Felieton

„Romantic Psycho Film”. Historia rapera, który w końcu może odetchnąć

Michał Szyndler -
Felieton - - Dodane przez Michał Szyndler

„Romantic Psycho Film”. Historia rapera, który w końcu może odetchnąć

4 września na 17. Festiwalu Filmowym Millenium Docs Against Gravity miała miejsce premiera dokumentu „Quebonafide: Romantic Psycho Film”. W wielu recenzjach produkcja z ciechanowskim raperem w roli głównej była określana mianem „pozostawiającego niedosyt” i „niepełnego”. Od niedawna można obejrzeć ją za darmo na stronie producenta, a ja sprawdziłem, jak to właściwie jest z tą „historią zblazowanego rapera”.

Film o „życiu totalnym”

Dokument trwa niespełna 40 minut. Rozpoczyna się ujęciami, na których jadący pociągiem Kuba nuci smutną piosenkę. Chwilę później przenosimy się na koncert: Que wykonuje „Madagaskar”, a kochający go tłum szaleje. I znowu: w ułamku sekundy przenosimy się do ogródka rapera, gdzie ten wężem ogrodowym myje Lamborghini. A gdy zakręca ogrodowy kran, kolejny raz, bez wcześniejszej zapowiedzi przenosimy się w inne miejsce. Puste pole pod sceną, w tle krzątają się organizatorzy, a Que oparty o barierkę przegląda coś na telefonie. I to jest pierwszy moment, w którym można powiedzieć, że Kuba i my mamy chwilę dla siebie.

Te ujęcia są trochę jak życie, które do tamtej pory prowadził raper. Szybkie, dynamiczne, krótko mówiąc: „życie totalne”. Zapowiadają to, z czym my, widzowie, będziemy mieli do czynienia. Jeżeli miałbym wskazać jedną, główną zaletę tego dokumentu, powiedziałbym, że jest nią to, że możemy po prostu pooglądać, jak Que dobrze się bawi, żyje prawie normalnym życiem i prawie nikt go nie zaczepia. Prawie normalnym, bo przecież jest w podróży, najpierw koleją transsyberyjską, a później przez Chiny i Mongolię. Ale jest to życie zdecydowanie bardziej zwyczajne niż to, które prowadzi w Polsce. Kiedy rozmawiałem z Young Lungsem o powstawaniu „Między Słowami”, podkreślał, że już wtedy Que był na tyle sławny, że nie mógł przejść ulicą, nie będąc rozpoznanym. Oglądając „Romantic Psycho Film” odnosi się wrażenie, że Quebo może wreszcie po prostu odetchnąć.

Nie tylko piękne widoki

Od strony wizualnej „Romantic Psycho” ogląda się naprawdę dobrze, bo jest w nim to, czego my jako fani, potrzebujemy. Mamy trochę czasu, aby spokojnie pobyć z artystą, do którego na co dzień nie mamy dostępu. Kadry są po prostu ładne. Mimo, że mają w sobie coś, co charakterem przypomina zwyczajne vlogi, widać w nich tę kinową manierę. Czasami oczywiście są takie, w których dostrzec można pewne niedociągnięcia i chcielibyśmy, aby wyglądały lepiej, ale przecież „content is a king” i najważniejsze jest, aby w ogóle te momenty (takie, jak chociażby pogoń za pociągiem) pokazać, a nie to, jak ostatecznie będą wyglądały. Z drugiej strony, mamy kilka operatorskich perełek, które zasługują na szczególne wyróżnienie: Quebonafide i Krzy Krzysztof spacerujący nad Bajkałem albo na pustyni Gobi w Mongolii i Que rapujący w towarzystwie starszych ludzi podczas pobytu w Szanghaju. Te ujęcia są po prostu piękne.

Czy pozostawia niedosyt?

Według mnie, z perspektywy słuchacza Quebonafide, ten dokument jest dobry. Właściwie jedyne, co można mu zarzucić, to fakt, że ma w sobie coś z vloga. Czy to źle? Dla mnie nie, ale spróbowałem postawić się w sytuacji widza, który oglądał go w dniu premiery, z towarzyszącymi mu ogromnymi oczekiwaniami. Bo między atmosferą sali kinowej, a własnym kątem i laptopem trzymanym na kolanach jest jednak różnica. I zgodzę się z tym, że oglądany na sali kinowej „Romantic Psycho Film” może pozostawić lekki niedosyt, bo jeżeli nie jest się fanem rapera, to poza wspaniałymi widokami i możliwością towarzyszenia Quebonafide, na wielkim ekranie może mu brakować „tego czegoś”.

„Romantic Psycho Film” możecie obejrzeć TUTAJ.

fot. kadr z „Romantic Psycho Film”

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
Ma 16 lat, wygląda na 10, a rapuje jak wyjadacz sceny. Poznajcie KaNoe!
KANOE - FREESTYLE SAVIES (Clip officiel)

Kojarzycie Planete Rap? Tak, to ten program radiowy, w którym Paluch rozgrzany do czerwoności od duchoty spowodowanej wszechobecnym dymem nawijał „OKO” i gościnną zwrotkę w utworze „Gozier” PLK. Rok temu w tym radiu pojawiła się równie nietuzinkowa, choć określana tak z innych powodów postać. Ledwie 15-letni KaNoe.

Chłopak jest młody, ale i tak nie wygląda na swój wiek. Gdyby ktoś wtedy nie znając go, wszedł do studia, pewnie zapytałby się pobłażliwie: „Zgubiłeś się, dzieciaczku?”. Tymczasem KaNoe udowodnił, że absolutnie nie jest zagubiony, a w studio pełnym starszych kolegów, mających na swoim koncie już pewnie poważne biznesy i wyroki, czuje się jak ryba w wodzie. Wydawać by się mogło, że wejście w takie otoczenie ma dla niego miejsce zdecydowanie za wcześnie, ale po chłopaku słychać, że to nie pierwszy raz, kiedy obraca się w takim towarzystwie. Dlatego też nawija tak, a nie inaczej – z pewnością siebie, przekonaniem i przekąsem. Przypominam, miał zaledwie 15 lat.

Od tamtego czasu minął rok, a KaNoe prężnie rozwija swoją karierę. Do napisania tego tekstu zainspirował mnie świeżutki „Freestyle Savies”, bo zwyczajnie mi o tym chłopaku przypomniał. I jestem wciąż pod tak samo dużym wrażeniem, bo młody raper nie tylko zaliczył progres w nawijaniu, ale, o ironio, zaczął wyglądać jeszcze młodziej przez odciętą niby od garnka fryzurę, którą chyba każdy z chłopaków nosił gdzieś w okolicy pierwszej klasy podstawówki.

Trzeba też zaznaczyć, że KaNoe nie jest przez branżę traktowany jako ciekawostka, a jako wielki talent. Za jego karierę odpowiedzialne jest Warner Music Group, które dba o to, by produkcje utalentowanego rapera od początku jego przygody były profesjonalne i jakościowe. Bo o to, że będą dobrze nawinięte, nie martwi się nikt. Efekt? Jego single już mogą cieszyć się wielomilionowymi odsłonami, czego dowodem jest powyższy singiel „Mouv du Boug”. Z niecierpliwością czekam na album, licząc po ciuchutku, że przy okazji jego wydania będzie wyglądał jeszcze młodziej. Może zacznie wozić się ze smoczkiem?

fot. kadr z klipu „KANOE – FREESTYLE SAVIES (Clip officiel)”, YouTube.com/KaNoé Officiel

Zostaw komentarz

Felieton,Hip Hop
Wehikuł czasu – Machine Gun Kelly „Tickets to My Downfall” [Recenzja]
Machine Gun Kelly - jawbreaker (Official Audio)

Jakiś czas temu pisałem o nowej stylówce MGK-a, który odbił od rapu, by tworzyć pop-punk. Colson już wcześniej przejawiał pewne cechy, które łączyły go bardziej z punk-rockowcami niż raperami. Wreszcie zdecydował się pójść w tym kierunku, w którym poprowadzić chciała go jego wewnętrzna natura i dokładnie to zrobił. Single wydane w nowym stylu przyjęły się bardzo dobrze, przez co oczekiwania odnośnie płyty były dosyć spore. Album je spełnił, niejako zaprzeczając samemu tytułowi.

Są raperzy, którzy potrafią odnaleźć się w innych gatunkach muzycznych. G-Eazy na przykład przyzwoicie poradził sobie w alternatywnej wersji na „Everything’s Strange Here”, a Logic naprawdę dobrze poradził sobie w delikatnym, gitarowym wydaniu na albumie „Supermarket”. Obydwaj nadawali się do tej muzyki, której się podjęli, ale o MGK-u już nie można tak powiedzieć. Dlaczego? Bo on po prostu pasuje do pop-punka i brzmi na „Tickets to My Downfall”, jakby dopiero co odnalazł swoje artystyczne „ja”.

Na przestrzeni całej płyty wychodzi to, że Colson naprawdę umie śpiewać. Czasem się wydrze, innym razem delikatnie i emocjonalnie coś zanuci, ale zawsze brzmi dobrze i co najważniejsze – naturalnie. Mało tego, świetnie rozumie się on z podkładem, bo wpasowane przez niego melodie leżą jak ulał. Mam nawet wrażenie, że lepiej wykorzystuje ich potencjał, niż w przypadku typowo rapowych bitów.

Jedynym czynnikiem, do którego można się przyczepić w kwestii brzmienia płyty są goście. Nie wszyscy bowiem tutaj pasują. W zasadzie tylko Halsey odnajduje się w tej stylistyce fantastycznie, brzmiąc niemalże jak Avril Lavinge za najlepszych lat. Całkiem przyzwoicie wypadł też Iann Dior, który również wpasował się w klimat, choć już show nie skradł. Nie można niestety tego powiedzieć także o blackbearze, dla którego bit musiał zostać pozbawiony gitary i charakterystycznego rockowego brzmienia. Trippie Redd już te charakterystyczne cechy w podkładzie dostał, ale zawył tak okrutnie, że udowodnił, że akurat on powinien trzymać się rapu.

Oprócz tego, że „Tickets to My Downfall” po prostu dobrze brzmi, wzbudza niezwykłą nostalgię u wszystkich, którzy obecnie mają przynajmniej ponad 20 lat. Ja, słuchając tego krążka, poczułem wielki sentyment. Muzyka, którą MGK gra, była najpopularniejsza wtedy, gdy dzieci urodzone w późnych latach 90. stawały się nastolatkami. Album wpasowuje się idealnie w standardy najbardziej hitowych piosenek z drugiej połowy pierwszej dekady XXI wieku, dzięki czemu wraz z emocjami, które daje ona sama, przywołuje całą masę prywatnych wspomnień. Ta płyta to wehikuł czasu. I znów największym zmartwieniem jest zawalona kartkówka z matematyki i fakt, że osoba, w której jesteśmy zauroczeni odpisała nam na Gadu-Gadu bez emotki.

fot. kadr z wideo „Machine Gun Kelly – jawbreaker (Official Audio)”, YouTube.com/MachineGunKelly

Zostaw komentarz