Felieton,Hip Hop,Ranking

Polskie płyty hiphopowe, które sprzedały się najlepiej [Infografika]

Damian Kaźmierczak -
Felieton,Hip Hop,Ranking - - Dodane przez Damian Kaźmierczak

Polskie płyty hiphopowe, które sprzedały się najlepiej [Infografika]

Tydzień temu na łamach naszego portalu mogliście przeczytać o albumach, których wartości po czasie osiągały niebotyczne ceny. Dziś przyjrzymy się polskim rapowym płytom, których sprzedaż wykręciła rekordowe liczby.

Pierwsze miejsce na liście nie będzie zapewne dla Was wielkim zaskoczeniem. Na nim melduje się kielecki scyzoryk – Liroy. Ponad 500 tysięcy sprzedanych egzemplarzy debiutu Liroya było znakomitym wynikiem. Ba! dziś taki rezultat jest praktycznie niemożliwie do osiągnięcia. Nie oszukujmy się, pewnie z połowa nabywców „Alboomu” zakupiła płytę Scyzoryka wyłącznie z ciekawości. Kielczanin swoją wulgarnością wzbudzał kontrowersje i każdy chciał sprawdzić, o czym ten demoralizujący gość mówi. Na fali bycia najpopularniejszym raperem w Polsce, Liroy sprzedał jeszcze kilka następnych płyt w „przyzwoitych” granicach (około 100 tysięcy).

O tym, jak w latach dziewięćdziesiątych wyglądały relacje na linii wytwórnie – raperzy, pisałem szerzej w tym artykule. Pokrótce, po sukcesie debiutu Liroya, labele pragnęły powtórzyć wyczyn „Alboomu” i szukały jego „następców”, licząc na podobne zyski. Naśladowców Piotra Marca zbyt wielu ostatecznie nie odkryto, w głowie tli mi się tylko jedna ksywka – Karramba. Zamiast nowych „young” Marców, w tamtym okresie rekordowe sprzedaże zaliczyły dwa oryginalne składy – Kaliber 44 i Nagły Atak Spawacza. Szczególnie wyniki tej drugiej grupy z perspektywy czasu wyglądają absurdalnie. Wyobrażacie sobie, żeby dziś takie kawałki jak „Anty liroy” lub „Pedau Roman” wyprzedawały nakłada 100 tysięcy? Ja też nie. Jednak takie to były czasy, taki „dziki zachód” polskiego hip hopu. Jedno trzeba obu składom oddać, w swojej twórczości były bardzo wyraziste (choć w zupełnie odrębny sposób), co przełożyło się na spore zainteresowanie młodych fanów. Z drugiej strony, wtedy konkurencji na rynku zbyt wielkiej nie było i słuchacze spragnieni hip hopu w rodzimym języku, kupowali to, co było.

Wraz z nadejściem nowego tysiąclecia osiągnięcie ponad 100 tysięcy sprzedanych egzemplarzy zarezerwowane było już tylko dla najpopularniejszych artystów. Wśród raperów takim sukcesem mógł się poszczycić tylko Peja i jego wydawnictwo „Na Legalu”. W przypadku tego krążka mieliśmy jednak sytuacje analogiczną do historii „Alboomu”. Wśród Peji wytworzył się wielki hajp związany z jego udziałem w dokumencie „Blokersi”. Raper po latach przyznawał, że początkowe wyniki sprzedaży nie zapowiadały sukcesu, liczył raczej na standardową ilość 10-20 tysięcy sprzedanych albumów. Jednak dzięki popularności „Blokersów” i singlowi „Głucha noc”, duża część Polski oszalała na punkcie rapu Poznaniaka. Podobnie jak Liroy, Peja uchodził wtedy za postać mocno kontrowersyjną i trudną do jednoznacznej oceny.

Jednak Peja, w przeciwieństwie do Liroya, swoją popularność przekuł na kilka dekad. Prawie wszystkie wydawnictwa Ryszarda uzyskiwały status przynajmniej złotej płyty. Jednak sukcesu sprzedażowego „Na legalu” (jak dotąd) nie udało mu się powtórzyć. Może uda się z „G.O.A.T”? Zobaczymy.

„Na legalu” miało swoją premierę w roku 2001 roku. Było to wydawnictwo wyjątkowe w momencie, gdy płyty rapowe sprzedawały się w Polsce w coraz bardziej żenującym nakładzie. Rynek doszedł do takiego momentu, że ze 100 tysięcy sprzedanych płyt potrzebnych do otrzymania złotej płyty, zeszliśmy do 15 tysięcy egzemplarzy, które i tak mało który raper uzyskiwał. Pamiętacie wielki hit Sokoła i Pono „W aucie”? Milionowe wyświetlenia kawałka, przecież prawie każdy nucił ten refren – tymczasem duet sprzedał ledwie 20 tysięcy egzemplarzy krążka „Tylko Pieniądz W Cenie”.

Oprócz wyżej wspomnianego Peji było kilku innych graczy, którzy przez lata na scenie osiągali przyzwoitą sprzedaż. Na pierwszym miejscu na pewno trzeba wymienić Ostrego, który zresztą sam komentował przekształcenia na rynku fonograficznym rapując „Złota płyta po 15 tysiąca/wyróżnienie jak pracownik miesiąca„. To właśnie O.S.T.R. już w obecnie trwającej dekadzie dotarł do „magicznej” granicy 100 tysięcy sprzedanych egzemplarzy. Na początku lat dziewięćdziesiątych 100 tysięcy dawało tylko złoto, dekadę później już platynę, a w 2016 zapewniało również status platyny, tyle że już potrójnej.

Obecnie jest szansa, że rodzimi raperzy nawiążą do sukcesów hiphopowców z lat dziewięćdziesiątych. Społeczeństwo się bogaci, istnieje coraz większa świadomość wspierania raperów poprzez słuchaczy (kupujcie polskie rap płyty!), a przede wszystko rodzimi hiphopowcy stali się gwiazdami z nagłówków gazet i portali.

Przykładem jest współpraca Quebonafide i Taco Hemingwaya. Jako Taconafide odnieśli taki sukces, który spokojnie można porównywać z osiągnięciami Liroya. Ich album sprzedał się w ilości „zaledwie” ponad 90 tysięcy egzemplarzy, ale na dzisiejsze czasy to jest rewelacyjny wynik. Żeby pobić wynik Liroya, ktoś musiałby stworzyć album, który miałby taką promocję, że trafiłby do grona zarówno dzieciaków z podstawówki, jak i do rapowych emerytów.

Podsumowując, co trzeba zrobić, żeby sprzedać przynajmniej 100 tysięcy płyt w Polsce? Według mnie drogi są dwie – trzeba być osobą kontrowersyjną, lub przez lata budować silną bazę wiernych fanów, która z czasem będzie tylko się powiększać.

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
Cringe tygodnia vol. 11: Diho jak Too $hort

Siemanko, sportowe świry! Spośród singli, które wyszły w minionym tygodniu, wybieramy najdziwniejszy/najbardziej facepalmowy/zasługujący na uśmiech pełen żenady.

Felieton,Hip Hop
Jak gej (?) dostał bana na koncerty za… homofobię

Ta historia ma swój początek w sierpniu 2015 roku. To wtedy poprzez Twittera, raper Tyler The Creator poinformował swoich fanów o tym, że ze względu na „pewne okoliczności” nie zagra planowanych koncertów w Leeds, Belfaście oraz pozostałych miastach na mapie UK. Raper napisał również, że nie ma wpływu na tę decyzję i nie zwykł odwoływać swoich koncertów.