Felieton,Hip Hop

Yelawolf na polowaniu. Na celowniku G Eazy i Post Malone

Kajetan Szewczyk -
Felieton,Hip Hop - - Dodane przez Kajetan Szewczyk

Yelawolf na polowaniu. Na celowniku G Eazy i Post Malone

Trunk Muzik 3 coraz bliżej. Yelawolf podkręca atmosferę – w najnowszym numerze rapera z Alabamy na linii ognia znaleźli się nieprzypadkowi wykonawcy.

O tym, że na Trunk Muzik 3 warto czekać pisałem już na początku stycznia TUTAJ. Od tamtego czasu Yela wypuścił jeszcze kilka numerów, a właściwie – patrząc na standardy niektórych raperów – pełnoprawną EPkę. Jest to tym ciekawsze, że to zaledwie teasery właściwego wydawnictwa: “Pinto Bean“, “Jesco White“, “Billy Goat“, “SKALLYWAG“, “Elvis Messy“, “Mountain Dew Mouth” i “Bloody Sunday”, o którym dzisiaj będzie mowa.

Yela tkwi w czymś, co WdoWa z Szybkim Szmalem nazwałaby “Trybem Wojny“. Ma do tego wszelkie podstawy – lata temu był jedynym białym raperem po Eminemie, z którym liczył się ktokolwiek znaczący w głównym nurcie głównego nurtu. Potem przyszedł młodszy MGK i sytuacja powoli zaczęła ulegać zmianie. Do tego początki Yeli w Shady Records nie należały do najlepszych, czego najlepszym dowodem jest album “Radioactive” – kompletnie niezgrany z naturalnym vibem rapera z Alabamy.

Yela niezależnie wydawał serię Trunk Muzik, na której pokazywał, że ciągnie go do rytmów charakterystycznych dla jego regionu. Jednocześnie nasz modern cowboy pozostawał żołnierzem Shady Records i udowadniał swoją przydatność na pokaźnej ilości featów.

Mijały lata, a na scenie pojawił się G Eazy, który na swojej drugiej płycie bez pardonu nawinął wersy:
“And fuck it I’m the coldest white rapper in the game/Since the one with the bleached hair”. Tu można się trochę nie zgodzić, bo G faktycznie był pierwszym od czasów Eminema, ale nie “coldest”, a “hottest”. W krótkim czasie zrobiło się o nim bardzo głośno i trafił na wszelkie rotacje.

Postmodernizm, Postapokalipsa, Post Malone

Yela szedł sobie obok tego wszystkiego i widocznie miarka się przebrała. Obszerne zapowiedzi płyty pokazały, że jest w świetnej formie i pod względem technicznym może się mierzyć z najlepszymi. O tym, że Yela umie śpiewać lepiej niż poprawnie, wiemy dobrze od albumu “Heartbreak”.

Przy śpiewaniu na chwilę zostańmy, bo Yela stwierdza w “Bloody Sunday”, że Post Malone:

  1. Nie umie rapować,
  2. Ukradł mu styl i na tym zarobił
  3. I w ogóle jest kserobojem
  4. Ilość sprzedanych płyt nie świadczy o jakości wykonawcy! (to mogłoby sobie zanotować wielu polskich raperów)

G Eazy to z kolei koleś o wyglądzie Toma Cruise’a: “Don’t know if I’m watching Vanilla Ice or Vanilla Sky” – nawija Yela.

Wspomniany jest również MGK. Yela zapowiada, że wkrótce dowiemy się co raper z Alabamy myśli o ostatnim przeciwniku Eminema (a myśli… raczej pozytywnie, bo Kelly prawdopodobnie znajdzie się na Trunk Muzik 3!). Mały pocisk leci również w stronę rapera o ksywce Clever, którego część z Was może znać z udziału w kawałku “Ring Ring” Juice WRLD. Yela sugeruje, żeby chłopak odpowiedział na zaczepkę, bo dzięki temu szybciej odniesie sukces.

Czy którykolwiek z raperów odpowie? Obstawiam w ciemno, że jeśli G Eazy zdecyduje się na diss, to powoła się na Eminema (który nawiązał do niego w “Killshot”) i na Royce’a (który spropsował go w “Not Alike” i rapuje obok w “I’m on 3.0“). Mając poparcie obu członków Bad Meets Evil, chłopak ma prawo czuć się akceptowaną częścią gry, ale do wygranej z Yelą to może nie wystarczyć. Jeśli Eminem jest dziadkiem młodych, białych raperów, to Yela jest ich ojcem. Nie zapomnijmy, co raper z Alabamy nawijał w “Down”: “Cause Marshall’s a Rap God, damn right/Well, then I guess that makes me Jesus”.

fot. kadr z klipu “YelaWolf “Bloody Sunday” Freestyle | TM3 Coming Soon”, youtube.com/Slumerican

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
Pytać raperów? Można, tylko (p)o co?

Czasami oglądając wywiad z polskim raperem zastanawiam się jaki jest cel takiej rozmowy? Jaka płynie z niego wymierna korzyć zarówno dla rozmówcy, jak i dla widza. Zwykle ciekawe pytania i odpowiedzi można policzyć na palcach jednej ręki. W jednym z instagramowych “lajfów” Kaz Bałagane stwierdził (w sumie nie on pierwszy), że nie widzi sensu rozmowy z dziennikarzami, gdyż do komunikacji z fanami wystarczą mu social media. Taka postawa obrazuje dzisiejsze podejście części polskich raperów do udzielania (a raczej nie udzielania) wywiadów.

Dobry dziennikarz, to grzeczny dziennikarz

Jeśli trafiliście kiedyś na stary wywiad z polskim raperem np. dla magazynu “Ślizg” i porównacie go z dzisiejszymi rozmowami, to możecie srogo zdziwić się “pikantnością” pojawiających się w nich pytań. W starych czasach padały takie, po których niejeden dzisiejszy raper wyszedłby obrażony ze studia lub odmówił autoryzacji. Przypomnijmy chociażby wywiad Włodiego i Pelsona, gdzie rzucone zostały mocno niecenzuralne słowa pod adresem np. Eldo. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o nadmierną agresję i wywoływanie konfliktu. Chodzi o jakikolwiek pomysł na przeprowadzenie rozmowy. Tak, żebyśmy dostali coś więcej niż tylko towarzyską pogawędkę dwóch gości. Rozumiem konwencję np. Yurkoskiego (nasza rozmowa z nim tutaj), taka luźna forma również jest przydatna. Jednak w pewnym momencie większość dziennikarzy zaczęła zachowywać się jak niewolnicy raperów, którym nie wypada zadawać niewygodnych pytań.

Pytanie czy jest to ich wina? Raczej nie. To raperzy odpowiadają za taki stan rzeczy. W większości niemieckich rozmów nie omija się trudnych zagadnień i nie udaje, że nie było tematu. Niemieccy raperzy wykładają kawę na ławę, jak kiedyś polscy politycy u Bogdana Rymanowskiego. W kraju Nietzschego social media są rozwinięte jeszcze bardziej niż u nas, a jednak – gdy przychodzi do wywiadu – raperzy potrafią przyjść i powiedzieć w temacie coś więcej niż: “wybrałem ten singiel jako pierwszy, ponieważ…”

Pierwsza zasada podczas wywiadu: unikaj kontrowersyjnych tematów

W ubiegłym roku śledziliśmy aferę na linii Quebonafide – Duży w Maluchu (później dołączył do niej jeszcze Paluch). Youtuber robi raczej lajtowy kontent, ale w jego rozmowach zwykle pojawiają się jedno czy dwa trudniejsze, bardziej dociekliwe pytania. Mniejsza o to, kto miał rację w tym konflikcie. Przywołuję go jako przykład pewnej autocenzury naszych mistrzów ceremonii, np. gdy przychodzi do rozmów o kwestiach światopoglądowych. Damn, jeśli robimy rap i jeśli nie unikamy kontrowersji w tekstach, to dlaczego nagle, tak boimy się szczerości w wywiadach? Oczywiście, rapera, który robi “milusi” rap i nie wchodzi nikomu w paradę, raczej nie ma sensu ciągnąć na siłę za język. Jednak, gdy siada hiphopowiec, który co drugi kawałek ostro krytykuje scenę, mamy prawo wymagać od niego szczerości. I mamy prawo się wściekać, gdy proszony o podanie konkretnej ksywki, do której się odnosi w rozmowie, odpowiada: “to tak ogólnie, do nikogo konkretnego” lub: “nie będę robił im promocji”. No to co to za raper? – to jest

A może raperzy mają rację?

To krytyka za nami. A może trzeba jednak (próbować) zrozumieć naszych rodzimych raperów? Zatem tu jako argument przypomnijmy wywiad jednego z naszych redaktorów z Sitkiem. Rozmowa przysporzyła mu wielu wrogów, tak naprawdę z błahego powodu. Padło w niej zwykłe stwierdzenie, że następuje zmiana pokoleniowa na scenie i niedługo część doświadczonych graczy będzie usuwać się w cień na rzecz młodych. Każda normalna osoba po chwili namysłu stwierdziłaby, że to prawda, że coś w tym jest, ale “polskim chłopakom brakuje luzu”.

Sitka spotkała nagła fala hejtu (pif paf z Fejsbuka strzał) i nawet “zakaz” wjazdu do jednego z polskich miast. Bycie Szwajcarią jest jednak bardziej opłacalne i bezpieczne zarówno w sferze kariery muzycznej, jak i na stopie prywatnej. Po co raper miałby brać udział np. w politycznej dyskusji, jeśli jego odważne wypowiedzi mogą nie przypaść do gustu słuchaczowi o określonych poglądach? Po co tym samym narażać się na utratę ewentualnego zysku?

Wywiady jako forma internetowego show

Raperzy dużo zawdzięczają rozwojowi mediów społecznościowych. Dały im niezależność i możliwość stałego dotarcia do odbiorców. Również fani, gdy mają możliwość sami zadać pytanie przez chat, czują się bliżej swojego idola. Żyjemy w bardzo szybkich czasach. Dziś chyba łatwiej jest obejrzeć “lajfa” na Instagramie, czy nawet tylko jego najważniejsze fragmenty wrzucone na YouTube, niż poświęcać czas na 30 czy 40 minut rozmowy.

Dlatego warto zadać pytanie czy jest jeszcze w ogóle sens zapraszania raperów na wywiady? Może powinno się odejść od poważnych rozmów i skupić się na rozrywkowej formie, gdzie pytania będą tylko dodatkiem do dobrze opakowanego show? Świetnym przykładem takiego formatu są wywiady Winiego. Gospodarz często opowiada absurdalne i śmieszne historie. Z tym że też równie często potrafi pociągnąć swojego gościa za język. I to jest prawdziwa sztuka.

fot. kadr z “Wini x Belmondo – rozmowa”, youtube.com/WINI

Zostaw komentarz

Streetwear,Wyróżnione
Nike: On Air – sneakersy jak mapa świata

Międzynarodowa współpraca, kolorystyki czerpiące garściami z klimatu i historii miast z całego świata. I efekt finalny, którego inne brandy mogą teamowi swoosha tylko pozazdrościć. Poznajcie projekt Nike: On Air i laureatów ostatniej edycji!

About

Mało który pomysł zmobilizował tak olbrzymie rzesze sneakerheadów na świecie, jeśli chodzi o puszczenie wodzy kreatywności. Bo już sama idea projektu okazała się na swój sposób rewolucyjna. Team Nike postawił sobie zadanie zaangażowania tysięcy ludzi z całego świata do zaprojektowania kolorystyk mających w jak najlepszy sposób oddawać ducha ich miast. W końcu trudno oczekiwać, nawet od najlepszego projektanta, pracującego tysiące kilometrów dalej, by zrobił to lepiej i bardziej autentycznie niż ludzie, którzy żyją w danej przestrzeni. Bo niby w jaki sposób? Po kilkudniowej wycieczce lub przeglądzie zdjęć w internecie i katalogach biur podróży?

Starszy dyrektor kreatywny linii Air Max, Dylan Raasch, stwierdził, że w całym tym przedsięwzięciu tkwi potencjał, o którym nawet by wcześniej nie pomyślał – także marketingowy. Nic tak nie zbliża marki i jej konsumentów, jak tego typu akcje – pozwalają jej znajdować się tuż obok odbiorcy, zamiast w niedostępnych projektowych biurowcach. Jak powiedział:

“Te projekty dowodzą, że zawsze istnieją nowe sposoby podejścia do designu”.

2018

W “On Air” zaangażowało się kilka tysięcy osób z najważniejszych (a przynajmniej dla kultury ulicznej) miast świata – Nowego Jorku, Londynu, Paryża, Seulu, Szanghaju i Tokio. Finalnie, w maju ubiegłego roku wyłoniono najlepszą osiemnastkę, którą ostatecznie ograniczono do sześciu zwycięzców (po jednym na miasto), wyłonionych na drodze internetowego głosowania. Ci zostali później zaproszeni do głównej kwatery Nike, by wcielić swoje pomysły w życie i wypuścić na rynek.

“To, co narysowałam, znajdowało się właśnie w moich rękach”.

Mocny, kreatywny pomysł, autentyczność i chęć oddania ducha miasta w jak najlepszy sposób – to nie kolejne designerskie wizje realizowane zza biurka. To autentyczny manifest konsumentów, pragnących podkreślić charakter miejsc, w których przyszło im żyć.

Gabrielle Serrando – Nowy Jork

Pierwsza z par należy do autorki powyższego cytatu. Gabrielle postanowiła wziąć na warsztat Air Maxy 98 i stworzyć z nich bazę pod projekt mający przedstawiać różnorodność, wylewającą się z każdego fragmentu nowojorskiego pejzażu. Wszystkie kultury, rasy i narodowości, tworzące jeden spójny (choć niepozbawiony konfliktów) organizm – tak prezentuje się dusza NYC na butach.

Gwang Shin – Seul

Zdecydowanie nasza ulubiona para z całego projektu. Inspiracja? Neony, przyozdabiające większość ulic Seulu – jednego z najlepiej rozwiniętych miast świata. 97-ki autorstwa Wanga to także bezpośrednie odwołanie do Taegeuku – symbolu zdobiącego flagę Korei Południowej, oznaczającego (w bezpośrednim przełożeniu) “najwyższy ostateczny”.

Jasmine Lasode – Londyn

Kolejne 97-ki. Tym razem robi się bardziej osobiście – “Summer of Love” (bo tak będzie brzmieć oficjalna nazwa modelu) odwołuje się nostalgicznych wspomnień pierwszej randki Jasmine na londyńskim wzgórzu Primrose Hill. Lato, miłość, wzgórza – i brak miejsca na odcienie szarości i czerni.

Cash Ru – Szanghaj

Dowód na to, że Chiny to nie tylko smog, jak przyjęło się uważać. Tu inspirację (a, to już ostatnie Air Max 97 w serii) stanowiły chmury, rozmywające się i zmieniające kształty nad morskimi portami.

Lou Matheron – Paryż

Tu na warsztat trafiła hybryda modeli Air Max Plus i Air Vapormax. Techniczny sznyt nie jest tu dziełem przypadku – to bezpośrednie odwołanie do procesu budowy siedziby sądu w Paryżu. Swoją drogą, gmach został ukończony dwa lata temu – i zdecydowanie robi wrażenie.

Yuta Takuman – Tokio

Ostatnia zwycięska para. Klasyczne Air Max 1 w wydaniu od Yuty przedstawiają Tokio jako miasto-labirynt, pełne zatłoczonych ulic i oświetlane kolorowymi reklamami. Czerwone akcenty są zaś trybutem dla Tokyo Tower – wieży telewizyjno-radiowej, rozpościerającej się nad metropolią.

Patrząc na rozmach i autentyzm obecne w projektach wszystkich finalistów – jesteśmy zachwyceni. I życzylibyśmy sobie więcej podobnych inicjatyw, zwłaszcza że ich efekty potrafią przewyższać niejeden design, wychodzący spod rąk stałych projektantów marki.

Swoją drogą, gdy Nike działała, Adidas też nie próżnował. Rozwijał projekt Communitas, którego pierwsze efekty będziemy mieli okazję powinąć już w następną sobotę. Ale o tym przeczytacie szerzej w naszym zestawieniu najciekawszych premier przyszłego tygodnia.

Nike/Fot. Nike

Zostaw komentarz