Felieton,Hip Hop

Young Igi wybił się na piosence mówiącej o uzależnieniu od Simsów – Przeiterpretacja #2

Michał Fitz -
Felieton,Hip Hop - - Dodane przez Michał Fitz

Young Igi wybił się na piosence mówiącej o uzależnieniu od Simsów – Przeiterpretacja #2

Young Igi to obecnie jeden z najbardziej rozpoznawalnych i szanowanych przedstawicieli newschoolu. Zdążył już wypuścić mnóstwo hitów, ale tak naprawdę dwa konkretne numery miały wpływ na gigantyczny wzrost jego popularności. Chodzi oczywiście o „Pilota” i „Kush”. Ten drugi jest pozornie piosenką o miękkim narkotyku, ale to mylące pierwsze wrażenie. Jeśli zagłębimy się w tekst, zorientujemy się, że to poważny utwór, traktujący o niemałym problemie wśród ówczesnych nastolatków. Chodzi bowiem o uzależnienie od popularnej gry The Sims.

Zapytacie: „Jak ta piosenka może znaczyć co innego, skoro już w samym tytule mamy wspomniany kush?” No właśnie, Igi dokonuje tu prostego zabiegu amerykanizacji słowa. Tak naprawdę chodzi bowiem o zwykły kurz. „Mój kush się lepi” to opis tego, jak wygląda pokój osoby uzależnionej od Simsów. Poza grą nie ma czasu na nic, a już na pewno na utrzymywanie porządku, więc bałagan jest tak duży, że kłębki kurzu zaczynają się już lepić. W refrenie Igi nawija też: „Paliły małe dzieci i ja”. Oczywiście nie chodzi o marihuanę, bo przecież tak młode osoby jej nie zażywają, a o wypalanie płyt. Kiedyś raptem garstka miała możliwość kupowania gier, nie wszyscy mogli sobie też pozwolić na ich ściąganie z internetu. Spiracone gry wypalało się więc przy użyciu odpowiednich programów na płytach CD i DVD, a później pożyczało znajomym. Pod koniec refrenu Igi śpiewa również: „Nie mówisz z sensem”. Tego nie trzeba chyba tłumaczyć nikomu, kto choć raz grał w Simsy. Stworzone postacie posługują się przecież kompletnie zmyślonym i niezrozumiałym dla graczy językiem. Nie przekonuje Was analiza tego fragmentu utworu? No to przyjrzyjmy się zwrotkom.

Igi rapuje: „Mam cały świat, musisz odbić/ I do tego miejsca nie zapraszam gości”. To prosty opis gry. W Simsach mamy możliwość nie tylko tworzenia postaci, ale także ich otoczenia, w zasadzie panujemy nad całym ich światem. Gra nie ma też trybu multiplayer, więc nie ma opcji, by zaprosić jakichkolwiek gości, co tylko pogłębia samotne uzależnienie. Artysta w tej samej zwrotce nawija też o popularnych czynnościach wykonywanych w grze. „W moim domu mam kobiety bez spodni” – każdy młody, ciekawy świata dzieciak próbował przecież rozebrać Sima, nie inaczej było w przypadku Igiego. Raper nie tylko jednak bawił się i eksperymentował w grze, ale przede wszystkim dbał o swoje postacie, by nie chodziły nawet z pomarańczowym diamentem nad głową. Zawsze były najedzone, czemu dowodzi linijka: „Żaden z moich braci nie pości”.

W tematykę utworu wpasowuje się też oczywiście Pikers, który gościnnie udziela się w kawałku. Raper nawija: „W ogóle nie czekam na wynik”, mając na myśli fakt, że w Simsach nie ma ostatecznego rezultatu. W odróżnieniu od wielu innych popularnych gier nie zdobywa się tu punktów, by zwyciężyć, a po prostu gra dla samej przyjemności. Brak możliwości porażki jest jednym z głównym czynników, który wciągał młodzież w uzależnienie od tej gry. Pikers podaje również przykłady konkretnych sytuacji z Simsów, które innym graczom są bardzo dobrze znane. „Je*iesz się z tą deską” to linijka, która opowiada o tym, jak trudno było w pierwszych częściach gry wstawić do basenu skocznię, popularną „deskę”. Gra nie była bowiem idealnie stworzona, więc akurat wstawienie tego konkretnego elementu mogło sprawić sporo problemów.

P.S. Po przeczytaniu tekstu należy skonsultować się z własnym humorem i dystansem, gdyż tekst nie ma na celu zdyskredytowania niczyjej wizji lub twórczości.

fot. kadr z klipu”Young Igi „Kush” feat. Pikers (prod. TEF)”, YouTube.com/YoungIgi

Zostaw komentarz

Udostępnij
Hip Hop,News
Kwarantanna odbiera rozum kolejnym gwiazdom. Gucci Mane następnym, ciężkim przypadkiem

Już Polscy raperzy pokazali nam, że społeczna kwarantanna może wpływać na nich negatywnie. TomB mocno przyczepił się w swoim poście do nazwania Solara „Bogatym Ziomkiem Tomba” na pierwszym wydaniu „Romantic Psycho” Quebonafide. Wpis później usunął, a swoje zachowanie tłumaczył przygniatającą izolacją. Podobnie zresztą wyjaśniał się Belmondo po tym, jak zabiegał o wolność Kurdystanu i żeńskich narządów rozrodczych. To niestety i tak pikuś przy tym, co dzieje się w Ameryce.

Tam wirus szaleje jeszcze bardziej, co chyba wprost proporcjonalnie wpływa na to, jak odwala tamtejszym gwiazdom. Nie tak dawno Lil Yachty urządził live’a na swoim Instagramie, w trakcie którego zaoferował, że zapłaci swojemu widzowi, jeśli ten na wizji wypije kubek własnego moczu. Kilka dni później Trippie Redd poszedł w jego ślady. Zgodził się na dogranie gościnki do numeru jednego z jego fanów, pod warunkiem, że ten wbije sobie wszywkę w czoło i zje kanapkę z własnymi fekaliami.

Kolejnym ciężkim przypadkiem odklejenia okazał się również Gucci Mane, który co prawda nikomu niczego nie polecał robić za pieniądze, ale i tak wykazał się przy tym najmniejszą dawką empatii, spośród wszystkich swoich kolegów. Uznany dla trapu artysta wrzucił bowiem krótki wpis na Twittera, w którym po prostu życzy śmierci z powodu koronawirusa wszystkim swoim hejterom.

Podczas gdy większość artystów w wywiadach przekornie dziękuje swoim hejterom, twierdząc, że to w sporej mierze dzięki nim otrzymują rozgłos, Mane życzy im śmierci. Kto zachowuje się w tej sytuacji bardziej dojrzale? To chyba oczywiste, prawda? Pozostali stawiają się ponad hejterami, udowadniając im, że ich działania mają wręcz przeciwny skutek do zamierzonego, co wiele takich osób zniechęca do dalszego, przesadnego negowania artysty. Raper z Atlanty nakręca za to niepotrzebną wojnę nienawiści, w której sam siebie stawia na przegranej pozycji. Trudno będzie bowiem przebić takie „życzenia”, o ile ktoś w ogóle będzie się starał. Mało tego, Mane tym jednym wpisem narobił sobie prawdopodobnie więcej szkody, niż jego wszyscy hejterzy razem wzięci zdążyli zrobić do tej pory. Celny strzał Panie Gucci Mane. Szkoda, że w obydwa swoje kolana.

fot. kadr z klipu „Gucci Mane – First Day Out Tha Feds [Official Music Video]”, YouTube.com/OfficialGucciMane

Zostaw komentarz

Felieton,Hip Hop
Kid Cudi powrócił! Przypominamy trzy decydujące momenty w jego karierze

Właśnie na streamingach pojawił się pierwszy kawałek Kid Cudi’ego od dwóch lat! „Leader of the Deliquents” został zapowiedziany ostatnio podczas transmisji na żywo na Instagramie, ale raper wystąpił z nim już w 2012 na SUNY Geneseo. Możemy być więc pewni, że zapowiadany od zeszłego roku „Entergalactic” jest coraz bliżej. Przy tej okazji też postanowiliśmy przypomnieć parę najważniejszych momentów w jego karierze. W końcu nie ma wątpliwości, że bez Cuddera rap gra nie wyglądałaby tak samo.

Dzieciak, który nazywa się Cudi

To dzięki temu debiutanckiemu mixtape’owi (2008) na Kid Cudi’ego uwagę zwrócił Kanye West. Poznali się oni w sklepie Bape, w którym Cudder pracował i zapomniał odpiąć od zakupionej przez Ye kurtki alarmu przeciwkradzieżowego. Młody raper szybko trafił do wytwórni GOOD Music, gdzie wydał swój pierwszy album. Wcześniej współpracował także przy „808s & Heartbreak” Kanye’ego. „A Kid Named Cudi” to właściwie najbardziej rapowy projekt Cuddera, ale jednocześnie zapowiedź tego, co później od niego otrzymaliśmy. Mimo, że inspirował się on przede wszystkim The Pharcyde czy A Tribe Called Quest, samplował OutKast („Down & Out”, „Whenever”), J Dillę („Cudi Get”) albo N.E.R.D („Cudi Spazzin”), udało mu się wykształcić swój totalnie oryginalny styl. Mixtape promował singiel „Day ‚N’ Night”, który nie zostałby napisany, gdyby nie wujek, który wyrzucił rapera z domu. Jego śmierć bardzo w Cudi’ego uderzyła. Scott nigdy w końcu nie zdążył go przeprosić.

Man on the Moon

Trylogia Dylogia „Man on the Moon” to jedne z ważniejszych pozycji w historii hip-hopu w ogóle. „End of the Day” (2009) również promował „Day ‚N’ Night”, jednak cały album w dużej mierze inspirowany był progresywnym rockiem lat 60. i 70.. Kid Cudi wprowadził też na nim odpowiednią narrację w wykonaniu Commona, która nakreśla koncept tego wyjątkowo narkotycznego i emocjonalnego projektu – „To historia młodego mężczyzny, który nie tylko wierzył w siebie, ale także w swoje marzenia”. Znacznie mroczniejszy „The Legend of Mr. Rager” kontynuował wątki podjęte na swoim poprzedniku, ale jak tłumaczył Cudi, tym razem zamiast wciągać słuchaczy w marzenia, chciał wprowadzić ich w rzeczywistość.

WZRD i odejście z GOOD

Zanim Cudi podjął pracę nad planowaną trzecią częścią „MOTM”, razem z Dot da Genius, z którym pracował od początku, wydali wspólny projekt rockowy jako WZRD (2012). Cudi szybko jednak powrócił na nieco bardziej hip-hopową ścieżkę i w 2013 wydał „Indicud”, który miał być jego wersją „2001” Dr. Dre. Niedługo przed premierą materiału, Cudder opuścił także GOOD Music, aby skupić się na własnym wizerunku. Decyzja ta była pokojowa, ale później mówiło się o nie do końca dobrej relacji między raperami. Dwójka jednak w 2016 współpracowała przy okazji „The Life of Pablo” Kanye’ego, a dwa lata później ukazał się ich wspólny album „Kids See Ghosts”.

Kid Cudi świetnie połączył klasyczne hip-hopowe inspiracje z rockiem, tym samym kreując swoje autorskie, melodyjne i psychodeliczne, brzmienie. Udało mu się zresztą mocno wpłynąć na kolejnych artystów na przykład Travisa Scotta i Jadena. Był też jednym z pierwszych raperów, który w swojej twórczości skupił się na swojej kondycji psychicznej i przeżyciach wewnętrznych. Mimo, że tyle razy zapowiadanej trzeciej części „Man on the Moon” raczej się nie doczekamy, jesteśmy ciekawi, jak już wkrótce wypadnie „Entergalactic”!

fot. kadr z klipu „Kid Cudi – Pursuit Of Happiness ft. MGMT”, YouTube.com/Kid Cudi

Zostaw komentarz