso-godzinach.
Pytasz, czy potrafię się tym cieszyć? Tak. Jeśli znajdę kogoś. Pomyśl, że sprawdzasz 300 kawałków, wszystko jest ok, ale nic więcej, albo słabe, średnie, te najgorsze, i nagle się trafia jakiś pan, który nawija tak dobrze, że od razu jest wow.

Czyli masz nadzieję?
Cały czas mam nadzieję, że znajdę kogoś nowego.

Więc jednak jest misja, mówiłeś, że nie ma.
Mhm. Pasja i misja. Sam pomysł kanału w ogóle nie był planowany. W styczniu 2015 jedna osoba, z którą pracowałem właśnie przy Aberracji odezwała się do mnie, czy nie chcę wrzucić jej utworu na kanał. Od tego numeru się zaczęło i szło sobie powoli. Później chciałem bardziej w to pójść, to zorganizowałem sobie podstawowe narzędzia. A misja…

to górnolotne słowo, mówię to półżartem.
No właśnie, dlatego chcę od tego słowa uciec.

Nie da się tego robić, jeśli tym żyjesz. Chyba, że są w tym takie super pieniądze?
Zaczęły się mniej więcej pół roku temu, z tym że to też nie są jakieś nie wiadomo jakie pieniądze. To są kwoty, z których w miarę da się przeżyć. Wcześniej – liceum studia – dzieliłem czas.

A studia…?
Rzuciłem. Nie zdałem.

Dla kanału?
Tak. Studiowałem optykę. Przygniotła mnie fizyka kwantowa i ciała stałego. Okazało się, że to nie dla mnie. Jeszcze jak szlifowałem soczewki i pryzmaty, było spoko, ale później mnie to nie jarało.

Czyli kanał: pasja, praca. W przyszłości wytwórnia. I producent wykonawczy. Coś jeszcze?
Coś tam dla Czwórki piszę. Czwórka na pewno uwiarygodniła mnie w moich działaniach.

A zostaje ci jeszcze czas dla siebie? „Dla siebie”, czyli nie na słuchanie muzyki, na życie.
A koncerty to praca? To chyba delegacja <śmiech>. Są jakieś seriale, książka, dziewczyna, filmy.

A myślisz, że Kstyk jako komentarze – za kilka lat będzie istniał?
Nie wiem. Myślę że w pewnym momencie będę chciał się od tego odciąć, bo w miarę, jak kanał będzie zyskiwał na popularności, będzie coraz więcej zapytań. A ja chciałbym się skupić tylko na raperach, którzy będą chcieli rozpocząć współpracę.

Powiedziałeś, że widzisz naśladowców raperów. A swoich własnych?
Poniekąd można by tak powiedzieć o jakiejś części komentatorów. Ale też nie uważam się za pierwowzór, bo byli ludzie, którzy od zawsze komentowali. Moj kanał jest może bardziej widoczny – nie ma drugiego w Polsce o takim zasięgu. Ja nie czuję rywalizacji, bo mój kanał odskoczył daleko od reszty.

Czyli po prostu czujesz się lepszy. Najlepszy.
Największy. Jeśli chodzi o miejsca, gdzie podziemny raper może pójść, jeśli nie do wytwórni.

Pójdzie do Kstyka. To łechce próżność, nie powiesz, że to nie jest fajne.
Pracowałem na to, żeby teraz tak mówić.

A były jakieś słowa, które zabolały ciebie?
Raczej nie. Jedynie zauważyłem, że przez ten slogan „Kstyk, ty kurwo” trudniej jest mi nawiązać współprace z markami.

Miałeś w tym swój udział.
Znajomy rozpoczął tę akcję. Stwierdziłem – spoko, ludzie prędzej czy później się zdenerwują, bo oceniam ich muzykę, oceniam muzykę ich idoli, i tak czy inaczej będą potrzebować czegoś, żeby negatywnie o mnie mówić. Więc jak już mój kumpel wymyślił ten slogan, poszło.

I żałujesz dzisiaj?

Nie. Bo mimo, że to ma wydźwięk negatywny, wiem skąd się wywodzi i też sporo mi dało. Ale te marki są tego konsekwencją, tak obstawiam.

Miałeś rozmowy o współprace, które nie wyszły?
Nie. Bardziej chodzi mi o to, że mało ich dostaję.

A kogo byś chciał?
Jakieś fajne polskie marki odzieżowe. Ekran końcowy. Nie to, że „muszę”, ale byłoby fajnie.

A masz jakieś marzenia muzyczne jeszcze poza wytwórnią?
Żyć z tego.

To powoli się spełnia.
Ale żyć z tego, za 30 lat. Bo ja czuję, że to, co jest teraz, minie i będzie jakąś tam przygodą w życiu, a chciałbym z tego zbudować swoją przyszłość.

To za ile ta wytwórnia?
No właśnie, to jest pytanie, na które nie potrafię w sumie odpowiedzieć, a dużo osób pyta. Jak najszybciej, ale i z jak najlepszym przygotowaniem.

I jak szybko wymyślisz nazwę. A jeśli nie Kstyk, to co?
Może jakiś dopisek do tego? „Kstyk Label”, „Kstyk Records”, standardowo?

Może: „Kstyk, ty k**wo”?
Może? Tylko koszulek wtedy nie będzie można zrobić.

fot. Aleksandra Biernacka

Zostaw komentarz