Hip Hop,News

Raperzy życzą Wesołych Świąt. Jedyny tak wspólny dla sceny czas w roku

Michał Fitz -
Hip Hop,News - - Dodane przez Michał Fitz

Raperzy życzą Wesołych Świąt. Jedyny tak wspólny dla sceny czas w roku

Jeśli chcielibyśmy być poprawni, to moglibyśmy stwierdzić, że Święta Bożego Narodzenia zaczynają się tak naprawdę dzisiaj, ale w tym okresie nie chodzi o to, by mieć rację i ją komuś udowadniać, a cieszyć się towarzystwem bliskich i z nimi ten czas spędzać. Przypominają nam o tym również raperzy, których życzenia zalały social media.

Na takie życzenia zdecydował się chociażby Peja i w przypadku poznańskiego rapera możemy być przekonani, że nie są one na pokaz. W swojej twórczości ostatnimi czasy raper mocno stawia na przekazy prorodzinne, wiele nawijając przede wszystkim o swoich dzieciach. Najlepszym tego przykładem jest jego najnowsza gościnka u Kafara, która traktuje o miłości do swoich dzieci.

W tym samym kawałku możemy zresztą usłyszeć Pezeta, dla którego czas spędzony z rodziną jest nie mniej ważny. O tym, jak istotna jest dla niego córka wspomina nie tylko w powyższym utworze, ale również w filmie dokumentalnym dołączonym do preorderu „Muzyki Współczesnej”. Jej akurat Pezet nie zdecydował się umieszczać na social mediach, ale życzenia świąteczne przesłał nam ze swoim bratem, Małolatem.

Choć może nie do końca w gronie rodzinnym, to nie mniej ważne życzenia dostajemy od Faziego. Członek Nagłego Ataku Spawacza przechodził ostatnio bardzo ciężkie chwile, ale wszystko wskazuje na to, że wychodzi na prostą. W takiej sytuacji tym bardziej jemu należy życzyć wszystkiego najlepszego.

ELO!

Posted by Fazi on Tuesday, December 24, 2019

Na najdłuższe życzenia zdecydował się Tau, który najpierw nieco zaskoczył ich prostotą, ale później kontynuował je już w swoim stylu. Redakcyjnie oczywiście dołączamy się do każdych.

Życzenia dla wierzących oraz ateistów.

Życzenia dla wierzących oraz ateistów.

Posted by Tau on Monday, December 23, 2019

fot. kadr z klipu „Matheo gośc. Wini, Rena, Sobota, Bonson, Tomb – Essa Kolynda (prod. Matheo)”, YouTube.com/stoprocentTV

Zostaw komentarz

Udostępnij
News
Wiedźmin – kowboj o białych włosach, co mieczami władał [RECENZJA]

Stało się, fani na całym świecie otrzymali osiem odcinków opowieści w uniwersum Wiedźmina. Osiem odcinków opartych całkowicie na twórczości Andrzeja Sapkowskiego, choć tutaj chodzi bardziej o względy fabularne, bo pod względem wizualnym fani gier odnajdą się raczej bez większych problemów. Główne wyzwania, które stały przed twórcami były zasadniczo dwa. Po pierwsze ich zadaniem było stworzyć wiarygodny świat, który zostanie obsadzony w doborowy sposób – fani nie mogli poczuć fałszu. Po drugie należało tak skonstruować całość, żeby była zrozumiała nawet dla ludzi, którzy nigdy z Wiedźminem nie mieli nic wspólnego. Ciężko? No ciężko, ale za produkcję wziął się Netflix, wspomagany merytorycznie przez Tomasza Bagińskiego, więc nadzieje były duże i wydawało się, że ekipa odpowiednio przekłada siły na zamiary. Jak wyszło?

Przepraszam, która godzina?

Decyzja o tym, by serial poskładać ze scen oddalonych od siebie czasowo czasami i o dziesięć lat, jest decyzją ciekawą, ale niestety nigdzie nie zaznaczoną. To znaczy albo się domyślisz albo nie. Żadnych plansz, tablic, nic, koło trzeciego odcinka nagle zastanawiasz się, dlaczego coś dzieje się równolegle, a w sumie nie może. A, no tak, bo to inne czasy. O ile dla fanów serii jest to figiel dosyć prosty do ogarnięcia, to – przyznaję bez bicia – gdybym nigdy styczności z tą sagą nie miał, nie wiem, czy dałbym serialowi szansę. Zresztą ta przeplatanka rodzi o wiele więcej problemów. Po pierwsze doprowadza do braku równowagi miedzy wątkami. Coś, co w opowiadaniach Sapkowski snuł przez kilkanaście stron, tutaj zajmuje dwie minuty i powstaje pytanie, czy w ogóle było warto o tym wspominać. Z drugiej strony mamy wątki poszerzone na potrzeby serialu i one są jego najmocniejszym elementem – głównie dlatego, że po prostu dostały czas ekranowy. To tyczy się przede wszystkim kwestii Yennefer i jej „origin story”. Nierównoważność wątków doprowadza do kompletnie nieregularnego tempa. Odcinki mają mocno zaburzony pacing i czasami coś ciekawego dzieje się jedynie przez pierwsze pięć minut, albo ostatnie pięć minut, albo środkowe pięć minut – bo reszta pięciominutówek składa się na opowieści dziwnej treści, które niby pomagają w ekspozycji, ale na dłuższą metę nie mają żadnego większego znaczenia dla naszej wiedzy na temat tego, co się dzieje na ekranie.

Kowboj w krainie baśni i legend

Podstawowym błędem narracyjnym w recenzjach Wiedźmina jest jakaś niesamowicie mocna chęć porównywania serialu do Gry o Tron. Otóż nie ma takiej możliwości, by seria o zabójcy potworów zastąpiła tę o królowej smoków. Powód jest zasadniczy i nie do końca chodzi tu o jakość, a o kontekst. Wiedźmin jest lokalną opowieścią z czymś większym w tle. Główną osią jest Geralt i tak naprawdę wyłącznie jego obecność na ekranie sprawia, że chcemy się tym przejmować. Zresztą sam bohater ma dokładnie takie samo podejście do wydarzeń, które po sobie następują. Są co prawda wątki nieco szersze, ale i tak sprowadzone do korytarzowej narracji pomocniczej – mowa tu o historiach Yennefer i Ciri. Wiedźmin traktuje głównie o swoim kowboju z białymi włosami i to nie ma nic wspólnego z szeroko zakrojonym political fiction, jakim była Gra o Tron. Chcecie wielowątkowej intrygi? Nie te drzwi. Chcecie koszarowych dowcipów, zgrabnych historyjek w typie anegdotek przy piwku i ładnych kobiet? Wchodźcie śmiało.

Bez i agrest

To, co zwraca uwagę momentalnie, to podejście do obrazu. Wiedźmin jest nieco oniryczny, nieco matowy, nieco srebrzysty i zielonkawy. Ma własną identyfikację wizualną i pod tym względem daleko mu do innych produkcji Netflixa. Ale też daleko, jak daleko. W momencie, kiedy mamy sceny z żywą przyrodą (bardziej stepy niż Brokilon), czułem się trochę, jakbym oglądał dokument z jakiegoś konwentu cosplayerów. Szerokie kadry zdecydowanie nie służą temu światu. Jeśli zaś chodzi o scenografię i kostiumy, to wszystko mamy na miejscu – raczej nie jest zbyt daleko od serii gier, a zwłaszcza trzeciej odsłony. Kilka wyborów projektowych może budzić konsternację (Brokilon to jakaś baśniowa wersja Wietnamu w czasie wojny), ale ogólnie raczej nie dziwimy się oglądając świat przedstawiony.

Warto odnotować też muzykę, która trzyma się gdzieś w tle i współgra z ogólnym klimatem. Co innego Jaskier, który jest trochę Elvisem, co może początkowo budzić zdziwienie, ale ja to na przykład kupiłem. Nowoczesny bard w świecie fantasy? Czemu nie! Ale skoro już przy Jaskrze jestem, to idźmy dalej. Może w punktach będzie jaśniej:

  1. Henry Cavill idealnie sprawdza się jako Geralt. W tej konwencji awanturniczno-buńczucznej faktycznie trudno wyobrazić mi sobie lepszego aktora. Ma coś z dziwnego romantyzmu książkowego pierwowzoru i chłopięcego łobuzerstwa znanego głównie z gier. Do tego jest bardzo kowbojski i zdecydowanie ma w sobie szczególny rodzaj intensywnego magnetyzmu, który ogniskuje naszą uwagę.
  2. Anya Chalotra gra jak Alicia Vikander na sterydach, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że ekipa od castingu w Netflixie to czarnoksiężnicy. Nigdy nie widziałem tak Yennefer, ale teraz już nigdy nie będę jej widział inaczej. Świetna rola.
  3. Freya Allan w roli Ciri to też bardzo dobra robota, ale niestety ten wątek dłużył mi się niemiłosiernie i mimo sympatii do nawet momentami zniuansowanej gry aktorskiej, nie jestem przekonany do samej postaci, a to nie jest dobry prognostyk.
  4. Emma Appleton – co prawda tylko w jednym odcinku, ale za to jak. Uznaję ją za odkrycie i będę uważnie śledził poczynania. Ta dziewczyna da nam jeszcze sporo dobrego na ekranie.

Reszta aktorów wywiązała się z zadania bardzo rzetelnie – dobrze dobrano drugi plan, który w takich historiach często jest nawet ważniejszym punktem odniesienia niż pierwszy, grubo ciosany.

Prawo Niespodzianki

Czy opowiedziano to, co opowiedziane zostać powinno? Tak. Czy opowiedziano to tak, jak opowiedzieć zostać powinno? Nie. Czy serial mimo wszystko się broni? To zależy od tego, na ile ulgowa będzie taryfa, której mu udzielimy. Bywają momenty, kiedy cała dostarczona wiedza w nas krzepnie i oglądając to, co dzieje się na ekranie, czujemy się jak wśród starych znajomych. Jakaś więź z widzem zostaje utworzona, ale tę więź szarpie ustawicznie kompletnie niejednorodny montaż i cały wachlarz scen, które można było albo wyrzucić albo chociaż skrócić.

Co ważne – moja niecierpliwość nie wynikała z tego, że wiedziałem, co się wydarzy. To co prawda odbierało suspens wielu scenom, ale ja wiedziałem, że on tam jest, po prostu znałem te historie wcześniej. Jednak dramaturgia nie do końca działa, bo trzyma formę zdecydowanie za rzadko i nie robi odpowiedniego wrażenia – jesteśmy po prostu zmęczeni kilkunastoma minutami, które do określonych momentów prowadzą i efekt „łał” może mieszać się z ziewaniem.

Czy czekam na drugi sezon? Tak, bo jestem pewien, że będzie lepszy, a ekipa producencka wyciągnie wnioski z uwag wszystkich odbiorców. To w końcu przede wszystkim biznes. Na koniec chyba najważniejsze pytanie, które zadają ci, którzy doskonale znają film z Michałem Żebrowskim. Czy w serialu jest smok? Oj jest, moi drodzy. W serialu jest smok.

fot. The Witcher, Netflix, SE:01, E:06 „Rare Species”

Zostaw komentarz

Hip Hop,News
Wydrukował piosenkę 2Paca w kościelnych śpiewnikach, bo pomylił ją z modlitwą

Jednym z założeń rapu było przekazywanie istotnych wartości. To jedna z nielicznych kwestii, która w tym gatunku się nie zmieniła, ponieważ ważne wskazówki i prawdy życiowe (nawet pozornie czerstwe) wciąż są zawierane w wielu numerach. W niektórych przypadkach można nawet stwierdzić, że wierni fani wyznają teksty swoich idoli, wynosząc je do rangi czegoś więcej, niż tylko twórczości. W kawałku „Czarny PR” duetu Bonsoul gościnnie nawija o tym Słoń: „Mam słuchaczy ortodoksów, wciąż cytują mnie jak Talmud”. Choć Poznaniak prawdopodobnie trochę tu hiperbolizuje, okazuje się, że są przypadki, w których rapowe numery faktycznie używane są jako modlitwy.

Genius przytoczył wcześniej nieznaną sytuację, która miała miejsce trzy lata temu na Sri Lance. W jednym z kościołów w stolicy tego państwa, Kolombo, wierni otrzymali śpiewniki, w których w miejscu modlitwy „Zdrowaś Maryjo” umieszczony został tekst utworu 2Paca „Hail Mary”.

Jeden z księży tamtejszej archidiecezji wytłumaczył potem, że to oczywiście nie był głupi żart, a po prostu błąd. Pomylić miał się młody pracownik drukarni, której zlecono wykonanie śpiewników. W internecie miał on znaleźć tekst do rzeczonej modlitwy, a problem polegał na tym, że po angielsku obydwa utwory, choć jakże od siebie różne, mają ten sam tytuł. Pracownik posłał więc do druku to, co znalazł jako pierwsze. Swoją drogą, podobny błąd mógłby się również wkraść u nas w Polsce. Co by było, gdyby ktoś omyłkowo wydrukował tekst „XI: Kochaj bliźniego swego, jak siebie samego” Soboty, a w nim gościnny wers Borixona: „666 sku##ysynu precz”?

fot. kadr z klipu „2Pac – Changes ft. Talent”, YouTube.com/2Pac

Zostaw komentarz