Felieton,Hip Hop

Ręka rękę myje: kto z kim w polskim rapie

Kajetan Szewczyk -
Felieton,Hip Hop - - Dodane przez Kajetan Szewczyk

Ręka rękę myje: kto z kim w polskim rapie

Wtorek wieczór. Oglądam wywiad z Casanovą Angie Martinez. W pewnym momencie raper przyznaje, że więcej wsparcia dostaje od wykonawców z południa USA niż z rodzimego Nowego Jorku. – Hm, ciekawe czy tak jest też w Polsce? – zastanawiam się. Wielu raperów narzekało w wywiadach na trudną warszawską publikę, na to, że lepiej gra się im… chociażby we Wrocławiu – przypominam sobie. Czy w polskim rapie w ogóle można się jeszcze samoistnie wybić? – wybiegam nieco myślami. I sam sobie odpowiadam: Bez wsparcia na featach raczej nie.

Dywagowałem tak jeszcze chwilę, ale szybko w głowie naszkicował mi się obraz polskiego środowiska. Dobrze pamiętam spotkania w Harendzie i w jej okolicach, na których gromadziło się sporo podziemnych raperów i ich znajomych. Bitwy freestylowe w Indeksie, bitwy freestylowe na skarpie za kampusem UW. Wszyscy chcieli coś sobie udowodnić, choć zbyt wielu asów tam nie było. O większości słuch zaginął. Dlaczego?

Swój pozna swego

Mam pewną dosyć kontrowersyjną teorię. Otóż, w mojej opinii, grupa czuła niechęć do najzdolniejszych osób. Niechęć powodowaną kilkoma czynnikami:

  1. Taki as jest ich bezpośrednią konkurencją
  2. Nagranie z nim nie ma sensu, bo będzie lepszy
  3. Mówienie o nim komukolwiek zdejmuje z nas uwagę

Zazwyczaj te imprezowe koneksje skutkowały jakimś numerem. Zazwyczaj niestety słabym, bo zrobionym przez dosyć kiepskich nawijaczy.

Drugą sprawą było to, że trudno rozmawiało się z kimś, kto już coś w środowisku osiągnął. Wiecie – ten typ, który zjechał 50 bitew, kręci jakieś wyświetlenia na youtube i jest fajnym, pociesznym gościem.

Tu sytuacja była o tyle trudna, że faktycznie część osób pucowała się takiej osobie, żeby coś ugrać. Ciężko było udowodnić, że nie ma się złych intencji, skoro większość chciała wdrapać się takiemu jegomościowi na plecy. W efekcie tworzył się kolejny podział, bo te więcej znaczące asy spędzały czas w swoim towarzystwie. Niewidzialny, hip-hopowy system kastowy.

Dograj się

Najśmieszniej było jednak, kiedy do jakiejś nagrywki już doszło i noname’y robiły numery z semi-name’ami. Jaki był efekt? Propsy na kolejnej imprezie, ale wymierny – żaden. Przecież feat nic nie da, jeśli jesteś słaby.

Pamiętacie, kiedy Bonson dogrywał się dosłownie wszystkim składom w Polsce? Możecie nie pamiętać, ale zjadał wtedy każdego rapera, obok którego stanął. KAŻDEGO. Kto pamięta dzisiaj o tych ekipach? Nikt. Kto o nim? Wiadomo.

Quebonafide

Stan rzeczy zmienił dopiero Quebonafide, który najpierw zamiatał na bitwach, a potem dzięki współpracy z Solarem (nagrywki w Nobocoto, ogarnięty miks, master i kontakty) i w ogóle całą SB Maffiją, wyhype’ował swoją postać do skali w podziemiu niespotykanej. W tej sytuacji nie musiał “żebrać” o featy. Każdy chciał mieć numer z nim.

Kiedy Quebo poszedł na swoje, na swoje szli również Solar z Białasem. Ta trójka na zawsze zmieniła oblicze branży – stworzyła dwie niezależne wytwórnie promujące młodych i perspektywicznych raperów. Początkowo wydawało się, że to otworzy drogę wszystkim tym zdolnym, o których pisałem na początku. Zdolnym, ale pomijanym, bo stanowiącym konkurencję.

Wydawało się, bo stało się trochę inaczej. Fakt, wielu faktycznie udało się w ten sposób wybić, a w normalnych warunkach pewnie by przepadli (Bedoes czy Łuszy), wielu dalej skrobało coś na własną rękę (Frostiego w końcu wzięło Prosto., Taco dosyć szybko trafił do Asfaltu), ale wielu dostało szansę i kompletnie z niej nie skorzystało. Dlaczego? Przecież raper, który trafia do wytwórni, wydawałby się raperem, który powinien rapować jak nigdy wcześniej.

Umyj ręce

Znów – wydawałby się – bo takim nie zawsze jest. Przypadki kiedy koledzy wydają kolegów zdarzają się nie tylko na komendzie. Zresztą dotyczy to również branży w USA. Jak często słuchacie jakiegoś kawałka i zastanawiacie się: “Co u licha robi tam ten wack?” albo “Dlaczego oni razem nagrali? Przecież to jest jakaś abominacja”. Otóż, jak słusznie zauważył kiedyś TEDE – lista featów jest równoznaczna z listą paktów o nieagresji. Patrząc na gościnki na polskiej (i nie tylko) scenie, szybko zorientujemy się, kto z kim się lubi. “Lubi” to słowo klucz, bo nie chodzi o skillsy. Gdyby rap robiono po to, żeby osiągnąć jak najlepszy efekt, to Mes obok TDFa nawijałby wcześniej niż u Księcia Kapoty, który po wielu latach scysji połączył dwóch zwaśnionych królów – pisałem o tym TUTAJ.

Żelazne zasady

Rozwarstwienia najlepiej widać na przykładzie raperskich grup. Od ZIP Składu, po Patokalipsę. To nie jest tak, że wszyscy są świetni. To nie Wu-Tang, to nie Slaughterhouse. A mimo to każdy za ten mikrofon łapał i koledzy nie czuli żenady (?). Wiadomo – tak to jest, kiedy zespół tworzy się z melanżowej ekipy.

“Pamiętaj wziąć ze sobą kumpla albo nawet dwóch czy trzech”

Teraz przenieście sobie ten konstrukt na całą branżę. Dlaczego raper z Warszawy znajdzie cieplejsze przyjęcie we Wrocławiu? Bo nie stanowi bezpośredniego zagrożenia, bo jest gościem. Dlaczego Casanova lepiej czuje się na południu niż w NY? – Jak jesteście w studio i poprosisz gościa o nagrywkę, to się dogra, a nie będzie gadać o hajsie i innych rzeczach. W NY ludzie się zjadają – przyznał. Właściwie to użył sformułowania “dogs eats dogs”, ale jakoś niezręcznie byłoby to tłumaczyć. W rodzimych miastach raperów tak to już chyba jest. Sprawdźcie sobie ile było kooperacji warszawiaków z warszawiakami, a ile warszawiaków z raperami z innych miast.

Tendencja o niebezpiecznej skali

Na koniec krótki eksperyment myślowy. Wyobraźcie sobie, że dyrektor filharmonii przeprowadza taką rozmowę:
– Cześć, Stefan, słyszałem że szukasz pracy
– Faktycznie, szukam, mój drogi
– Otóż widzisz, w filharmonii zwolniło się miejsce dla trębacza
– I?
– Może byś chciał?
– Kochany, ja nie umiem grać na tym instrumencie. Więcej ci powiem, jestem już niemal głuchy, nie te lata
– Nic nie szkodzi. Lubię Cię, Stefan, to wystarczy

Propozycja lekko nie na miejscu? No cóż, w rapie takich trębaczy mamy od groma.

fot. kadr z klipu “Solar – Pan Czlajn 01 (feat. SB Maffija, prod. SoDrumatic) VIDEO [ISKRA #12]”, youtube.com/SBM Label

Zostaw komentarz

Udostępnij
Streetwear,Wyróżnione
Nike: On Air – sneakersy jak mapa świata

Międzynarodowa współpraca, kolorystyki czerpiące garściami z klimatu i historii miast z całego świata. I efekt finalny, którego inne brandy mogą teamowi swoosha tylko pozazdrościć. Poznajcie projekt Nike: On Air i laureatów ostatniej edycji!

About

Mało który pomysł zmobilizował tak olbrzymie rzesze sneakerheadów na świecie, jeśli chodzi o puszczenie wodzy kreatywności. Bo już sama idea projektu okazała się na swój sposób rewolucyjna. Team Nike postawił sobie zadanie zaangażowania tysięcy ludzi z całego świata do zaprojektowania kolorystyk mających w jak najlepszy sposób oddawać ducha ich miast. W końcu trudno oczekiwać, nawet od najlepszego projektanta, pracującego tysiące kilometrów dalej, by zrobił to lepiej i bardziej autentycznie niż ludzie, którzy żyją w danej przestrzeni. Bo niby w jaki sposób? Po kilkudniowej wycieczce lub przeglądzie zdjęć w internecie i katalogach biur podróży?

Starszy dyrektor kreatywny linii Air Max, Dylan Raasch, stwierdził, że w całym tym przedsięwzięciu tkwi potencjał, o którym nawet by wcześniej nie pomyślał – także marketingowy. Nic tak nie zbliża marki i jej konsumentów, jak tego typu akcje – pozwalają jej znajdować się tuż obok odbiorcy, zamiast w niedostępnych projektowych biurowcach. Jak powiedział:

“Te projekty dowodzą, że zawsze istnieją nowe sposoby podejścia do designu”.

2018

W “On Air” zaangażowało się kilka tysięcy osób z najważniejszych (a przynajmniej dla kultury ulicznej) miast świata – Nowego Jorku, Londynu, Paryża, Seulu, Szanghaju i Tokio. Finalnie, w maju ubiegłego roku wyłoniono najlepszą osiemnastkę, którą ostatecznie ograniczono do sześciu zwycięzców (po jednym na miasto), wyłonionych na drodze internetowego głosowania. Ci zostali później zaproszeni do głównej kwatery Nike, by wcielić swoje pomysły w życie i wypuścić na rynek.

“To, co narysowałam, znajdowało się właśnie w moich rękach”.

Mocny, kreatywny pomysł, autentyczność i chęć oddania ducha miasta w jak najlepszy sposób – to nie kolejne designerskie wizje realizowane zza biurka. To autentyczny manifest konsumentów, pragnących podkreślić charakter miejsc, w których przyszło im żyć.

Gabrielle Serrando – Nowy Jork

Pierwsza z par należy do autorki powyższego cytatu. Gabrielle postanowiła wziąć na warsztat Air Maxy 98 i stworzyć z nich bazę pod projekt mający przedstawiać różnorodność, wylewającą się z każdego fragmentu nowojorskiego pejzażu. Wszystkie kultury, rasy i narodowości, tworzące jeden spójny (choć niepozbawiony konfliktów) organizm – tak prezentuje się dusza NYC na butach.

Gwang Shin – Seul

Zdecydowanie nasza ulubiona para z całego projektu. Inspiracja? Neony, przyozdabiające większość ulic Seulu – jednego z najlepiej rozwiniętych miast świata. 97-ki autorstwa Wanga to także bezpośrednie odwołanie do Taegeuku – symbolu zdobiącego flagę Korei Południowej, oznaczającego (w bezpośrednim przełożeniu) “najwyższy ostateczny”.

Jasmine Lasode – Londyn

Kolejne 97-ki. Tym razem robi się bardziej osobiście – “Summer of Love” (bo tak będzie brzmieć oficjalna nazwa modelu) odwołuje się nostalgicznych wspomnień pierwszej randki Jasmine na londyńskim wzgórzu Primrose Hill. Lato, miłość, wzgórza – i brak miejsca na odcienie szarości i czerni.

Cash Ru – Szanghaj

Dowód na to, że Chiny to nie tylko smog, jak przyjęło się uważać. Tu inspirację (a, to już ostatnie Air Max 97 w serii) stanowiły chmury, rozmywające się i zmieniające kształty nad morskimi portami.

Lou Matheron – Paryż

Tu na warsztat trafiła hybryda modeli Air Max Plus i Air Vapormax. Techniczny sznyt nie jest tu dziełem przypadku – to bezpośrednie odwołanie do procesu budowy siedziby sądu w Paryżu. Swoją drogą, gmach został ukończony dwa lata temu – i zdecydowanie robi wrażenie.

Yuta Takuman – Tokio

Ostatnia zwycięska para. Klasyczne Air Max 1 w wydaniu od Yuty przedstawiają Tokio jako miasto-labirynt, pełne zatłoczonych ulic i oświetlane kolorowymi reklamami. Czerwone akcenty są zaś trybutem dla Tokyo Tower – wieży telewizyjno-radiowej, rozpościerającej się nad metropolią.

Patrząc na rozmach i autentyzm obecne w projektach wszystkich finalistów – jesteśmy zachwyceni. I życzylibyśmy sobie więcej podobnych inicjatyw, zwłaszcza że ich efekty potrafią przewyższać niejeden design, wychodzący spod rąk stałych projektantów marki.

Swoją drogą, gdy Nike działała, Adidas też nie próżnował. Rozwijał projekt Communitas, którego pierwsze efekty będziemy mieli okazję powinąć już w następną sobotę. Ale o tym przeczytacie szerzej w naszym zestawieniu najciekawszych premier przyszłego tygodnia.

Nike/Fot. Nike

Zostaw komentarz

Felieton,Hip Hop
Gościnki u Kuby

Od nagrywania w mocno ulicznym i antysystemowym składzie, do występu w popularnym programie rozrywkowym, który emitowany jest w prime-time. Droga, którą w ostatnim roku przeszedł Kamil Nożyński jest zaskakująca. Jednak w dzisiejszym felietonie nie będziemy skupiać się na karierze Safula, sporo już o nim (zwłaszcza w kontekście ostatnich kilku miesięcy) pisaliśmy. Dziś cofnę się w czasie i sprawdzę, którzy członkowie rap sceny zasiadali na kanapie Kuby Wojewódzkiego. W ciągu… 17 [!] lat istnienia programu pojawiło się na niej kilkunastu raperów. Przyjrzyjmy się więc najciekawszym występom.

Peja: czyli przede wszystkim być, k****, naturalnym

Najbardziej zapadające w pamięć raperskie odcinki. Peja gościł w programie Wojewódzkiego trzy razy (lata: 2006, 2010 i 2013), z czego najbardziej charakterystyczny był debiutancki występ w 2006 roku. Co to było za wystąpienie! W stylu “Sex, drugs & rock’n’roll” lub jak nawijał sam Peja na “SLU” – “Seks dragi rap“. Ryszard był naładowany energią, jak króliki w reklamie baterii Duracell. Można było wiele mu zarzucić (wulgarność, promowanie patologicznych zachowań), ale na pewno nie brak autentyczności i naturalności. Smaczku temu show dodawał także drugi gość (mimo że od początku było widać, że dla wybitnego polskiego aktora Rychu to postać z kompletnie innego świata). Cezary Pazura – bo to o nim mowa – delikatnie podjudzał Peję na Wojewódzkiego. Oryginalny występ z 2006 roku chętnie wypominał Rychowi Tede w późniejszym beefie: “Ale u Kuby dałeś dupy wcześniej – tam nie będziesz“. W kolejnych latach członek Slums Attack, gościł na kanapach Wojewódzkiego jeszcze dwa razy. Z każdym kolejnym spotkaniem będąc już jednak coraz bardziej zachowawczym.

Liroy: Początki postulatów politycznych z… pornografią w tle

Drugi gość, który często bywał u Kuby, to Liroy. Panowie znali się jeszcze z czasów, gdy Wojewódzki reżyserował teledyski. Liroy swoją bezpośredniością i kontrowersyjnością wyróżniał się na tle innych zapraszanych raperów. Dzisiejszy poseł, w tamtym okresie bez ogródek mówił o byciu pierwszym polskim raperem, który będzie kręcił filmy pornograficzne. Od początku poruszał również tematy związane z legalizacją marihuany. Ostatni (jak dotąd) występ Liroya u Kuby miał miejsce w 2013 roku. Tak jak za trzecim razem Peja, on też był już znacznie bardziej stonowany i mówił głównie o promocji biografii Piotr Marca. Jako ciekawostkę dodajmy, że u boku “Scyzoryka” zasiadła wtedy na kanapie, wówczas jeszcze nie aż tak popularna… Anna Lewandowska.

Od wizyt u Wojewódzkiego do początków kariery aktorskiej

W programie Wojewódzkiego również Sobota wystąpił więcej niż raz. W 2015 roku – w towarzystwie Zenka Martyniuka. Panowie wspólnie wykonali mashup swoich dwóch hitów. Rok później Sobocie towarzyszyli już Popek i Matheo, co było związane z promocją ich wspólnego albumu “Trzej królowie”. W przypadku obu wywiadów Sobota – choć trudno w to uwierzyć – był raczej bohaterem drugiego planu. Pierwszy raz w cieniu Martyniuka, drugi – Popka. Mimo to, jego występy u Kuby można uznać za preludium medialnej kariery Soboty, która dziś zaprowadziła go do udziału w filmach Vegi i głównej roli w produkcji “Totem” (gdzie wcielił się w gangstera stojącego na czele największej grupy przestępczej w mieście).

Kuba Wojewódzki i jego producenci potrafili dobrze wyczuć koniunkturę na hip-hop w mediach. Dzięki czemu w sezonie jesiennym w 2012 roku w programie zagościło aż czterech raperów: wcześniej wspomniany Peja, Pezet oraz Fokus i Rahim (jako Pokahontaz). Związane było to po pierwsze z premierą filmu “Jestem Bogiem”, po drugie – z kolejnym boomem na hip-hop w Polsce. Dodajmy, że w latach 2007-2011, czyli w okresie medialnego kryzysu rapu w naszym kraju, u Kuby zasiadł tylko jeden przedstawiciel gatunku – znów Peja.

Spotkanie u Kuby z beefem w tle

Młodsi czytelniczy mogą już nie pamiętać zjawiska “hiphopolo“. To u Kuby (wówczas prowadzącego swój talk-show jeszcze w Polsacie) wystąpili 18L czy Mezo. Był on zresztą jednym z niewielu raperów, którzy na tej wizycie stracili, choć przyznajmy, że w tamtym okresie czegokolwiek by Mezo nie zrobił, przynosiło mu to raczej straty niż zyski w branży. Jego pamiętne przejęzyczenie (“Słuchaj, ja do tego tekstu podeszłem zupełnie inaczej niż on”) niegodne studenta politologii, skrupulatnie wykorzystał Ten Typ Mes w outro swojego dissu na Meza.


Kanapa nowego pokolenia

Ciekawie oglądało się wizytę Żabsona, która to odbyła się w poprzednim sezonie show. Był to debiut przedstawicieli młodego pokolenia u Wojewódzkiego. Dotąd u gwiazdora TVNu gościli głównie raperzy “starszej” daty. Dlaczego? Młodym taka promocja była chyba już po prostu niekoniecznie potrzebna. Ich główny fanbase coraz rzadziej ogląda telewizję, skupiając się głównie na treściach emitowanych w Internecie (o czym pisaliśmy we wczorajszym felietonie). Żabson jednak na tym występie na pewno nie stracił. Wypadł u Kuby naturalnie i jako reprezentant nowej twarzy polskiego hip-hopu dał radę.

Raperzy wciąż tylko dodatkiem do gości z głównego nurtu

Grupa raperów, którzy zagościli w programie Kuby Wojewódzkiego, chociaż dość liczna, to jednak znika, gdy porówna się ją z grupami przedstawicieli innych gatunków muzycznych, którzy zasiadali na kanapie. W ciągu ostatnich 15 lat (licząc od występu Vienia i Pelsona w 2004 roku, którzy byli pierwszymi reprezentantami polskiego hip-hopu u Kuby) w programie gościło 17 raperów i 2 producentów hip-hopowych. Dla porównania – tylko w ostatnich pięciu latach, na kanapie showmana rozsiadło się 27 popowych gwiazd.

Z raperem nie o rapie

Dziś wizyta w telewizji w środowisku hip-hopowym jest już czymś normalnym. Żeby narobić większego szumu i spotkać się z ostracyzmem, dany raper musiałby wygłaszać na wizji kontrowersyjne hasła w stylu Bedoesa w Stodole. Mało, który raper też stracił szacunek czy wiarygodność w środowisku przez zasiadanie na kanapach Wojewódzkiego. Z drugiej strony wątpię, aby którykolwiek z polskich hip-hopowców cokolwiek na tym zyskał. Po występie w TVNie/Polsacie, ilość sprzedanych płyt raczej znacznie nie poszła nikomu w górę, a koncertowe sale nie wypełniły się nagle po brzegi. Czy Saful na występie u Kuby zyskał, czy stracił – oceńcie sami. Warto jednak pamiętać, że wpadł tam bardziej jako Kamil Nożyński – początkujący aktor, aniżeli Saful – raper z warszawskiego składu Dixon37.

Fot. Instagram/teraz_saful

Zostaw komentarz