Felieton,News

Vega zapowiada 11 premier. Strzeżcie się!

Izabela Smolińska -
Felieton,News - - Dodane przez Izabela Smolińska

Vega zapowiada 11 premier. Strzeżcie się!

Gdyby tak (próbować) zrobić podsumowanie tematyczne to były już: policja, agenci specjalni, mafia (w kobiecym wydaniu), lekarze, zwykli ludzie (niezwykle “udane” “Ciacho” i “Last Minute”), a teraz zapowiadane są: kościół, handlarze (żywym) towarem i kobiety… w sądzie. Patryk Vega ma zainteresowania tak szerokie, jak gwiazdy na niebie (Wega to najjaśniejsza gwiazda w gwiazdozbiorze Ludni), do których zdaje się nawiązywać jego „przybrane” nazwisko. Strach się bać, co jeszcze może nam zaprezentować. A twórca straszy, że jest tego dużo.

Pamiętam Patryka Vegę, kiedy jeszcze nie był sławny. Mieliśmy wspólnego wykładowcę. W moich czasach studenckich tenże opowiadał anegdotę o „bardzo zdolnym, ambitnym studencie” z dużym zacięciem dokumentalnym (zdaje się, że robili wtedy razem jakiś studencki projekt w Oświęcimiu). Pamiętam, że chwilę wcześniej albo później przeczytałam gdzieś w jakiejś gazecie wywiad z początkującym reżyserem, który opowiadał wtedy, dlaczego zmienił nazwisko, o tym jak nie utrzymywał z nim kontaktu ojciec (m.in. dlatego właśnie zmienił nazwisko – drugi powód to myśl o “międzynarodowej” karierze) i o tym, że chce po prostu mieć w życiu trochę pieniędzy na jazdę dobrym samochodem (vide – pierwszy powód). Pamiętam, że już wtedy trochę się rozczarowałam, ale nadal – dziś to nieco wyznanie wstydu – obserwowałam Vegę.

Bardzo lubię jego pierwszego “Pitbulla”. I jeszcze bardziej „Prawdziwe psy” – dokument, na bazie którego powstał film, a potem serial. Niektóre z tekstów w nim były wyjęte jeden do jednego dokument vs. fabuła, a mimo to w ogóle nie przeszkadzało, bo czuło się, że jest prawdziwe. Kilka lat później, gdy Sławek Opala – pierwowzór filmowego „Despera”, w którego świetnie wcielił się Marcin Dorociński, popełnił samobójstwo (mimo że po licznych zawirowaniach – został zwolniony z policji za sprawy podobne do tych, które zobaczyliśmy na ekranie – zdawał się wyjść na prostą i miał nawet być konsultantem w jednym z nowych projektów), spotkałam się z Patrykiem Vegą na wywiad.

Muszę powiedzieć, że fajnie nam się rozmawiało. On się jarał policją, ja się jarałam policją. Obydwoje jaraliśmy się kinem. Było bez wielkiej napiny na „tworzę wielkie dzieła z misją”, bo „każe mi tak Bóg i on mnie prowadzi”. Zamiast tego usłyszałam prostą historię o tym, że „widziałem więcej, bo przez półtora roku spałem na komendzie i jeździłem z chłopakami na akcje” (głównie dzięki temu – co też Vega powiedział otwarcie – że jego mama spotykała się wówczas z oficerem). Było szczerze (było też kilka smaczków, których niestety nie mogę Wam powtórzyć – no cóż, wybaczcie:)).

Nie było tego, gdy widzieliśmy się drugi raz przy okazji promocji „Służb specjalnych”. Pamiętam, że siedzieliśmy wtedy o jakiejś bardzo porannej porze w Costa Coffee w miasteczku Wilanów tuż pod kopułą Świątyni Opatrzności Bożej i czułam, że coś bardzo się w tym obrazku nie składa.

A mimo to, poszłam na “Nowe porządki”. Głównie z sentymentu, trochę z nostalgii. Z malutkim kołataniem lęku w środku. Nie wiem, czy sprawił to klimat projekcji w kinie „Sokół” w zasypanym śniegiem Nowym Sączu (w dodatku byłam na randce), ale kupiłam (chociaż z większym dystansem) Majamiego, zwłaszcza w duecie z Olą.

Na „Niebezpiecznych kobietach” byłam już na pokazie bling-bling. Warszawskie „Złote tarasy”, ścianka, bankiecik. No i nowy producent – Emil Stępień – ze sceny dziękujący kobiecie, której w wielkiej tajemnicy nie chciał wymieniać z imienia, patrzący na siedzącą w pierwszych rzędach Dodę. I to by było na tyle. Wyszłam tak zażenowana, że nie pamiętam nawet smaku wina. Bardzo zresztą możliwe, że w geście solidarności z kinem postanowiłam go nie próbować. Było to zresztą, jak się później okazało, ostatni (wtedy) film Vegi z „Pitbullem” w tytule (i ostatni w producenckim duecie ze Stępniem) – dobrze. I przynajmniej o jeden tytuł za późno.

Potem był „Botoks” i drugie wówczas w historii polskiej kinematografii najmocniejsze otwarcie. Dodajmy, że pierwsze to również Vega i „Pitbull: Niebezpieczne Kobiety” (tu wstawcie sobie emota wybuchającego mózgu), Następnie „Czerwony punkt”, czyli krótkometrażówka promująca niedziałający już w Polsce Showmax, w czasie kręcenia której doszło do bardzo poważnego wypadku operatora filmowego i „Plagi Breslau” – czyli ekranizacja jednego z bardziej poczytnych kryminałów, mająca odkryć przed nami kompletnie nową Hankę Mostowiak Małgosię Kożuchowską (odkryliśmy mniej więcej tyle, że potrafi zmienić fryzurę, co ona sama porównywała do wyczynu Charlize Theron w oskarowej roli w „Monster”. Że tak powiem: aha).

Dalej – nie pamiętam. To znaczy – wiem, ale żeby to wymienić musiałam odpalić Filmweb (dzięki światu za internet!): były “Kobiety Mafii” – serial, “Botoks” – serial, “Kobiety Mafii” – film i “Kobiety Mafii 2”, które premierę miały przed tygodniem. Szczęśliwie – po tygodniu utrzymują się ze słabszym wynikiem niż poprzednie premiery. Nieszczęśliwie – z wciąż dużym. Nie wiem na czym polega fenomen wyznawców Krzemienieckiego (prawdziwe nazwisko Vegi), ale zdają się chodzić na jego kolejny premiery tym chętniej, im niżej oceniają je krytycy. Nie wiem, może to już jakaś masochistyczna forma bardzo niszowego sportu?

Jeśli tak, to będą mieli co robić. Vega już bowiem zdążył wyjechać do Azji (czym pochwaliła sięJulia Wieniawa). Reżyser wstawił na Insta zdjęcie w towarzystwie zakonnic – jego nowa (nie do końca wiem która, bo “nowa” – tak mi się zdawało – miała być o kobietach w wymiarze sprawiedliwości) historia ma być polską odpowiedzią na… polski “Kler”.

Myślicie, że gorzej być nie może? Może – zapamiętajcie! Jak zapowiedział na Pudelku (sic!), do 2023 roku Patryk Vega zaplanował aż 11 [!] premier. W tym w roku 2022… kolejnego Pitbulla. Serio. Szczęśliwy z odzyskania praw do tytułu, pochwalił się tym na Facebooku kilka miesięcy temu. Nowy – zatytułowany “Pitbull. Królowa chuliganów” (znów wyobraźcie sobie tego samego emota, co wcześniej), trafić ma do kin w 2022 roku, zaraz po premierze… ostatniej części trylogii o kobietach mafii (tak, będzie kolejna odsłona tego dzieła). To się nazywa mieć rozplanowany kalendarz.

KOCHANI !!!MIŁO MI OGŁOSIĆ, ŻE KULTOWY „PITBULL” ZNÓW ZAGOŚCI NA EKRANIE. STAŁEM SIĘ WŁAŚCICIELEM PRAW DO EKRANIZACJI…

Patryk Vega 发布于 2018年5月20日周日

Tak, tak, ja też chciałabym to odwidzieć (i odwiedzieć), ale się nie da. A wracając pamięcią do tamtych zajęć i tamtego wykładowcy chciałabym westchnąć.. „a taki to zdolny chłopak był”.

P.S. To macie, zobaczcie to ze mną:

fot. “Kobiety Mafii”, zwiastun reżyserski bez cenzury, KinoŚwiatPL/YouTube

Zostaw komentarz

Udostępnij
Hip Hop,News
Przyłu & VBS wracają z nowym kawałkiem:„Oriencik”

Mamy to. Na kanale QueQuality pojawił się nowy klip. To już drugi singiel promujący album „Stowarzyszenie Umarłych Raperów”, który ukazać ma się jeszcze w tym roku. Tym razem gościnnie na kawałku udzielił się reprezentujący QueQuality Kartky.

Przypomnijmy. Miesiąc temu był “Jazz”.

Teraz przyszedł czas na drugi singiel. Jak zapowiadają odważnie twórcy – “Stowarzyszenie Umarłīch Raperów” (#SUR) to nie tylko album rapowy, ale też, a właściwie – przede wszystkim – przedsięwzięcie, które ma zmienić polski rap. Grubo? No całkiem. I nie ma w tym zresztą nic złego, o ile deklaracje poprze po prostu dobra muzyka.

Przyłu i VBS to młodość. A ta (i dobrze!) zawsze jest odważna, czasem nawet na granicy z bezczelnością. Gdy idą za tym talent i ambicja, mamy niemal pewny przepis na sukces. Wiele wskazuje na to, że debiutancki duet Bartek & Wiktor może go mieć przed sobą. Tekstowo dostajemy sporo emocji i nieco osobistych doświadczeń, które w połączeniu dają dobre wrażenie szczerości, którą to hip-hop bardzo lubi.

A zresztą, możemy tu dużo pisać – jak jest, najlepiej ocenicie sami. Za produkcje współodpowiadają NOCNY i VBS. Obraz to postępek Pana Filmowca.

Ci, którzy zdecydują się na preorder krążka, mogą liczyć na plakat z autografem, naszywkę #SUR i vlepki.

fot. Przyłu & VBS ft. Kartky, “Oriencik”, prod. NOCNY/VBS /YouTube

Zostaw komentarz

Hip Hop
Spotify rządzi. Streamingi przejmują muzykę

Kiedy ostatni raz zdarzyło Wam się puścić fizyczną płytę w głośnikach? No właśnie. My też nie pamiętamy. Wiadomo – ciągle kupuje się krążki, ale to bardziej dla samych preorderów lub do naszej kolekcji ulubionego artysty, czasem z sentymentu. Reszta? – Platformy streamingowe. Zauważyliśmy to nie tylko my, ale również i przemysł muzyczny.

Zgodnie z nowym raportem branży muzycznej magazynu “Recording Industry Association of America”, usługi strumieniowego przesyłania muzyki (takie jak Apple Music, Spotify, Muzyka Google Play, czy Pandora) wciąż zyskują na popularności. Okazuje się, że w 2018 roku odpowiadały już za 75 procent wszystkich przychodów przemysłu muzycznego w USA. Sporo, prawda?

RIAA zwraca uwagę, że przychody z platform strumieniowych wzrastają z roku na rok. W 2016 roku wynosiły one ok. 3,8 mld dolarów, w 2017 już 5,72 mld, a w 2018 aż 7,35 mld. Całkowite przychody przemysłu muzycznego w 2018 roku wyniosły 9,8 mld dolarów (w 2017 roku 8,8 mld, a w 2016 – 7,6 mld).

Co więcej, cyfrowe pobrania z platform takich jak iTunes stanowiły 11 procent całkowitego przychodu w 2018 roku, a sprzedaż fizyczna płyt winylowych i płyt CD stanowiła tylko 12 procent. Co ciekawe, sprzedaż winyli odnotowała również wzrost o 8% od 2017 roku, podczas gdy sprzedaż CD spadła o 34 procent. Ponadto płatne usługi subskrypcji na żądanie, takie jak Apple Music, były odpowiedzialne za znaczny wzrost przychodów branży muzycznej, wraz z usługami reklamowymi.

Bez wątpienia aktualnie platformy streamingowe wygryzły rynek muzyczny. Nam może się to podobać – maksymalnie kilkadziesiąt złotych miesięcznie, za nieograniczoną ilość muzyki? Super sprawa. Ale czy dla samych zainteresowanych – muzyków – jest to dobry biznes?

Wygląda to tak. Artyści zarabiają na podstawie ilości odsłuchań ich kawałków. Stawki różnią się w zależności od serwisu. Inaczej więc wygląda to na Spotify, inaczej na Apple Music. W najlepszym jednak przypadku, aby artysta dostał za utwór tylko 1 dolara, użytkownicy muszą go odtworzyć 53 razy.

Lista zarobków za odsłuch na platformach streamingowych wygląda następująco:

  • Napster – 0,019 dol. za odsłuch
  • Tidal – 0,0125 dol. za odsłuch
  • Apple Music – 0,00735 dol. za odsłuch
  • Google Play Music – 0,00676 dol. za odsłuch
  • Deezer – 0,0064 dol. za odsłuch
  • Spotify – 0,00437 dol. za odsłuch
  • Pandora – 0,00402 dol. za odsłuch
  • YouTube – 0,00069 dol. za odsłuch

Pewnie też Was dziwi, że Spotify nie zajął pierwszego miejsca na liście? Niestety – proponowane przez niego zarobki nie są zbyt wysokie. Dodatkowo problemem na tej platformie jak i np. na TIDALu jest to, że wszystkie utwory są dostępne także dla użytkowników bez abonamentu, co denerwuje artystów. Niektóre kraje jednak próbują temu jakoś zaradzić. Przykładowo Szwedzi zaczynają podpisywać z wytwórniami kontrakty „na wyłączność dla użytkowników Premium”. Gorzej sytuacja ma się na YouTubie, gdzie całe albumy mogą wrzucać na swoje konta ludzie niemający praw autorskich do danego krążka. Jasne, jest przecież opcja zgłaszania takich problemów, jednak nie da się zablokować wszystkich “nielegalnych” treści.

Nie ma też znowu co przesadzać i skarżyć się na platformy streamingowe. Z takiego Spotify również da się wycisnąć niezłe pieniądze. Weźmy np. Chance The Rapper. Po trzech latach od wydania “Coloring Book” – mixtape 1 marca wyprzedał 1,5 miliarda strumieni na Spotify. Nie zapominajmy, że “Coloring Book” stał się pierwszym albumem przeznaczonym wyłącznie do streamowania, który zdobył listy Billboard 200 i wygrał nagrodę Grammy za najlepszy rap album. Da się? Da.

Gorzej mają się natomiast niszowi artyści. Ale przecież oni na sprzedaży płyt też nie zarabiają kroci. Platformy streamingowe to naprawdę dobry krok w rozwoju branży muzycznej. Czy będą w podboju rynku jeszcze bardziej ekspansywne? Patrząc na wielkość przyrostów udziałów w ciągu ostatnich lat przy równocześnie malejącym zapotrzebowaniu na płyty CD, można śmiało prorokować, że tak. Kto wie, może historia zapętli koło i z retro-nostalgii wrócimy kiedyś do walkmanów? No ale, jeśli nawet, to przyjdzie nam na to jeszcze trochę poczekać.

Fot. Goh Rhy Yan [unsplash.com]

Zostaw komentarz