Hip Hop,Wywiad

Porozmawialiśmy z SOSO, składem, który musiał zmienić nazwę przez label Taco Hemingwaya

Klementyna Szczuka -
SOSO wywiad
SOSO wywiad
Hip Hop,Wywiad - - Dodane przez Klementyna Szczuka

Porozmawialiśmy z SOSO, składem, który musiał zmienić nazwę przez label Taco Hemingwaya

Lil Doppin, Biegan, Kaczy, Majlo i Lil Gabin nagrywają razem już od kilku lat, ale to teraz – w 2020 roku – zaczyna się o nich mówić. Właśnie dołączyli do akcji chillwagon challenge, a pod swoimi singlami mają już po kilkaset tysięcy wyświetleń.

Z chłopakami z SOSO umówiłam się 13 sierpnia przed ich koncertem w warszawskiej Iskrze. Jeśli wtedy Was tam nie było, koniecznie musicie zobaczyć ich na żywo następnym razem. To grupa, która może nieźle namieszać w obecnej dekadzie!

Jak według was powinien brzmieć rap w 2020 roku?
Tak jak nasz! (śmiech) Tak jak SOSO.

Czym różnicie się od innych składów hip-hopowych?
Wydaje nam się, że inne grupy są jakimś zlepkiem. My się znamy prawie od zawsze, a jeśli nie, to jesteśmy dla siebie jak rodzina. Przede wszystkim jest między nami lojalność, braterstwo.
Lil Doppin:  Kaczego znam 7 lat, Gabina znam 3 lata. Ratowali mi życie w takich sytuacjach, w których bym już przymierał głodem.

Jak się poznaliście?
Lil Doppin: W harcerstwie Kaczego poznałem, wyobraź sobie!
Każdy poznał każdego w innym czasie, ale na pewno od dawna się kojarzył. Znaliśmy się już jakiś czas, bo w większości jesteśmy z Legionowa. Tylko Biegan jest z Bielan, z Warszawy.

Jak dzielicie się pracą w grupie?
Ogólnie Lil Doppin to szefu i robi najwięcej. Trzeba przyznać, ogarnia za nas wszystko. Ale jak przychodzi na przykład do robienia klipu, to zaangażowanie rozkłada się w miarę równomiernie. Każdy daje jakieś pomysły, a później je przegłosowujemy.

Często się spieracie?
Średnio co 15 minut. (śmiech) Ale to nie są spiny, które się sobie wytyka. To jest po prostu agresywna wymiana zdań; to takie kłótnie przyjacielskie, braterskie. One są potrzebne do rozładowania atmosfery. Lepiej się powyzywać, powiedzieć tę prawdę od razu w twarz, niż kryć i potem nagle po paru miesiącach powiedzieć, że coś nam nie pasowało.

Dlaczego SOSO towarzyszy akurat kosmiczny motyw?
To już się ciągnie za nami od czterech lat. Wcześniej była grupa Palermo 2020, która właśnie cechowała się takim kosmicznym stylem. Po prostu obraliśmy taką tematykę i tak już zostało. I nie jest to żadna podje*a od Gedza. Jakby ktoś chciał się przy*ierdolić, to my byliśmy już wcześniej.

Nie baliście się, że nazwa 2020 będzie zbyt mało oryginalna?
Ona też była od dawna. Miała przypieczętować to, że w tym roku będziemy osiągać, co osiągamy małymi krokami. A może już coraz większymi – rozpędzamy się! 2020 to jest rok, w którym będziemy w topie. Kminiliśmy jednak już dawno, żeby ją zmienić, bo obcinało nam zasięgi na YouTubie przez jakieś Hity Eska 2020.

Jak zareagowaliście, gdy okazało się, że label Taco Hemingwaya będzie nazywał się tak samo?
Już wcześniej dostaliśmy informację, że coś takiego będzie miało miejsce, ale w ogóle nie przyjmowaliśmy do wiadomości tego, że możemy robić rebranding tak szybko – mieliśmy zrobić to w 2021. Na początku zareagowaliśmy więc agresją, ale później ze spokojem zaczęliśmy rozważać nową nazwę i zachowaliśmy się odpowiedzialnie. Ostatecznie wyszliśmy z tego obronną ręką na plus i jesteśmy bardziej rozpoznawalni.

Dobrze przyjmowane single, udział w chillwagon challenge – na razie radzicie sobie świetnie. Skąd w was tak silne przekonanie, że osiągniecie sukces?
Mamy świadomość własnych umiejętności. Poza tym ze względu na emocje, jakie przekazujemy i na zaparcie też. Wydaje nam się, że gdybyśmy w to nie wierzyli, to po prostu to nie miałoby sensu. I by nie wyszło. Wierz w coś tak, jakbyś już to dostał. Musisz tak pracować, aby to osiągnąć.

Pandemia bardzo pokrzyżowała wam plany?
Tak… Rozkręciliśmy się już na początku tego roku. Mieliśmy grać support przed koncertem Malika Montany w Inowrocławiu i dwa dni przed dostaliśmy informację, że niestety wydarzenie się nie odbędzie. A koncerty akurat mieliśmy tak fajnie poustawianie co dwa tygodnie, trzy. Przez pandemię była też dłuższa przerwa na kanale. Prace nad klipem do „Signal” się przedłużały, do tego mieliśmy kupione bilety do Norwegii, żeby kręcić teledysk do „JLo”. Wszystko stanęło.

Nie wyciągnęliście z tej kwarantanny żadnych pozytywów?
Rozleniwiliśmy się, ale jednocześnie przemyśleliśmy, że trzeba działać. Dużo pomysłów wpadło, chociażby ten z chillwagonem. Generalnie długo się za to zabieraliśmy. Projektów było początkowo ze cztery, pięć, aż w końcu tydzień przed zakończeniem akcji stwierdziliśmy, że to robimy. Dzień przed oficjalną datą publikacji Lil Doppin nagrywał jeszcze ostatnie elementy swojej zwrotki. Także dość na spontanie to wyszło, ale dobrze, bo usiedliśmy w końcu razem i to zrobiliśmy.

Jakie macie plany na najbliższy czas?
Chcemy wypuścić parę singli i zobaczyć, jak się przyjmą. Jeśli bardzo dobrze, to zaczniemy prace nad albumem. Te były już dużo wcześniej, ale w końcu nic z nich nie wychodziło – z „Via Del Latte” też dawno zrezygnowaliśmy. Jesteśmy po prostu coraz lepsi i czekamy na odpowiedni moment, aby zająć pierwsze miejsce na OLiS-ie. Jak mamy wstrzelić się z debiutem na scenę, to z czymś takim, co usłyszy cała Polska, a nie tylko garstka z podziemia.

Chcielibyście w przyszłości być jednocześnie labelem?
Oczywiście, że tak. Chyba każdy raper o tym marzy. Pewnie z miarą rozgłosu się to stanie, na pewno coś w tym kierunku będziemy robili. Dużo osób w naszym środowisku zajmuje się muzyką i w sumie fajnie byłoby kogoś wziąć pod swoje skrzydła, ale tym momencie jest to bez sensu.

Macie jakiś wymarzony feat?
Kabe, Żabson… Travis Scott! Kizo jest spoko i by pasował do naszego klimatu. Reto… A i Białas. Dobra, SOSO x chillwagon po prostu i roz*ierdalamy Polskę!

fot. Maks Wójcik

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
To oni robią zdjęcia Twoim ulubionym raperom. Oto 5 fotografów, których musicie obserwować

Artyści dbają o wizerunek, zwłaszcza w social mediach. Mogłem sobie darować ten banał, ale jest to tak oczywiste, że zdarza nam się o tym zapomnieć. Przyjrzymy się dzisiaj tym cichym bohaterom, których praca często bywa pomijana. Oto pięciu fotografów waszych ulubionych raperów, których koniecznie musicie obserwować!

Kasia Mikołowicz (dscll)

Regularnie goszczą u niej chociażby Schafter, Żabson, Taco Hemingway, czy Otsochodzi. Jej prace wyglądają jak lookbook sprzed kilku dekad. Mógłbym powiedzieć, że mają ten vibe, który przypomina nam młodość naszych rodziców, ale to nie o to chodzi. W zdjęciach Kasi Mikołowicz nie ma pośpiechu. Wyglądają tak, jakby ci wszyscy, nieuchwytni bohaterowie mogli wreszcie na moment się zatrzymać. Wy też się przy nich zatrzymacie.

View this post on Instagram

🦋🦋🦋🦋🦋🦋🦋

A post shared by Kasia Mikołowicz (@dscll) on

Paweł Fabjański

Wystarczy powiedzieć tyle, że to człowiek odpowiedzialny, za okładki „Somy” i „Pocztówki z WWA”. Czyli chyba jedyne poza „Jarmarkiem” i „Europą” okładki, na których Taco Hemingway pojawia się osobiście, a nie pod osłoną zamaszystych pociągnięć pędzla. Poza Szcześniakiem, swoją okładkę powierzył mu również Wojtek Sokół.

Piotr Pytel (89’)

Podobały Wam się ostatnie zdjęcia z Instagrama Maty? No właśnie. Są one esencją koncertowego szału. Naturalizm. Ślady markera na skórze i krwi na zębach. Osiemdziewięć podchodzi tak blisko, jak tylko trzeba. A czasami nawet bliżej. Wszystko to po to, żebyście Wy też mogli się tak poczuć.

View this post on Instagram

zduny wracają na trasę

A post shared by 89’ (@osiemdziewiec) on

Daniel Krakowiak

Koncerty, trofea, „ruchy”. Krakowiak łapie raperów w akcji. Przechodzących z miejsca w miejsce, cieszących się z kolejnej (wstaw kolor) płyty. Albo skupionych przed kolejnym występem. Podglądanie raperów za kulisami to chyba to, czego najbardziej z tego wszystkiego możemy mu zazdrościć.

Wojtek Koziara

Ciężko napisać coś odkrywczego o zdjęciach człowieka, który z Quebonafide zwiedził chyba cały świat. U Koziary pojawiają się wszyscy. Polscy raperzy? Proszę bardzo. Tuż obok nich również ci zagraniczni. Sfera Ebbasta, Jaden Smith, Post Malone, G-Eazy i Travis Scott. Mało kto może się pochwalić tak bogatym portfolio. A wszystko to przeplatane niesamowitymi portretami ludzi, których Koziara spotykał podczas podróży m.in. po RPA, Japonii, USA i Meksyku, które wcale nie są mniej zjawiskowe, niż zdjęcia gwiazd światowego formatu.

fot. osiemdziewiec

Zostaw komentarz

Hip Hop,Ranking
Nie było ich w Młodych Wilkach, a i tak osiągnęli wielki sukces

Kilka dni temu pisałem o amerykańskich raperach, którzy nie znaleźli się w prestiżowym zestawieniu XXL Freshmen w żadnym roku, a mimo to osiągnęli gigantyczny sukces i dziś są gwiazdami światowego formatu. Jak się okazuje, w Polsce raperzy, którzy nigdy nie byli w Młodych Wilkach, obecnie trzęsą całą sceną.

Jasne, na przestrzeni edycji mieliśmy wielu artystów, którzy aktualnie mają już na koncie kilka, a w niektórych wypadkach nawet kilkanaście platynowych płyt. W pierwszym zestawieniu był przecież Białas, później pojawił się KęKę, a w następnych sezonach mieliśmy chociażby Bedoesa czy Tymka. Kto więc uchował się przed Młodymi Wilkami, a jego muzyczne osiągnięcia również imponują? Sami zobaczcie.

Quebonafide

No przecież. Najpopularniejszy obecnie polski raper w żadnej edycji Młodych Wilków się nie znalazł, a i tak zagwarantował sobie wielki hype. W zasadzie to dosłownie, bo choć pewne grono poznało się na jego niebagatelnych umiejętnościach już przy okazji „Eklektyki” i „Płyty Roku”, to dopiero singiel „Hype” dotarł do szerszej publiczności i w większości ją sobie zaskarbił. Później Que już tylko ją poszerzał robiąc kolejne hity i łamiąc stereotypy. „Mnie żaden z labeli nie wyniósł”, tak samo jak Młode Wilki.

Taco Hemingway

No przecież. Drugi najpopularniejszy obecnie raper w Polsce i dobry przyjaciel tego pierwszego również nie zawdzięcza swojej popularności dodatkowym akcjom. „Trójkąt Warszawski” poprawiony kilka miesięcy później „Umową o dzieło” – to jego recepta na sukces. Fifi dotatkowo owiał się jeszcze sporą dozą tajemniczości, co tylko przyciągało fanów, bo ci siłą rzeczy musieli być przekonani tylko przez jego muzykę. Ta przekonywała, choć na początku była naprawdę prosta. Bit i tekst wystarczyły, ale dlatego, że absolutnie nie były byle jakie.

Szpaku

Można śmiało rzec, że Szpaku miał start jak z bajki i nie będzie w tym ani odrobiny kłamstewka, bo to właśnie „Bajka” zagwarantowała mu wielką popularność. Sporo osób się zachwyciło, znalazło się też oczywiście grono, które pogroziło palcem z powodu łączenia ulicznej nawijki z modulowanym wtyczkami głosem, ale sprawdzali wszyscy, bo w tamtym momencie raper z Morąga był czymś niezwykle świeżym. Młode Wilki do sukcesu nie były wręcz potrzebne, wystarczył ciekawy patent oparty na autentyczności i gotowe.

Malik Montana

Nie oszukujmy się, nikt nawet nie jest w stanie wyobrazić sobie Malika w Młodych Wilkach. Uliczny biznesmen i człowiek który „zna ludzi”, po prostu nie pasowałby do grupy ambitnych chłopaków z trzepaka. Wyglądałby raczej jak szef ich wytwórni. Taka postawa, okraszona konsekwentną, ciężką pracą i absolutnie bezprecedensową liryką zapewniła mu szybki wjazd na szczyt polskiego rapu, który w tym momencie już mu nawet nie wystarcza, bo zabiera się za podbój Europy.

fot. kadr z klipu „Quebonafide – Hype (prod. Chris Carson)”, YouTube.com/QueQuality

Zostaw komentarz