Felieton,Hip Hop

Rok beztroskiej twórczości – Otsochodzi „2011” [Recenzja]

Michał Fitz -
Felieton,Hip Hop - - Dodane przez Michał Fitz

Rok beztroskiej twórczości – Otsochodzi „2011” [Recenzja]

Otsochodzi zapowiadał swój najnowszy album twierdząc, że będzie on dla niego swoistym wehikułem czasu. „2011” miało przynieść nam kawałki tworzone z zajawki, których nie analizuje się pod kątem tego, czy wypalą i ile wyświetleń nabiją. W numerze „Wszystko co mam” artysta nawija: „nie wiem kiedy kłamać”, ale zdaje mi się, że jakieś pojęcie o tym ma, bo nie zrobił tego nakreślając nam wizję albumu. Na tym krążku faktycznie wszystko jest bezpretensjonalne i dokładnie takie, jakie w chwili tworzenia miało być. Czy to dobrze? Czy ogólne brzmienie albumu na tym nie traci ? Właśnie nie, a nawet dodatkowo nas tym intryguje…

Znowu z głosem ludu mija się tu moja wizja

Młody Jan dostał nieźle po uszach od swoich fanów, gdy porzucił typowo oldschoolowe klimaty i zaczął kombinować ze swoimi brzmieniami. „Nie kumali wizji, mówili, że jestem chciwy” rapuje Otso w kawałku „$ Class”, a całym albumem ostatecznie potwierdza prawdziwość tego stwierdzenia. „Nowy Kolor” był odbierany jako skok na kasę, ze względu na bardzo newschoolowy sznyt, ale już kolejne wydawnictwa rapera, a najbardziej „2011” udowadniają nam, że była to jedynie jedna z form jego bardzo plastycznej wizji. Na nowym krążku artysta decyduje się bowiem na kolejne eksperymenty. Większość płyty utrzymana jest w spokojny, chilloutowym, momentami nawet delikatnie jazzowym klimacie, ale jest przepleciona utworami, które znacznie od niego odbiegają, jak chociażby skoczne „Oopsy Daisy” czy butne „Warsaw Local Boy”. Słuchając tej płyty mamy więc wrażenie, że Otso robił ją wbrew wszystkim, oprócz samego siebie oraz zgodnie z nikim i niczym, poza wizją, którą w danym momencie narzuciły mu humor i samopoczucie.

Ciągle gubimy coś, ciągle gubimy siebie

Otsochochodzi skupia się na tym, by jego utwory brzmiały całościowo jako jedna, spójna kompozycja. Nie kładzie specjalnego nacisku na tekst, dlatego w warstwie lirycznej raczej nie znajdziemy ambitnych punchline’ów czy fantastycznie przekminionych gier słownych. To jednak nie znaczy, że nie nawija o niczym konkretnym. Młody Jan głównie rapuje na tej płycie o troskach, które dotykają jego oraz bliskie mu osoby. „Kiedy jestem sam, znowu czuję, że ginę, gubię się w tym, gubię furię” rapuje artysta w kawałku „Mów” opisując swoje rozterki. Więcej wątpliwości można też wyczuć w numerze pt. „Czego?!”, gdy Młody Jan nawija: „Fuck, nie chcę być ładny już, nie chcę być też poważny już”. Niedopowiedziane problemy męczą go częściej, wspomina o tym zresztą w kawałku „Póki co” rapując: „Miałem ciężki poranek, znowu coś mi ryje banie”. Tak naprawdę w większości takich wersów każdy z nas może dostrzec podobieństwo do niektórych swoich myśli, które pojawiają się, gdy się z czymś borykamy. Jeśli więc ktoś szuka nietuzinkowej, wielowarstwowej liryki, to zawiedzie się tym materiałem, ale jeśli potrzebuje poczuć się nieco raźniej ze swoimi problemami, to dokładnie się tak poczuje, utożsamiając z płynącymi wersami artysty.

Mam swój squad

Otsochodzi kierował się przy doborze gości tym samym, nie do końca określonym planem, według którego sam tworzył. Featuringi odpowiadają wizji artysty i dokładnie się w nią wklejają, choć nie zawsze są to oczywiste wybory. Oki dostaje we „Wszystko co mam” ledwie 8 wersów, które i tak jednak wyciska do maksimum. Nie ma tam całej szesnastki, którą pewnie jeszcze nawinąłby na bezdechu, bo prym w tym utworze wiedzie słyszana w refrenie Rosalie i to właśnie jej oddane są wszystkie jupitery świecące na ten kawałek. „Póki co” nie jest też z kolei numerem do, którego Szopeen po prostu się dograł, a spójnym dziełem duetu, w którym aż czuć chemię między raperami. Nieoczywistym wyborem jest też Julian Uhu, którego delikatny śpiew idealnie wzbogaca całe „Ocean Blue”. Można by rzec, że standardowej gościnki na tym materiale udzielił jedynie Young Igi, ale wcale nie znaczy to, że wypada ona najgorzej. Raper ze Szczecina pasuje do kawałka jak ulał i pewnie sam chętnie nagrał na takim bicie utwór na własne wydawnictwo.

fot. kadr z klipu „Otsochodzi – Mów”, YouTube.com/AsfaltRecords

Zostaw komentarz

Udostępnij
Hip Hop,News
„Jestem poza ich kontrolą”. Kanye West o pomocy A$AP Rocky’emu, Trumpie i krytyce

Kanye West właśnie pojawił się na okładce WSJ. Magazine, a w rozmowie z Christiną Binkley odniósł się do paru ważnych w ostatnich latach wątków. Jednymi z nich były jego relacja z Trumpem, krytyka, z jaką się spotyka oraz sprawa A$AP Rocky’ego.

Latem, gdy Flacko został aresztowany przez szwedzkie władze, wstawiło się za nim wiele osób, zwłaszcza ze środowiska. Zrobił to także Kanye West, który razem z Kim Kardashian zwrócili się o pomoc do Trumpa w sprawie uwolnienia rapera. Zanim jednak to zrobili, Kanye miał plan, aby osobiście polecieć do Szwecji. Z pomysłu zrezygnował, gdy zrozumiał, że nie ma to sensu.

W połowie lipca West zarezerwował samolot do Szwecji, planując uwolnić A$AP Rocky’ego (…) Ostrzeżony, że Szwedzi nic w związku z tym nie zrobią, odwołał lot i – ze swojego baseny w Calabasas – zadzwonił do Jared Kushner do Białego Domu. Donald Trump oddzwonił po niecałej godzinie, po tym jak West wyszedł z basenu i jadł śniadanie

Kanye opowiedział o tym, jak przez to, że jest z nim w dobrych relacjach, spotkał się z dużą krytyką ze strony Afroamerykanów. Przyznał, że nienawidzi bycia stygmatyzowanym…

To przypomina mi o tym, jak czułem się jako czarny mężczyzna, zanim stałem się sławny, kiedy wchodziłem do restauracji, a ludzie patrzyli się, jakbym zamierzał coś ukraść. „To jest twoje miejsce, Ye, nie mów o wyglądzie. To jest twoje miejsce, Ye, jesteś czarny, więc jesteś Demokratem”

…oraz odniósł się do tego, że ludzie, za każdym razem, gdy coś robi, twierdzą, że się kończy.

Upadamy i się podnosimy. To jest znak zwycięstwa. Cokolwiek robię, trzy razy w roku, ludzie mówią: „Whoa, to koniec. To ostatni raz, kiedy go widzimy!” Ludzie mówią, że jestem poza kontrolą. Ja jestem poza ich kontrolą – mówi.

Jednak po tylu latach świetności nie ma w tym nic dziwnego, zwłaszcza biorąc pod uwagę te wszystkie szalone deklaracje i ruchy Kanye’ego. My jednak póki co jesteśmy otwarci na kolejne pomysły, a przede wszystkim o Westa spokojni. „Jesus Is King” tylko nas w tym utwierdziło.

fot. Paolo Pellegrin

Zostaw komentarz

News
Czy „W lesie dziś nie zaśnie nikt”? Najnowszy polski slasher

Pamiętacie konwencję kiczowatych horrorów, które oglądaliście na kasetach VHS? Przesiąknięte krwistą posoką obrazy, przez które nie mogliście zasnąć? Fale przemocy zalewające kadr? Ofiary, które, jedna po drugiej, patrzyły śmierci w oczy? Brzmi kusząco, prawda? Stare, dobre czasy… Tęsknicie za nimi? Spokojnie – Bartosz Kowalski zapewni wam retrospektywną podróż do, uwielbianego niegdyś, kina klasy B.

„W lesie dziś nie zaśnie nikt” jest swego rodzaju powrotem do przeszłości. Ukłonem reżysera w stronę paralelnych produkcji, takich jak Teksańska masakra piłą mechaniczną Hoopera, Piątek, trzynastego Cunninghama czy Krzyk Cravena. Horror stanowi polską wersję amerykańskiej, dobrze nam znanej, fabuły, która sprowadza się do bezlitosnego wyrżnięcia wszystkich bohaterów. Wyjątkiem jest oczywiście tak zwana „final girl”, w której rolę wciela się Julia Wieniawa.

Na ekranie możemy obserwować gwiazdy polskiego kina. Piotr Cyrwus kreuje rolę, niezwykle intrygującego, księdza. Olaf Lubaszenko przedstawia charakter klasycznego polskiego policjanta z Polski „B”. Izabela Dąbrowska wciela się w postać prostytutki. Jest też Mirosław Zdrojewicz, znany z kultowego filmu Chłopaki nie płaczą, który tym razem odgrywa rolę listonosza. I nie tylko – jego kreacja okaże się dużo ciekawsza, niż mogłoby się wydawać.

Kowalski doskonale zdaje sobie sprawę z magicznej mocy suspensu. Wprowadza wątki, które – jedynie chwilowo – obniżają ciśnienie krwi, by uderzyć nas ze zdwojoną siłą. Nie polecamy więc przyzwyczajać się do któregokolwiek z bohaterów. Postacie, które zaczynamy darzyć sympatią, mogą zostać przepołowione siekierą, nabite na pal, czy pozbawione głowy… Sposobów na frenetyczne bestialstwo jest wiele.

Warto zwrócić uwagę na ścieżkę dźwiękową Jimka, czyli Radzimira Dębskiego. Dzięki niej Kowalski przekazuje widzowi intencję konkretnych scen. Zaznacza, że puszcza oko w stronę widza. Pokazuje, że w tym szaleństwie jest metoda. Jaka? Kiczowata, przewidywalna, chwilowo zabawna. I co najważniejsze – zamierzona.

Makabryczne obrazy, które pojawiają się na ekranie, przecież mają być niewiarygodne, prześmiewcze, niemalże groteskowe. Kowalski w ten sposób eksploruje zarówno granice eksperymentalności dzieła, jak i przestrzeń widza skłonną do zagłębienia się w konwencję tego typu horroru.

Wszystkie te okropności… Aż strach o nich myśleć. Krwiste flaki. Odejmowanie człowieczego mięsa… Larwy penetrujące wnętrzności. Psychotyczne dewiacje. Otępienie spowodowane czynieniem zła. Czerpanie przyjemności z mielenia ludzkiego ciała. Wszystko to znajdziemy na ekranie.

Zobaczcie! Nawet jeśli nie jesteście fanami tego typu kina. Jedno możemy wam zapewnić – w lesie – tak samo jak przed ekranem – nie zaśnie nikt. Dajmy szansę czemuś nowemu, nawet jeśli w pewien sposób powielonemu, zaczerpniętemu z Zachodu. Doceńmy to, że możemy cieszyć się czymś innym – odbiegającym od martyrologicznej narracji, czy komedii romantycznych. Kto by pomyślał, że w 2020 roku ukaże się polski slasher?

fot. Netflix

Zostaw komentarz