Hip Hop,News

Quebonafide współwłaścicielem baru w Warszawie! Kojarzycie Mr OH?

Kajetan Szewczyk -
Hip Hop,News - - Dodane przez Kajetan Szewczyk

Quebonafide współwłaścicielem baru w Warszawie! Kojarzycie Mr OH?

Say hello to Mr. OH! Quebonafide… tzn. pan Kuba Grabowski, pojawił się w piątek na otwarciu baru Mr. OH. Jak się okazuje, jest jego współwłaścicielem! Trzeba przyznać, że rozmach jest, bo miejscówka jest strzałem w dziesiątkę – niech podniesie rękę w górę każdy, kto ze schodków nad Wisłą chodził do „U Romana” czy innych przybytków, kiedy np. zaczął padać deszcz. Jesteśmy pewni, że Mr. OH będzie mocno obleganym miejscem.

تم النشر بواسطة ‏‎QueQuality‎‏ في الثلاثاء، ٥ نوفمبر ٢٠١٩

A jak doszliśmy do tego, że pan Kuba Grabowski maczał swoje palce w tej inwestycji? Z pomocą przyszedł Internetowy Monitor Sądowy i Gospodarczy (tak, istnieje coś takiego), w którym możemy przeczytać, że Quebo wniósł do spółki We Run Warsaw 200 tysięcy złotych, co czyni go najbardziej hojnym współwłaścicielem. Możemy się założyć – o przekonanie – że Mr OH stanie się warszawską bazą wypadową Queby, a wszystkie ważniejsze eventy QueQuality będą orbitować wokół tej miejscówki. Teraz czeka nas co prawda zima, ale nie możemy doczekać się sezonu letniego, kiedy potencjał każdego lokalu wzrasta.

Gratulujemy inwestycji i czekamy na kolejne ruchy, bo póki co swój hajs z rapu w gastro pakował głównie Bilon ze swoją siecią Gringo Bar. Czas na kolejnych graczy! Sokół – może jakaś restauracja?

fot. kadr z wideo „Quebonafide – Quebahombre”, youtube.com/Que Quality

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
Pezet VS Bedoes – „98”/”1998″

Parę dni dzieli od siebie premiery dwóch bardzo istotnych dla branży numerów. Istotnych z dwóch różnych powodów, albo inaczej, z dwóch różnych stron, bo tych powodów po każdej jest znacznie więcej niż jeden. Pezet wrzucając do sieci kawałek „98” dosłownie chwilę po premierze „Muzyki Współczesnej” (której recenzję znajdziecie TUTAJ), przypomniał słuchaczom korzenie. Ale przypomniał w nowej odsłonie, bawiąc się flow, znowu mieszając zgrabnie końcówki wersów i poddając pod rozwagę, czy dwa rymy na koniec każdego mogą być nowym patentem na imponowanie techniką. Teraz Bedoes z Lankiem wypuszczają do sieci drugi singiel z „Opowieści z Doliny Smoków” o wiele mówiącym tytule „1998”. I co dostajemy? Też poniekąd brzmieniowy powrót do klasyki, ale razem z brzmieniem wraca coś jeszcze – tak ważny i charakterystyczny, ale tak omijany w rozmowach przez zbyt przepocone słowo: „przekaz”.

Pezet opowiada o czasach, kiedy z chłopakami zaczynał. I to opowiada frywolnie, to raczej wesoła pocztówka. Bedoes w 1998 roku się urodził, więc choćby z tej racji perspektywa jest odrębna, ale również dostajemy poniekąd pocztówkę – tylko że z tych złych chwil i z tego, co doprowadziło go do miejsca, w którym znajduje się teraz. Momentami może zbyt łopatologicznie, ale to dobrze, bo niektórzy słuchacze muszą w końcu coś zrozumieć. Bedoes łączy słuchaczy i powoli udowadnia, że staje się kimś, kim nie udało się niestety być Taco Hemingwayowi – prawdziwym głosem pokolenia. W kwietniu pisałem o tym, że Bedi jest naturalnym przedłużeniem szkoły Pezeta:

“Nie mamy jeszcze nic, a chcemy szczęściem tego świata wreszcie żyć/My, ukryty w mieście krzyk” – nawijał w 2002 roku Paweł z Ursynowa. “My chcemy żyć, a nie tylko przeżyć/Kwiat Polskiej Młodzieży” – nawijał w 2018 Bedoes.

Miło słyszeć, że takie mosty powstają – nieistotne, czy świadomie czy nie. W 1998 roku „1998” spokojnie mógłby napisać Pezet. I nie chodzi tu o treść, bo być może miałby inne spojrzenie na niektóre kwestie, ale jeśli chodzi o ciężar, to dostalibyśmy go bankowo. Cieszy, że chłopak, który urodził się w tym roczniku dzisiaj daje nam taki kawałek. Oby za kilkanaście lat nie musiał się już niczego obawiać.

Swoją drogą to ciekawe, jak dwa numery mogą pokazać tak doskonale dwie strony staroszkolnego rapu (i być może nowoszkolnego też, czemu nie). Z jednej strony stawianie na skillsy i udowodnienie, że jest się najbardziej kozackim kotem na winklu, z drugiej przekaz, treść i hołubienie prawdziwości. Pezet i Bedoes wielokrotnie udowadniali, że sprawdzają się w obu przypadkach. Tym razem to jednak stary wyjadacz pokazał młodziakom, jak się składa, a młody zawodnik przypomniał starym, o co w tym chodzi. No cóż, czekam na płytę.

fot. kadr z wideo „Bedoes & Lanek – 1998 (mam to we krwi)”, youtube.com/SBM Label

Zostaw komentarz

Felieton,Hip Hop
Rozmowy Winiego. Dokąd zmierza kanał szefa Stoprocent?

Kino drogi Winiego zdaje się nie mieć końca. W najnowszym odcinku możemy zobaczyć i usłyszeć Łajzola, członka składów JWP i Jetlagz. Rozmowa jest dosyć osobliwa, bo więcej dowiemy się z niej o kuzynie księdzu (a właściwie kuzynie ojcu) Łajzola, który zasila szeregi zakonu dominikanów. Jednak, co by nie było, wkrótce premiera nowego albumu Jetlagz o tytule „Szum”, więc coś tam udało się przemycić:

Jetlagz to jest underground. (…) Nie wiem, czy mam definicję undergroundu, ale to jest chyba coś takiego, że jara się tym garstka osób i mamy fanbase, ale on jest zawężony bardzo. Są na maksa zajarani i czekają na to. (…) Nie ukrywam, że fajnie byłoby dotrzeć też do innych.

Panowie rozmawiali również o rolling-joke’u, który przewija się przez wywiady Winiego, czyli o religii Essa. Winicjusz zaoferował, że udzieli ślubu Łajzolowi i jego partnerce. (Gdyby ktoś mi powiedział, że napiszę te słowa kiedykolwiek, to bym nie uwierzył – a jednak) Cały odcinek jest dosyć osobliwy i jeśli liczycie na niesamowicie interesujące informacje o branży, to nie, przestańcie. Ale jeśli chcecie posłuchać o tym, że babcia Łajzola piła wodę z Lichenia za 300 złotych, straciła przytomność i się połamała, to śmiało.

Co nas bawi

Skłoniło mnie to do dosyć mało sycących przemyśleń w kwestii tego, co nas tak naprawdę interesuje i na co zwracamy uwagę. Obejrzałem cały odcinek, choć właściwie nic innego poza kumpelskimi dywagacjami na tematy wszelkie nie otrzymałem. Ale sam fakt obecności Winiego i niezborność jego rozmówcy mi wystarczała. Koneserom polecam zwłaszcza moment, kiedy Łajzol wychodzi na stację benzynową, żeby kupić piwo i Wini postanawia milczeć podczas nieobecności kompana. Z tego będą memy. Już przy odcinku z Hewrą widać było doskonale, że siłą tego formatu jest pewne szczególne dopasowanie gości do prowadzącego. To świetnie sprawdza się w większości przypadków, ale właśnie tam i tym razem z Łajzolem, coś nie do końca zagrało. Wini jest mistrzem w wyciąganiu tematów z choćby jednego słowa, które nieopatrznie rzuci rozmówca, ale tutaj miał problemy i trudno uznać to za jego bezpośrednią winę. To jest człowiek, który niemal półtorej godziny przegadał z Katarzyną Nosowską, dając nam jednocześnie jedną z najlepszych rozmów z tą artystką w historii.

Oczywiście jest coś nęcącego w tym, żeby przegadać po godzince z każdym przedstawicielem polskiej sceny hip-hopowej, ale może to nie jest najlepsza strategia? Był etap, kiedy Wini rozmawiał z restauratorem, z panią taksówkarz, z prezydentem Szczecina (!), z masą różnych ciekawych osób. Prowadzący podcast, rozmowę, wywiad, cokolwiek związanego z dialogiem, ma przed sobą proste i trudne zadanie jednocześnie. Proste o tyle, że jeśli wie, z kim rozmawia, to będzie wiedział, o czym rozmawiać. Trudne, bo mimo tej wiedzy, rozmówca może być nieprzemakalny, co sprawi, że trudno będzie się od czegoś odbić i rozmowa zamieni się w dziwaczną dla obu stron przepytywankę. Oczywiście goście nie mają obowiązku być w niesamowitym nastroju, żeby rzucać anegdotami i nowinkami z rękawa, ale jednak miło by było, gdyby coś z rozmowy wynikło. Pamiętam, że kiedy jechałem do Szczecina rozmawiać z Winim, to nie zastanawiałem się w pociągu, o czym rozmawiać będziemy konkretnie, bo nie postrzegałem Winiego, jako tego typu rozmówcę. Wiedziałem tylko, że na początku musimy złapać wspólny vibe, co akurat udało się dosyć przypadkowo – połączyła nas niechęć do ludzi palących w pociągowych toaletach. Dalej poszło już z górki, a efekty możecie sprawdzić TUTAJ i TUTAJ.

Goście, goście

Wróćmy jednak do kwestii gości. To, czy osoba prowadząca – mówiąc wprost – ogarnia temat, to jest jedna sprawa. Ale z drugiej strony często zastanawiam się, co powoduje niektórymi osobami, że zgadzają się na rozmowę, a potem kompletnie nic nie oferują. Przecież nikt ich do tego nie zmusza, nie siedzą w lokalu/w samochodzie za karę. Pewnie mają w tym jakiś interes, może chcą podpromować swój nowy produkt, pochwalić się czymś, albo coś zapowiedzieć? W innym wypadku jest to marnowanie czasu wszystkich trzech stron. Tak, trzech, bo również widzów. Mnie historie Łajzola o zakonie dominikańskim, piciu wódki z duchownym i o mocy sprawczej wody z Lichenia bawiły. Ale oczekiwania miałem prawdopodobnie takie, jak większość odbiorców – że dowiem się czegoś o JWP, Jetlagz, warszawskim hip-hopie, cokolwiek. Gdyby był to jednorazowy strzał, to pewnie bym się nie przejął, ale zdarzają się odcinki mielizny i głośno zastanawiam się, z czego to wynika.

Tyle dobrego, że z odcinka z Łajzolem Czukasz mógłby zrobić i dwadzieścia filmików:

fot. kadr z wideo „Wini x Łajzol – rozmowa”, youtube.com/WINI

Zostaw komentarz