Felieton

Warto obejrzeć – Funny Games

Anna Nejfeld -
Felieton - - Dodane przez Anna Nejfeld

Warto obejrzeć – Funny Games

„Czy fikcja jest prawdziwa? Przecież możemy ją zobaczyć w filmie.” – zastanawia się jeden z bohaterów-morderców w Funny Games (1997). I my również się zastanawiamy. Thriller psychologiczny jednego z najwybitniejszych współczesnych twórców filmowych – Michaela Hanekego – podsyca wżerające się w głowę, filozoficzne myśli. Artysta weryfikuje filmową konstrukcję, co nieuchronnie wiąże się z kreatywnością tego procesu. Z pewnością jest to produkcja warta obejrzenia!

Reżyser zmusza nas bowiem do pewnej pracy intelektualnej. Wkracza na, często uśpione, peryferie naszych umysłów. Zmienia wyobrażenie na temat przemocy, którą zwykliśmy obserwować na ekranie. Pozbawia nas „uprzywilejowanej” pozycji, w której znajdujemy się jako widzowie. Nie możemy, tak „po prostu”, obejrzeć Funny games. Jakież to byłoby – zapewne zdaniem Hanekego – nudne…

Założenia autora są, wbrew pozorom, całkiem zrozumiałe. Implikują ironię, prowokację, bezpruderyjne zburzenie ściany między widzem a bohaterami. W chwilach totalnego napięcia, pełnego zaangażowania, przeżywania filmu… Morderca odrywa wzrok od swojej ofiary i spogląda prosto… w oczy widza.

Dlaczego mordercy igrają z emocjami odbiorcy? Podjudzają, może nawet…prowokują? Zwracają się do niego wprost: „jesteś po ich stronie, prawda?”, „myślisz, że mają szansę?”, „jesteś zadowolony czy chcesz kolejną wersję?”.

W jaką konwencję zostajemy wciągnięci? Do jakiego wysiłku intelektualnego „zmusza nas” Haneke? Ni stąd, ni zowąd okazuje się, że nie oglądamy zwykłego filmu. My  u c z e s t n i c z y m y  w torturze. Jesteśmy wciągnięci w tytułowe funny games. Dlaczego?

Z pewnością zdarza się nam posilić prostą, fast-foodową rozrywką. Przewidywalna konwencja pop-kulturowa nie zmusza nas do pogłębionej refleksji. Mimo wszystko – taką rozrywkę pochłaniamy…. To właśnie w nią mierzy Haneke. Tworzy przesłanie polegające na pewnej faktyczności. Na momencie „tu i teraz”. Skup się! Być może od ciebie będzie zależeć kolejność mokrej roboty.

Skoro przełamujemy filmową, czwartą ścianę, to po której jej stronie się znajdujemy? Czy przyczyniamy się do katowania ofiar? Czy między byciem oprawcą a jedynie obserwatorem kaźni jest jakaś różnica? Haneke podkreśla osobiste uczestnictwo widza jako świadka zbrodni. Czy jedynie obserwujesz przebieg tragedii? Jeśli tak – czy to oznacza, że jesteś niewinny? Przecież uczestniczysz w demonicznej grze!

Warto zwrócić uwagę na, charakterystyczne dla reżysera, wyważenie środków artystycznych. Warstwa estetyczna filmu jest tu niezwykle istotna. Surowość narracji kontrastuje z rozwichrzeniem emocjonalnym, jakiego doświadczamy. Pomimo długich, statycznych ujęć – zostajemy wciągnięci w rozedrganą, niezwykle przejmującą akcję. Brutalność rozgrywa się przy akompaniamencie bezkresnej, wręcz hałaśliwej ciszy, którą co jakiś czas przerywają kawałki grupy Nacked City. Violence-effect staje się wówczas jeszcze bardziej frenetyczny. Szczególnie przy utworze Bonehead.

A gdyby tak całkowicie zatracić się w produkcji, której poświęcamy czas? Haneke, naszym zdaniem, nie daje nam innego wyboru. Funny games jest produkcją niezwykle stymulującą, pełną kontrastów, zaburzającą granicę między fikcją a realnością. Jeśli chcecie zastanowić się nad tym, jaką rolę pełnicie podczas seansu, to ten film jest dla was. Mordercy zwracają się do nas z pytaniem – kogo teraz zabić? Być może wy znacie odpowiedź na to pytanie.

fot. Kadr z filmu Funny Games

Zostaw komentarz

Udostępnij
Hip Hop,News
„Chciałbym na pewno zrobić kawałek z schafterem.” – Z kim jeszcze Quebo chce nagrać numer?

Quebonafide to bezapelacyjnie czołowa postać polskiej sceny rapowej, dlatego nie ma się co dziwić, że młodzi MC inspirują się nim, a ich największym marzeniem jest nagranie z nim kawałka. Wszyscy chcą współpracować z nim, ale to wcale nie oznacza, że Kuba nie potrafi postawić się po drugiej stronie barykady. Są bowiem raperzy, z którymi on sam chciałby nagrywać, co zresztą zdradził w trakcie rozmowy w Kanale Sportowy.

Chciałbym na pewno zrobić kawałek z schafterem. Jakoś nie wyrobiliśmy się z tym, a to był pomysł, który miałem. Podoba mi się też taka undergroundowa faza, która ma taki gość jak Zdechły Osa.

Wymienione przez Quebo ksywki należą do bardzo charakterystycznych postaci nowej fali rapu, więc nie mamy wątpliwości, że byłyby to bardzo intrygujące kawałki. Biorąc pod uwagę obecną stylówkę rapera, na ten moment chyba łatwiej wyobrazić sobie feat. z schafterem, ale właśnie dlatego to współpraca ze Zdechłym Osą wydaje się ciekawsza. Cóż, pozostaje nam trzymać kciuki, że wkrótce do takich kolaboracji dojdzie, a jest już raczej bliżej, niż dalej, biorąc pod uwagę fakt, że Osa znalazł się na „Untitled01”, składance wypuszczonej przez wytwórnie Quebo, a schafter z kolei zdążył już nagrać aż dwa numery z drugą połową Taconafide. Wraz z Taco Hemingwayem powstały przecież utwory pt. „Alert RCB” i „bigos”. Warto też nadmienić, że wspomniani raperzy nie są jedynymi artystami, z którymi Quebo chciałby nagrać. Raper przyznał, że chciał, by na płycie znalazł się jeszcze utwór z Błażejem Królem, ale ze względu na pędzący czas nie udało się tego dopiąć.

To nie było zresztą jedyne pytanie, w odpowiedzi na które Quebo rzucał ksywkami. Zapytany o to, czy uważa się za najlepszego rapera w Polsce, stwierdził, że nie i szybko dodał listę tych, którzy według niego są ponad nim.

Przynajmniej piątkę wymieniam od razu, od ręki. Myślę, że lepszym raperem jest Filip, Białas, Sokół, Łona, Oskar[…] Przede wszystkim oni są znacznie lepszymi tekściarzami ode mnie.

Kuby w tym wypadku nie można posądzać o fałszywą skromność, bo faktycznie wymienił samych tuzów polskiego rapu. O liryce każdego z powyższych artystów trudno przecież powiedzieć coś złego, bo w znacznej większości przypadków, jest ona na najwyższym poziomie.

Wielu z pewnością liczyło, że Quebo odniesie się w jakiś sposób do występu Sebastiana Fabijańskiego w tym samym programie, który miał miejsce dwa dni wcześniej. Kiedy jednak raper został o to zapytany, stwierdził, że Kanał Sportowy nie jest miejscem, w którym takie konflikty powinno się toczyć. Apetyt głodnych na beef nie został więc zaspokojony, co nie znaczy, że cały program nie był ciekawy. Był i możecie obejrzeć go poniżej.

fot. kadr z video „HEJT PARK #12 – QUEBONAFIDE I SMOKOWSKI”, YouTube.com/KanałSportowy

Zostaw komentarz

Felieton,Hip Hop,News
Czy gwiazdy potrzebują chleba i igrzysk, by się nie nudzić? – patologiczny przypadek Lil Yachty’ego

Rozumiem, że społeczna kwarantanna, która swoją drogą ciągnie się tak długo, że już trudno określić nam dzień tygodnia, powoduje wśród wszystkich gigantyczne znudzenie. Opcji na jej zabicie jest jednak całkiem sporo, bo można nadrabiać seriale, czytać książki, grać w gry, które często udostępniane są teraz za darmo, czy nawet nauczyć się nowej umiejętności w kursach online. Prawdziwy problem pojawia się jednak wtedy, gdy to wszystko również kogoś nudzi, a kiedy jeszcze taka osoba okaże się bogata, może nam się urodzić z tego naprawdę chora sytuacja.

Wystarczy bowiem przytoczyć to, co zrobił ostatni Lil Yachty. Raper ewidentnie nudzi się w swoich czterech ścianach, a seriale, czytanie czy nauka nie są dla niego. Postanowił więc wystartować z serią transmisji na żywo, w trakcie których wyzywa swoich fanów do wykonania różnych zadań, a potem za nie płaci. Nie byłoby w tym nic dziwnego i złego, gdyby słuchacze musieli rzucić jakimś freestylem, pokazać swój ukryty talent czy nawet zrobić kilkanaście pompek. To oczywiście też nuda dla Yachty’ego, który najpierw kazał jednemu z fanów zgolić brwi, a kolejnemu zaoferował 500 dolarów za wypicie własnego moczu. Zgadnijcie, co wobec tego zrobił potrzebujący pieniędzy chłopak. Wyzerował szklankę.

Cała sytuacja oczywiście była okraszona śmiechem rapera i jego kolegów, którzy dodatkowo jeszcze podjudzali chłopaka do picia wątpliwie smacznego napoju. Yachty później tłumaczył się w social mediach, mówiąc, że do niczego chłopaka nie zmuszał, a to była jego świadoma decyzja, bo potrzebował pieniędzy.

Strasznie ten Yachty łaskawy. Zupełnie niczym cesarz, który rzuca biednemu niewolnikowi swoje ochłapy za zrobienie czegoś, co wreszcie go rozbawi lub podekscytuje. Jeśli Yachty był świadomy, że ten gość potrzebuje konkretnej sumki, mógł mu ją po prostu przelać za jakieś inne, symboliczne wyzwanie, a nie dawać mu tak chory i ciężki challenge. Według niego dopiero taka akcja jest warta tych 500 dolarów. Czy jeśli następnym razem na jego transmisji pojawi się samotna matka, która została przez kwarantanne pozbawiona środków do życia, będzie musiała przewinąć swojego dzieciaka zębami, żeby dostać 1000 dolców?

Jestem w stanie uwierzyć, że ludziom od siedzenia w zamknięciu odbija, ale już lepiej, żeby walczyli o wolność Kurdystanu, niż tracili wszelką empatię i przez pryzmat własnych pieniędzy patrzyli na innych, jak na zwierzęta w cyrku.

fot. kadr z klipu „Lil Yachty – NBAYOUNGBOAT ft. YoungBoy Never Broke Again (Audio)”, YouTube.com/LilBoat

Zostaw komentarz