Hip Hop,News

Szpaku idzie na swoje i niefortunnie powiela nazwę kanału

Michał Fitz -
Hip Hop,News - - Dodane przez Michał Fitz

Szpaku idzie na swoje i niefortunnie powiela nazwę kanału

Wczoraj swoją premierę miał długo wyczekiwany krążek ekipy BOR. Wydawało się, że tego dnia członkowie kolektywu będą trąbić tylko o albumie, by jeszcze bardziej go wypromować. W totalnie innym kierunku poszedł jednak Szpaku, który tę okazję postanowił wykorzystać do ogłoszenia swojego nowego projektu, a co za tym idzie, odstąpienia od wydawania w BOR Records.

Szpaku wrzucił na swoje media społecznościowe niespodziewane ogłoszenie, w którym informuje, że otwiera „GUGU”. Raper zapewnia, że nie będzie to po prostu kolejny kanał z rapem, a szerszy projekt, który będzie łączył klimaty horroru z tymi baśniowymi. Wyjaśnia również co z jego koneksjami z BOR. Zapewnia, że wciąż pozostają w dobrych relacjach, a pójście na swoje wiązało się wyłącznie z chęcią stworzenia „własnego dziecka”. Możemy więc przypuszczać, że jest to ruch analogiczny do tego, który zrobili Sarius czy Gedz, tworząc odpowiednio swoje Anithype i NNJL.

Wszystko byłoby super, na Szpaka poleciałoby może co najwyżej kilka hejtów od zatwardziałych fanów BORu, gdyby nie małe niedopatrzenie, które spowodowało znacznie większe zamieszanie. Artysta z Morąga nazwał swoją działalność „GUGU”, a przecież taką samą nazwę ma już pewna podziemna ekipa, w skład której wchodzi chociażby Aleshen czy Pako. Na kanale pod tą nazwą panowie działają od roku, ale nie zyskali jeszcze szerszej popularności.

Najprawdopodobniej Szpaku nie zrobił odpowiedniego researchu, a o tym pierwszym „GUGU” zwyczajnie nie miał pojęcia. Zresztą, sam 2,5 roku temu wydał kawałek o tym samym tytule, więc śmiało można powiedzieć, że w Polsce to on pierwszy wprowadził to określenie, choć nie był już prekursorem jeśli chodzi o rozszerzenie tej frazy do poziomu działalności. Miejmy nadzieję, że obie strony po prostu się dogadają i ostatecznie obędzie się bez zgrzytów, a obydwa „GUGU” będą prosperowały niezależnie od siebie.

fot. kadr z klipu „Szpaku – Dzieci Burzy (BORCREW ALBUM) prod. Deckster”, YouTube.com/BORCREWOFFICIAL

Zostaw komentarz

Udostępnij
Hip Hop,News
Michael Jackson chciał nagrać z The Gamem i 50 Centem

The Game udzielił wywiadu portalowi HipHopDX i jednym z highlightów rozmowy okazała się historia o dosyć osobliwym telefonie, który raper odebrał podczas trasy po Kanadzie. Było to w czasach, kiedy protegowany Dr’a Dre był, po pewnym okresie obopólnego prosperity, skłócony z 50 Centem. Otóż do Game’a zadzwonił nie kto inny jak król popu we własnej osobie. Czego chciał Michael Jackson?

What’s beef

Mówił głębokim głosem. [Game imituje zwyczajowy wysoki głos Jacksona] Wciąż mogłeś powiedzieć, że to Michael Jackson. (…) Brzmiał jak afrykański Brytyjczyk? Wciąż mogłem powiedzieć, że jest czarny. W każdym razie mówił do mnie, jakbym to ja do niego zadzwonił. (…) Pyta mnie, czy mogę poczekać 10 minut. Mówię, że to on do mnie dzwoni. Ale czekam. W końcu mówi, że uwielbia „How we do”, słucha albumu i zaczyna cytować moje słowa. (…) Ty i 50 robiliście świetne rzeczy, byłoby okropnie, gdyby świat nie usłyszał was znowu razem. Dogracie się na mój album?

Game był poruszony propozycją, ale wówczas on i Fiddy pałali raczej żądzą zabicia drugiej strony niż rozmowy, a co dopiero wspólnego kawałka. Raper przyznaje, że nie odmówił Michaelowi wprost, ale już nigdy więcej nie doszło do żadnego porozumienia.

W każdym razie to ciekawa i warta wzmianki anegdota. Nawet jeśli odnosi się do kawałka sprzed 10 lat, bo to w „Better On The Other Side”, odzie do Michaela Jacksona, Game wspomina pobieżnie o sytuacji. Nigdy nie dowiemy się, jak mógłby wyglądać wspólny numer całej trójki, ale i tak sam fakt tego, że Jackson przyglądał się hip-hopowej społeczności i żywo angażował w jej życie, jest wart odnotowania. Nie zdarzało się to co prawda często, ale jak już miało miejsce, to na całego – jak wtedy, gdy wystąpił na scenie u boku Jaya-Z na Summer Jam w 2001 roku. Przełomowe wydarzenie, bo było związane z innym beefem – to właśnie wtedy Jay zaprezentował „Takeover”, diss m. in. na Nasa.

Poniżej cały materiał z Gamem:

fot. kadr z dokumentu „Leaving Neverland”, HBO

Zostaw komentarz

Hip Hop,Wywiad
WdoWA: Bycie normalnym czyni z ciebie bohatera [Wywiad]

WdoWA po latach przerwy spowodowanej trudnymi wydarzeniami w życiu prywatnym, wraca do gry. W przyszłym roku możemy spodziewać się jej trzeciego albumu, na którym po raz pierwszy pokaże swoje wrażliwe oblicze. Spotkałyśmy się tydzień po premierze jej pierwszego singla, w jednej z warszawskich kawiarnii. Rozmawiałyśmy m.in. o tym, jak Gosia czuła się przez ostatnie lata, jaka jest naprawdę oraz dlaczego kompromisy są tak istotne.

Długo nie było cię na scenie. Co się stało?
Decyzja o tym, żeby przestać angażować się w muzykę była dla mnie bardzo trudna. Zostałam do tego zmuszona przez okoliczności życiowe. To było w 2014, w ciągu roku opuściło mnie w sumie pięć bliskich osób, musiałam odpuścić przyjemności, poświęcić się rodzinie i rzucić wszystko łącznie z pracą zawodową. Nie miałam czasu, żeby pisać, nagrywać, całe dnie spędzałam w szpitalach. Po takich traumach życiowych bardzo zmieniają się priorytety. Zaczynasz się zastanawiać, na czym tak naprawdę chcesz się skupić.

Dlaczego postanowiłaś wrócić akurat teraz?
Nawet przez te kilka lat nieobecności tworzyłam i od święta wrzucałam coś do internetu. Potrzebowałam tego, ale mimo to nie mogłam i nie chciałam tak bardzo się angażować. W końcu udało mi się poukładać wszystko w życiu prywatnym i zacząć dobrze zarządzać czasem, ogarnęłam się. W tej chwili piszę scenariusz do filmu, piszę książkę, maluję obrazy i tworzę muzykę – piszę dla siebie oraz innych artystów. Oprócz tego mam pracę zawodową, małe dziecko, rodzinę i to ona jest dla mnie na pierwszym miejscu.

Dlatego tak rzadko wydajesz kolejne projekty?
Tak, ponieważ robię tak wiele rzeczy i w tylu kreatywnych obszarach wyrażam siebie. Pierwsza płyta – „Braggacadabra” – 2005 rok, druga – „Superextra” – 2010, oczywiście w 2013 była jeszcze epka „Listopad”, ale od mojego ostatniego longplaya minie niedługo 10 lat. I mimo, że nagrałam w tym czasie tyle kawałków, że kolejny album spokojnie mógłby ukazać się wcześniej, przez to, że prace tak się odwlekają, nabieram dużego dystansu do tego, co nagrywam.

Czujesz się tą samą osobą, którą byłaś jeszcze parę lat temu?
Jestem nią na pewno, ale zmieniły mi się poglądy, zapatruję się na życie zupełnie inaczej. Bardzo mnie śmieszy, gdy czytam, że to nie jest już ta stara WdoWA. No pewnie, że jest, tylko w zupełnie innym miejscu w swoim życiu.

Ludzie mają problem, jeśli ktoś nie ma stałego wizerunku. Często widzą jedynie kreację.
Gdy wydawałam „Braggacadabra”, miałam 19 lat, zdawałam na studia. Zrobiłam sobie wtedy jakieś kiczowate sesje zdjęciowe, kreowałam taki, a nie inny wizerunek. Ludzie, wierząc w to, że jestem tym, kogo zobaczyli na okładce, strasznie mnie zawiedli. Dla mnie było oczywiste, że taka Lil Kim to jest produkt. W ogóle nie przyszło mi do głowy, żeby myśleć o niej w kategoriach: prostytutka, ulicznica. Dopiero z biegiem lat zrozumiałam, że jestem sama sobie winna – nie dawałam nigdy ludziom poznać swojego prywatnego życia. Nie mówiłam też, że jest to kreacja, byłam w niej konsekwentna.

Nie wiem, czy można powiedzieć, że artysta jest winny. To jest sztuka. Myślisz, że istnieje jakieś rozwiązanie?
Jednym z takich rozwiązań jest właśnie dzielenie się swoją prywatnością. Jeśli jesteś na przykład aktorką, ludzie widzą cię w serialu i na ściance, mogą pomyśleć: „o, ta to jest oderwana od rzeczywistości i pewnie jeszcze ma pięć niań”. Tymczasem wchodzą do mediów społecznościowych i widzą, jak na planie zdjęciowym towarzyszy ci dziecko, jak sama się czeszesz i malujesz na tę ściankę w lusterku samochodowym. I jest im do ciebie bliżej. Gdybym postanowiła zostać teraz najstarszą raperką w Polsce i na siłę przekonywać do siebie ludzi, pokazywałabym, że mam dziecko, że chodzę do pracy, że też robię zakupy w Biedrze i próbuję wygospodarować czas, aby malować czy pójść na siłownię, to wydaje mi się, że mogliby oni mieć do mnie inne nastawienie.

Kim w takim razie będziesz na kolejnym albumie?
Będę sobą sprzed kilku lat, bo moje utwory zazwyczaj są podsumowaniem jakiegoś okresu w moim życiu. Czuję dużą potrzebę, żeby zrzucić ciężar, który towarzyszył mi przez ostatnie lata – będzie bardzo osobiście, ale nie będę dosłownie opowiadać o wydarzeniach, które miały miejsce.

Zmieniłaś jej tytuł.
Tak, miała być „Alpha”, ale album, który nagrałam pod tym roboczym tytułem, wrzucam właśnie do sieci jako „Mixtape-Wu cz. II”. Nie mówiąc już o nieudanych rozmowach i negocjacjach związanych z wydaniem tego materiału, które zajęły mi bardzo dużo czasu, to propozycja, którą dostałam, nie do końca spełniała moje oczekiwania dotyczące promocji. Nikt nie był w stanie mi jej zagwarantować.

Ostatecznie postanowiłaś zatytułować go „Hanna”.
Długo miałam opór przez to, jaki wykreowałam wizerunek, żeby nie dość, że jestem kobietą, to jeszcze pokazywać słabość. Uchodzę za osobę bardzo silną i taką, której wszystko się udaje. Po raz pierwszy odeszłam od tego wizerunku na „Listopad EP”, ale uznałam wtedy, że to jest minialbum koncepcyjny i mogę sobie na nim pozwolić na pewne smuteczki. Tym razem poczułam, że potrzebuję alter ego, żeby móc powiedzieć, że było chu*owo – że nie dałam rady, załamałam się.

Dlaczego akurat to imię i czytane po niemiecku?
Nie wiem. Pierwsze, które przyszło mi do głowy to Hanna, a że po polsku brzmi za miękko, uznałam, że wymawiane krótko, po niemiecku, najlepiej określa osobę, na którą mogę wszystko przerzucić. Jeszcze pracuję nad jej zarysem psychologicznym, ale jak złożę wszystkie piosenki na płytę, to myślę, że będę mogła powiedzieć, że jest to ta dziewczyna, o której nie myślisz: „wow, ale petarda, jej się zawsze wszystko udaje!”, a raczej: „ja pie*dolę, ale ją spotkał dramat… A ona z tego wyszła, więc jest super twarda”.

Kiedy ją poznamy?
Mam nadzieję, że przed wakacjami.

Będziesz wydawać sama czy nakładem jakiejś wytwórni?
Myślę, że sama. Nikt w tym kraju nie jest w stanie nic zagwarantować, chyba że jesteś Edytą Górniak czy Margaret – wtedy wytną ci papierowe standy i postawią w Empiku z okazji premiery płyty. Albo jesteś Pezetem i oplakatujesz całe miasto, albo Sokołem i wtedy agencja reklamowa wyda pół miliona złotych na promocję twojego klipu i jest to akcja marketingowa, reklamująca alkohol. Ja nie jestem artystką tego kalibru. Rozesłać informację prasową, że wyszła moja płyta, mogę sobie sama, a to jest wszystko, co mogą dać nam majorsy w tych czasach.

W twoim pierwszym singlu, „Mayday”, promującym nowy album, masz linijkę: „bunt nie jest już maską”. Buntujesz się jeszcze?
Ta prowokująca, twarda dziewczyna, która chciała tupnąć, coś głośno powiedzieć w tej ogarniętej przez mężczyzn branży, musiała kiedyś wkładać maskę i to właśnie ona była jej tarczą ochronną. W tej chwili jestem zbuntowana tylko w tych dziedzinach, w których chcę. Mogę sobie pozwolić na większą swobodę i przyznać, że czegoś żałuję, powiedzieć bez skrępowania, że ktoś jest lepszy, nie wstydzić się bólu. Mam w sobie dużo pokory, ale jeżeli coś mi się nie podoba, jestem w stanie powiedzieć to na głos. Dojrzałam.

Jak w takim razie czujesz się teraz, po zdjęciu tej maski?
W tej chwili, już po pierwszym utworze, czuję bardzo duży dyskomfort, a to jest dopiero wierzchołek góry lodowej, jeśli chodzi o to, co mnie spotkało…

Rapujesz o stracie wielu osób na przestrzeni jednego roku…
Tak… Leżałam również latami w szpitalach, miałam wiele operacji. Jest to dla mnie bardzo ważne, takie terapeutyczne, że mogę wreszcie to wyjawić ludziom i nie muszę mówić tego, czego oczekiwaliby ode mnie inni. Liczę się też z tym, że nie wszystkim spodoba się moje aktualne oblicze. Widzę to jak na dłoni. Gdy wrzucam kawałek o treści: „hej, jest super, idziemy po swoje!”, to jest: „WdoWA, WdoWA, WdoWA! Tak trzymać!”, a jeśli WdoWA powie, że bywa gorzej, to słyszę: „brakuje mi starej WdoWy, straciła pazura”. Liczę jednak na to, że moi słuchacze dojrzewali tak jak ja. Na szczęście mam bardzo silną grupę fanów, którzy są ze mną od zawsze.

Będziesz współpracowała w najbliższym czasie z dziewczynami?
Bardzo bym chciała. Ostatnio miałam okazję widzieć się z Reną, jej menedżerką oraz Ryfą, i w między czasie Rena – bardzo ją pozdrawiam, jest super – wykonała jeszcze telefon do innej raperki. Rozmawiałyśmy także o zaproszeniu do utworu kilku innych dziewczyn. Mamy parę raperek na scenie, które zasługują, żeby o nich więcej mówić. Myślę, że ja też jestem jedną z nich, z tym, że robię mało. Rozumiem więc, dlaczego nie jest o mnie głośno.

Za to dużo już zrobiłaś.
Ale to były też inne czasy, wtedy miałam tę uwagę, więc w żaden sposób nie czuję się pokrzywdzona. Teraz popularność mierzona jest lajkami i wyświetleniami w internecie. To tam przede wszystkim skupia się miłość i hejt. Kiedyś dostawało się je przede wszystkim na żywo i to dla mnie znaczy po stokroć więcej.

Bardzo podobał mi się utwór, który nagrałyście z AdMą. To, że muzycznie jest on zupełnie dzisiejszy, trapowy.
Dokładnie. Uważam, że Ada świetnie tam nawinęła i to jest wobec niej zwyczajnie nie w porządku – „Pantery” to kawałek promujący jej płytę i w normalnym świecie powinien mieć conajmniej 100 albo 200 tysięcy wyświetleń w ciągu tygodnia. Wydaje mi się, że gorszy odbiór wynika też stąd, że pomijając promocję, ciężko jest znaleźć rapujące dziewczyny w necie. Dopóki nie masz wsparcia od męskiej części sceny, legitymacji „ona jest dobra, ja z nią nagrywam”, nie istniejesz. Ja zostałam wsparta przez Gurala, Pezeta, byłam też w Alkopoligamii w czasach, gdy Mes był bardzo popularny i wydawał płytę za płytą. Nigdy nie będę negowała tego, że oprócz ciężkiej pracy, te współprace pomogły mi stać się rozpoznawalną.

Myślisz, że kiedyś ta legitymacja nie będzie potrzebna?
Życzyłabym sobie, żeby tak było, ale czuję, że nie będzie tak jeszcze przez wiele lat, a może nawet nigdy się to nie zmieni. Obym się myliła. W końcu Tupac nawinął w „Changes”, że nie jesteśmy gotowi, żeby mieć czarnego prezydenta, a jednak dwie dekady później prezydentem USA został Obama. Może więc za 10 czy 15 lat będzie u nas raperka, która nie dość, że będzie miała skille i wygląd, to jeszcze posłuch. Zdobędzie szczyt OLiS-u i wszyscy będą chcieli mieć ją na singlu. Żałuję, że to nie dzieje się teraz, bo taka AdMa czy Ryfa absolutnie powinny być tak samo dostrzeżone oraz powinny dostawać tyle uwagi, co na przykład Bedoes. Nie widzę specjalnej różnicy w treści i w formie, którą prezentują te dziewczyny względem mężczyzn. Oczywiście jednak dostrzegam różnice w stylistyce, we flow. Nie stawiam tu znaku równości. Mówię tylko, że w mojej ocenie, jest to muzyka na podobnym poziomie profesjonalizmu.

Bedoes jest jednak dość kontrowersyjną i wyrazistą postacią.
Ostatnio tak mnie on zaskakuje… Trzy lata temu przyszedł do mnie Teodor – mój przyjaciel, raper i niegdyś również mój hypeman, puścił mi jego kawałek i powiedział: „zobaczysz, o tym kolesiu będzie głośno”. Powiedziałam wtedy: „on przecież nie ma nic do powiedzenia, sorry, nie wierzę w to”. Ostatnio zaś powiedziałam Arturowi… „Kurczę, Artur, miałeś rację, zwracam honor, chłopak bardzo się rozwinął w tym, co robi”. I teraz odsłuchuję taki numer jak „1998” – uważam, że jest super, jest świetnie zarapowany i jest świetny marketingowo. Niestety nadal na maksa populistyczny.

Co dokładnie masz na myśli?
Śmieszy trochę mnie to, że w dzisiejszych czasach bycie normalnym czyni z ciebie bohatera – powiedzenie: „nie imponują mi twoje Balenciagi, tylko ta pani, która samotnie wychowuje piątkę dzieci”. Heroizm wart pokłonów (śmiech), ale to chyba coś nowego dla dzisiejszego słuchacza rapu. Wiem, że fascynacja tym numerem i raperem ma miejsce szczególnie wśród młodych, ale dla mnie byłoby wstydem, gdybym musiała coś takiego mówić do ludzi z mojego środowiska. Nie chcę być źle zrozumiana, ale dla tych, z którymi obcuję na co dzień, jest to normalne, że szanuje się starszych, ustępuje się miejsca. Nikogo nie podnieca pasek Gucci, nie gnębi się słabych i wspiera się rodziców. Nie są to bohaterskie czyny. Nie czyni to z ciebie w żaden sposób odmieńca, trendsettera czy kogoś wyjątkowego. Nawet nie wpadłabym na to, że taka postawa może być „wow”. Bedoesowi jednak teraz kibicuję i mimo wszystko rozumiem, jaki przyświecał mu cel.

Jest to w końcu konfrontacja ze schematami. Jeśli Bedoes mówi, że geje są w porządku w środowisku, i w ogóle w społeczeństwie, które jest wciąż uprzedzone, to…
Wydaje mi się, że każdy inteligentny człowiek wie, co to jest kompromis. Każdy widzi w telewizji, że biją homoseksualistów na marszu, widzi czarny protest i informacje o próbach zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej. Każdy widzi, że Kościół nie odprowadza podatków i może się z tym zgodzić albo nie, ale dąży do tego, aby poszukać rozwiązania i nie zaogniać konfliktu – żeby wszyscy czuli się bezpiecznie i mogli obok siebie funkcjonować. Trochę uproszczę, ale myślę, że głupi najpierw chcą się bić, słabi od razu chcą się poddać, a silni i mądrzy zawsze przede wszystkim szukają kompromisu.

Jaki masz zatem stosunek do konfliktu między starą a nową szkołą?
Jawi mi się on jako troszeczkę niezrozumiały. To dla mnie oczywiste, że pokolenia się wymieniają, że zmieniają się trendy. Trapu akurat w wykonaniu polskich artystów nie słucham, bo… (śmiech) Jeśli słuchamy czegoś nie w języku ojczystym, zawsze jest ta bariera, nawet gdy doskonale znamy drugi język. Inaczej to brzmi, kiedy przykładowo maluję obraz i w tle leci Tyga. Nie skupiam się wtedy na tym, o czym rapuje. Gdyby był to na przykład Young Multi czy Young Igi – bez ich oceny – i słyszałabym, co mówią, rozpraszałoby mnie to i skłaniało może do jakichś negatywnych refleksji.

Dlaczego?
Po prostu łatwiej jest mi uwierzyć, że to Tyga ma grono wielbicielek z okrągłymi pupami i zdobył swoje bogactwo, wychodząc ze skrajnej biedy, a nie taki Young Multi. Mogę się mylić, ale po prostu tak czuję. Nie oceniam, czy jest dobrym raperem. Wolę posłuchać w tle zagranicznego artysty, bo gdzieś mi to przelatuje i tyle. Nawet jak ostatecznie też mnie oszukuje tak jak 21 Savage, to jest dla mnie po prostu przyjemność. Nie mówiąc już o różnicy w technice, muzyce, flow czy charyzmie. Zresztą ja przez to właśnie bardzo rzadko i wybiórczo słucham polskiej muzyki. Ale jaram się na przykład Kabe. Myślę, że jest kotem.

Wiarygodność to jedno, a co z byciem „prawdziwym”?
Uważam, że dopóki coś jest finalnie dobrym, fajnym kawałkiem, nie powinno być najmniejszego problemu z tym, że Young Multi był gamerem, tak samo jak z tym, że KęKę był listonoszem. Albo Sebastian Fabijański – aktorem, a teraz będzie raperem i bity mu wyprodukuje Ostry. Tak, wielu powie, że rap jest gatunkiem, który przede wszystkim ma być prawdziwy i ma mówić o problemach społeczności. Ale czy ktoś, kto jest aktorem, celebrytą lub listonoszem, jest z góry skreślony z listy ojców, ziomków, obywateli, kochanków czy braci? Czy można w społeczeństwie tylko jedną rolę? Nie. Można być tymi wszystkimi osobami i mieć coś do powiedzenia. Nie mam z tym problemu, dopóki coś jest dobre, a listonosz nagle na tracku nie próbuje mi wmówić, że jeździ Merolem, chyba, że zarobionym w innej profesji albo jest przy okazji prezesem Poczty Polskiej, a gamer nie próbuje mi wmówić, że lajki na kanale zgadzają się dzięki dobrej muzyce.

Czym dla ciebie w takim razie jest muzyka?
To taka ścieżka dźwiękowa do życia. Pełni przede wszystkim rolę rozrywkową, ma sprawiać przyjemność, w tym także intelektualną. Jak cię dziewczyna zostawiła i chcesz popłakać, włączasz sobie „Muzykę emocjonalną” Pezeta, jak chcesz pokręcić się jak twister, to włączasz sobie Żabsona z Young Multim. Jak chcesz sobie porozmyślać i trochę pośpiewać, trochę na smutno, a trochę z jajem, to sobie włączasz Pro8l3m, gdy jedziesz samochodem. Dla każdego coś miłego i absolutnie na każdą okazję. Celowo wspomniałam o Żabsonie z Young Multim. To jest naturalna zmiana pokoleniowa, ja przecież nie jestem autorytetem dla ludzi, którzy mają 13 czy 16 lat. Oni interesują się artystami, którzy są na tym samym lub podobnym etapie w życiu i to oczywiste, że raczej nie będą słuchać Soboty albo Sokoła. Jeśli ktoś tego nie rozumie i ma z tym problem, uważa, że pojawienie się tych młodych artystów to jakaś napaść na starą szkołę, to przykro mi, ale nie rozumie podstaw funkcjonowania życia. A to, czy jest to dobre czy słabe, to już zupełnie inna kwestia. Również gustu. Chociaż wydaje mi się, że w tej nowej szkole jest wielu artystów, którzy nie odstają skillem od starych wyjadaczy.

fot. materiały prasowe

Zostaw komentarz