Hip Hop,Wywiad

Rozmawiamy z producentem teledysków hip-hopowych. Patryk Kosmala szczerze o branży

Klementyna Szczuka -
Hip Hop,Wywiad - - Dodane przez Klementyna Szczuka

Rozmawiamy z producentem teledysków hip-hopowych. Patryk Kosmala szczerze o branży

W Polsce nie stać nas na tworzenie klipów na światowym poziomie. W sporze, czy w hip-hopie flex jest lepszy niż autentyczność, Patryk Kosmala ma własne zdanie. Produkował teledyski dla Peji i Young Igiego, współpracował m.in. z Żabsonem czy Brahem, a w rozmowie opowiedział mi, jak branża i jego praca wyglądają od kulis.

Jak to się stało, że zająłeś się produkcją wideo?
Od 12 lat pracuję jako model, a że w modelingu tylko przez krótki czas ma się swoją świetność, później trzeba wymyślić coś innego. Dwa lata temu stwierdziłem: kurczę, skoro mam kontakty w branży, to mogę je wykorzystać, stanąć po drugiej stronie. Zajmuję się więc produkcją sesji zdjęciowych, teledysków, w których też występuję, organizacją eventów. Jestem project managerem firmy Master Vision, w której jako ekipa tworzymy superzgrany team. Należy do niej także Buszman, który oprócz tego, że tworzy klipy i robi zdjęcia, jest raperem. Oczywiście sam niczego nie kręcę. Muszę wybrać odpowiedniego kamerzystę w zależności od tego, czy dany teledysk ma być z efektami, czy na przykład czarno-biały jak „1976” Peji.

Na czym polega produkcja wideo?
Dostajemy scenariusz, czytamy go. Od osoby, która zleca nam pracę, dostajemy określony budżet, za który trzeba wszystko ogarnąć. Na przykład wynająć jakieś fury. Jeśli zrobię to po znajomościach, tym więcej zysku jest dla mnie. Działać jako manager produkcji oraz gość przed kamerą, to trochę być jak Quentin Tarantino.

Pracujesz przy polskich teledyskach hip-hopowych. Co sądzisz o naszych inspiracjach Zachodem?
Teraz na to jest boom, a stylizacja zachodnia jest lepsza niż polski osiedlowy patorap w Pitbullach. Sam interesuję się modą, oglądam pokazy, śledzę projektantów, kampanie różnych marek, na przykład MISBHV czy Vlone. To też pomaga czerpać inspiracje. Ale z drugiej strony, w showbiznesie trzeba pilnować tego, aby nie popsuć sobie image’u. Dostałem ostatnio propozycję, żeby wystąpić w „Hotel Paradise”, czyli polskiej edycji „Love Island”. Zapytałem, czy się dobrze czują, skoro uważają, że do nich pasuję.

To totalnie nie twoja estetyka. (śmiech)
Jakbym miał określić tych ludzi… To tacy faceci napinatorzy w Philippach Pleinach, taki trochę burdel na kółkach w telewizji. No proszę cię, są istotniejsze rzeczy na tym świecie niż chwila sławy. (śmiech) Odmówiłem tak samo jak Peja, gdy dostał propozycję walki w Fame MMA. Miał za to dostać niecałą bańkę, ale to i tak bardzo dużo. Taka osoba zaskarbia sobie szacunek wśród fanów.

Dużo odrzucasz podobnych propozycji?
Zdarza się. Raz miałem mieć sesję dla nowej marki More Dough More Ass i gdy usłyszałem, że mam mieć zdjęcia wraz z Martą Linkiewicz, złapałem się za głowę i stanowczo odmówiłem. Nie chcę być kojarzony z takimi ludźmi, a tym bardziej nie potrzebuję podobnych znajomości. Sam jestem dla siebie managerem. Kiedyś byłem w trzech agencjach w Warszawie, ale gdy zobaczyłem, jak to wszystko działa, okazało się, że sam więcej sobie załatwiałem, i nawet znajomym, niż agencje. Występowałem na przykład w teledysku „Elegancko” Żabsona, to miały być osoby wytatuowane, a kiedyś sam robiłem dziary. To wtedy poznałem managera Young Igiego.

I później trafiłeś na plan „Innego Gatunku”?
Tak. Powiedziałem mu, że sam robię klipy, po czym zlecił mi tę produkcję. Dostałem scenariusz i listę rzeczy do ogarnięcia. Z tego, co pamiętam, mówili, że najtrudniejszy dla nich do zorganizowania był strój robota, zwłaszcza, że mieliśmy na to tylko tydzień i wszystko było gotowe. A to właśnie tę rzecz ogarnąłem jako pierwszą. Szedłem kiedyś w pokazie mody u Patryka Wojciechowskiego w Teatrze Szekspirowskim w Gdańsku na Gali Amber Look, w którym jednym z projektantów była Katarzyna Konieczka. Laski na jej pokazie chodziły w strojach robota. Połączyłem fakty, wyszukałem ją na Instagramie i do niej zadzwoniłem. Okazało się, że jak ja mieszka w Sopocie, w dodatku ulicę ode mnie.

Gdzie nagrywaliście ten teledysk?
W Trójmieście. Na początku kręciliśmy chyba sześć godzin w studiu na green screenie, a później trzeba było ogarnąć palmiarnię. Palmiarnia jest tylko w Gdańsku, w Parku Oliwskim. Pojechałem tam – zamknięte. Okazało się, że była w przebudowie, mimo że na ich stronie było napisane, że jest otwarta. Często są jakieś schody, więc trzeba mieć plan B, a nawet plan C. Ostatecznie palmiarnię zrobiliśmy w kwiaciarni Fjoł, której wcześniej poznałem właściciela, Pawła. Wstąpiłem tam przypadkowo, szukałem ciekawych roślin do domu, a gdy zobaczyłem wnętrze, od razu widziałem w nim potencjał. Nie musiało długo czekać, żeby je wykorzystać. Wstawiliśmy tam palmy i przyszliśmy z dymarkami. Można wszystko oszukać w kamerze.

Jak oceniasz możliwości tworzenia teledysków w Polsce?
Przede wszystkim budżet. On jest wyznacznikiem tego, jaki będzie teledysk. Jeśli ktoś chciałby mieć klip rodem z Ameryki, a chce zrobić go po kosztach, to nie powinien tego robić w ogóle. Dodatkowo, jeżeli kręcenie ma być wyjazdowe, z całą ekipą, koszty są dwa razy większe.

Są na to pieniądze w Polsce?
Nie, dlatego właśnie produkcja rapowych teledysków nie jest tym, czym głównie się zajmuję. Te klipy tylko są tak pięknie zrobione i wyglądają bogato. Na przykładzie Żabsona „Elegancko”, w którym widzimy, że mają fity za trzydzieści koła euro: ciuchy z Vitkaca kupione przez internet można zwrócić, więc po prostu później się je oddaje. Od góry do dołu byliśmy ubrani za kilkanaście tysięcy, ale te rzeczy były z metkami; gdy są jakieś błyskotki, to one nie są prawdziwe. Poza tym raperzy często dostają ciuchy za free w ramach ich promocji na klipie. Podobnie jak kwit, który pozwala na lepszą jakość produkcji.

To jest takie wykreowane, wyimaginowane. Wiadomo, że ktoś sobie może pomyśleć, że taki raper ma w chu* hajsu. Ale on nie przyjechał swoją furą jak jakiś 50 Cent, który może to zrobić swoim Veyronem albo sześćdziesięcioma innymi samochodami. U nas po prostu jest tak, że nawet gdy trzeba wypożyczyć jakąś furę, to wypożyczenie, załóżmy, Lamborghini Aventador SVJ z zeszłego roku, wynosi chyba ze trzy tysiące złotych za dobę, a do tego dochodzi 30 tysięcy kaucji. To by kompletnie zjadło cały budżet.

Nie masz problemu z tym, że te klipy są nieprawdziwe?
Wiemy, jak działa internet i telewizja. Praktycznie wszystko, co tam widzimy, jest złudne i mija się z prawdą. Ale jest pokazane tak, żeby cieszyło oko i ładnie wyglądało. Myślę, że dobrym pomysłem byłoby nagrać kiedyś taki teledysk w stylu making of. Brahu na przykład zrobił coś takiego, że przychodzi do salonu samochodowego, a później pod koniec teledysku wraca i oddaje kluczyk. Nawet mu zaproponowałem, że mógłbym ogarnąć mu jakieś ciuchy na klip, poubierać wszystkich, a on mówi: „Patryk, jeśli chcecie dla innych, to owszem. Ja jak będę miał na to pieniądze, to sobie kupię”. Niektórzy są prawdziwi i nie muszą niczego udawać, a są tacy, co kreują się na maharadżę, ale to jest maharadża na kredycie.

Jak w ogóle oceniasz teledyski w Polsce?
Tak szczerze? Średnio. Ale na przykład „Inny Gatunek” Young Igiego i Kizo podoba mi się całkowicie. Jest zrobiony z pomysłem, jest niekonwencjonalny, nie jest jakiś seksistowski. Bo to nie tak, że w teledysku rapowym muszą być fury, dupy i lejący się Dom Pérignon. Lubię, gdy coś jest świeże, niekonwencjonalne, nieoczywiste.

Gdyby więcej pieniędzy chcieli na to przeznaczać… To też jest tak, że te małe budżety chcą mieć niewiadomo co w teledysku. A kwoty, którą dali do dyspozycji nie da się przeskoczyć. Poza tym zdarzają się sytuacje, że czasem się coś porysuje i nie można tego oddać. To też pochłania koszty. Teraz Quebo marketingowo działa fajnie, uważam.

No właśnie, co sądzisz o nowym Quebo?
Czy gadają dobrze, czy gadają źle, ważne, żeby gadali. Uważam jednak, że jeśli coś jest dobre, to samo powinno się obronić. Przede wszystkim muzyką. A po co zmieniać i tak udawany image?

Lubię, gdy ktoś w życiu publicznym jest taki, jak w życiu prywatnym. Jeśli chodzi o muzykę, wolę słuchać trapów wzorowanych na tych amerykańskich, ale z kolei bardziej szanuję ludzi, którzy są jak Peja albo Bonus. Takich prawilniaków. Oni są tacy, jak się pokazują, a tutaj… każdy ma maskę.

Twoi ulubieni raperzy to…
Głównie słucham old schoolu, bo ta muzyka ma w sobie duszę i jest ponadczasowa. Smutne jest to, że to, co ostatnio najlepiej się sprzedaje i ma najwięcej wyświetleń, jest beznadziejne i coraz gorsze. Oczywiście znajdą się też tacy, których lubię – Travis Scott, Drake, Post Malone, Migos, Young Dolph. W Polsce PRO8L3M albo Szpaku.

Często zdarzają się seksistowskie sytuacje w pracy na planie?
Oczywiście, na przykład gdy są wybierane modelki. Zależy też, z jaką ekipą się pracuje. Jeśli jest stała, to czegoś takiego nie ma, to jest niedopuszczalne. Ale jak się bada, to jest: „Weźmy tę, ta jest zajebista, to jeszcze jej dopłacimy i coś innego zrobi”. Nikt o tym nie wie, o tym się nie mówi, ale tak jest.

Jak współpracuje się z polskimi raperami?
Igi – mega w porzo ziomeczek, na samym końcu powiedział: „Mordo, wyszło lepiej niż przypuszczałem, przybij piątkę”. Kizo nawet się nie pożegnał, nie podziękował, coś tam burczał pod nosem. Są osoby, z którymi nie chciałbym już współpracować. Gdy ktoś mi nie podejdzie, nie będę robił tego dla pieniędzy. Mogę je inaczej zarobić.

fot. materiały prasowe

Zostaw komentarz

Udostępnij
News
5-tka piłkarzy z wersów polskich raperów! cz.1

W hip-hopie nie brakuje nawiązań do piłki nożnej. Nie brakuje także piłkarzy słuchających rapu, a nawet próbujących swoich sił w nawijaniu. Te dwa środowiska mocno się ze sobą łączą. Piłka nożna to sport, w którym nie można narzekać na kontrowersji, nowych wydarzeń czy intrygujących osobistości. Przede wszystkim zainteresowanie tą dyscypliną jest naprawdę ogromne. Dlatego raperzy tak chętnie nawiązują do piłkarzy, klubów i ich pozaboiskowych działań. Wybrałem 5-tke zawodników z wersów z polskiego hip-hopu. Kolejne zestawienie wkrótce!

Pięć propozycji – kolejność przypadkowa

  1. „Już nie jestem taki święty; Artur Boruc” – Cywil
    Na pierwszy ogień leci legenda polskiej piłki, której nie trzeba chyba przedstawiać. Jest to nawiązanie do czasów gry Artura Boruca w Southampton, których przydomek to „Święci”. Ogólnie cały utwór od Cywila, TMK Piekielnego, Skorka to kopalnia fajnych nawiązań do angielskiej piłki.

2. „Nie dam się wykiwać tak jak Virgil Van Dijk’a” – Avi
Holenderski obrońca w ostatnim czasie zaliczył niesamowity progres, stając się jednym z najlepszych stoperów na świecie. Lider defensywy Liverpoolu znalazł swoje uznanie wśród kibiców, a także jak widać raperów. Analogicznie pasuje ta historia do duetu Avi x Louis Villiain, podobny scenariusz, ale w innej branży. Nieprawdaż?

3. „Bo w końcu Eden to Hazard, ale czy Hazard to Eden?” – Muflon
Jest to jeden z moich ulubionych wersów nawiązujących do piłkarzy. Świetna gra słowna, do czego w sumie przyzwyczaił nas Muflon podczas bitew freestylowych. Quebonafide również nawinął kilka ciekawych „piłkarskich” linijek w swojej karierze. Ale nie ma co się dziwić, wiadomo o zamiłowaniu Kuby do tego sportu. Prywatnie jest fanem Arsenalu.

4. „Z dupą idziesz do łazienki, chce fajerwerek, Ty nie Balotelli” – ReTo
Włoski napastnik słynie z niecodziennych sytuacji pozaboiskowych. W środowisku piłkarskim mówiono, że gdyby przykładał się do treningów w 100%, to mógłby być światowej klasy zawodnikiem. ReTo nawiązuje do pożaru, który wywołał Mario Balotelli odpalając wraz z kolegami fajerwerki przez okno w łazience. W lipcu ubiegłego roku Włoch zapłacił mężczyźnie 2 tysiące euro, aby ten wjechał skuterem do morza. O Mario można pisać i pisać, znany jest z niezbyt mądrych i zaskakujących pomysłów.

5. „Tera trza już brać byka za rogi, jak Paulo Dybala, Paulo Dybala” – TUZZA
W tym przypadku trzeba trochę się orientować w piłce nożnej, aby zrozumieć ten wers. Paulo Dybala gra w Juventusie, a ich lokalny rywal to Torino FC, w herbie tego klubu widnieje byk. Oczywiście jest to dwuznaczna linijka i zapewne frazeologizm ma na celu zaznaczenie też, że czas na podejmowanie istotnych, często ryzykownych, decyzji. Warto wspomnieć, że Argentyńczyk ma polskie korzenie, które zawdzięcza dziadkowi. Piłkarz w wywiadach deklaruje, że czuje się bardziej Polakiem i Włochem, a w przyszłości chce zdobyć polski paszport.

fot. kadr z klipu „Lanek ft. Białas, ReTo – Pressing”, YouTube.com/SBMLabel

Zostaw komentarz

Felieton
3 albumy kolaboracyjne, które nie mają prawa się wydarzyć, ale wszyscy chcielibyśmy je usłyszeć

Żeby dwóch artystów nagrało wspólnie całą płytę, która będzie nie tylko dobrze, ale przede wszystkich spójnie brzmiała, potrzeba między nimi niezwykłej chemii. To wiąże się z kolei z sympatią, ale jak się okazuje, nie każdy duet musi czuć do siebie miętę od samego początku. Takim przykładem jest chociażby ledwie ogłoszona kolaboracja Cypisa i Faziego, którzy przecież mieli jeszcze niedawno ze sobą beef. Skoro oni się jakoś dogadali i do tego wydali jeszcze na świat wspólne dziecko w postaci „Grand Mastera Sowy”, to kto jeszcze mógłby się o to pokusić?

Fokus i Paluch

Konflikt obydwu Panów został sprawnie załatwiony. Raperzy trochę się podissowali, ale potem sprawę wyjaśnili prywatnie. Sam Paluch przyznał parę lat później, że sprawa zamknięta i nie ma problemu z podaniem ręki Fokusowi. No to skoro tak, to może podaliby ją sobie w studio? Techniczne, bogate w wielokrotne rymy zwrotki członka Pokahontaz połączone z bardziej chwytliwymi i bujającymi wokalami szefa B.O.R. mogłyby okazać się całkiem sporym sukcesem i paradoksalnie sporą świeżością na scenie.

Tede i Nowator

Ta fuzja to dosłownie polski T-Pain z rodzimym Seanem Paulem. Tede coraz odważniej kombinuje z brzmieniami, co słychać po nadchodzącym „Disco Noir”. TDF bardzo sprawnie płynie na klubowych bitach w trakcie ich zwrotek, ale na refrenie mógłby nawet lepiej sprawdzić się ktoś ze smykałką do prostych, ale zapadających w pamięć tekstów, które nie przeszkadzają melodii i to ją wypychają na pierwszy plan. Nowator pasuje jak ulał. Owszem, to mogłoby być nieco cringe’owe, ale kto nie puściłby tego na imprezie?

Filipek i Bedoes

Wciąż z uśmiechem na ustach wspominamy konflikt obydwu raperów, którzy najpierw zaczęli się atakować na ody, treny i sonety, by dopiero później sięgnąć po dissy. Widać, że artyści, choć bardzo się nie zgadzają, dobrze się rozumieją i to również byłoby słychać na ich płycie. Przemyślane i elokwentne punche Filipka idealnie przegryzałyby się z melodyjnością Bedoesa. Raperzy mogliby w zasadzie uzupełniać swoje słabe strony, oczywiście nie tracąc przy tym ani krzty humoru. Poza tym, to przecież nawet nie musi być album, może byś tomik poezji.

Zostaw komentarz