Rap

Żyjemy w uniwersum PRO8L3MU, czyli obszerna recenzja „Fight Club”

Michał Szyndler -
fight club pro8l3m recenzja
fight club pro8l3m recenzja
Rap - - Dodane przez Michał Szyndler

Żyjemy w uniwersum PRO8L3MU, czyli obszerna recenzja „Fight Club”

Spisaliśmy już nasze pierwsze wrażenia odnośnie „Fight Clubu”. Były subiektywne i niezobowiązujące, bo takie miały być. Przyszedł jednak czas, aby na poważnie zająć się albumem, który wywołał wiele kontrowersji i spolaryzował fanów P83.

„PRO8L3M się skończył/ ma się dobrze”. „PRO8L3M nie wie/doskonale wie, w którą stronę pójść”. „To powiew świeżości/odgrzewane patenty”. „Długa lista gości zepsuła/uratowała ten album”. Dawno nie spotkałem się z tyloma tak skrajnie różnymi reakcjami dotyczącymi tego samego wydawnictwa. Wiadomo było, że na „Fight Club” czekaliśmy nie tylko z powodu opóźnionej premiery „Block Party Mixtape”. „Fight Club” miał być dla P83 punktem zwrotnym. Momentem, w którym okaże się, czy hedonistyczne teksty i nihilistyczne rozważania nad ludzkością wciąż mają potencjał. I czy PRO8L3M dalej będzie się na nich opierał. Czy mają? To zależy od tego, kogo zapytamy, ale do tego przejdziemy później.

Pierwszy z kawałków na „Fight Club”, „Witamy, witamy, witamy” pozwalał liczyć na to, że będzie to album pełen eksperymentów. Agresywne flow Oskara, który wyjątkowo brzmi jak zbyt pewny siebie dwudziestoparolatek było dla mnie zaskoczeniem. Po czasie stwierdzam jednak, że jest to jeden z nielicznych elementów na całym albumie, który jednocześnie jest zasługą samego Oskara i wnosi do twórczości PRO8L3M-u coś zaskakującego.

W obronie Auto-Tune

Auto-Tune w tytułowym singlu podzielił słuchaczy długo przed premierą właściwego albumu. „The medium is the message” – słowa napisane przez McLuhana ponad 50 lat temu mogłyby wytłumaczyć zasadność użycia tego narzędzia. Środek przekazu jest tak samo ważny, jak jego treść. Jak rapować, wcielając się w zdegenerowanego konsumenta, wypraną przez kapitalizm parodię osobowości i „odwrotność człowieka”, nie używając symbolu bezmyślnego pędzenia za trendami? „Jestem konsumentem rzeczy, których nie chcę” musiało być nawinięte w ten sposób – inaczej straciłoby na wiarygodności.

Odbiór brzmienia jest oczywiście zupełnie subiektywny. Choć sam jestem na tak, nie będę kawałka bronił przed tymi, którzy twierdzą, że to zabieg zbędny i nieudany. Warto jednak zwrócić uwagę na to, skąd on się wziął i nie oceniać go w oderwaniu od właściwej treści utworu.

Czy pokaźna liczba gości to sposób na odświeżenie formuły?

Ósme wydawnictwo Oskara i Steeza to połączenie prawie dwudziestu artystów w jednym projekcie. Zauważalnie wpłynęło to zarówno na świeżość, jak i spójność projektu. Z początku obawiałem się, że tak znaczna liczba gościnnych występów sprawi, że PRO8L3M będzie mniej „pro8l3mowy”, odarty ze swojego charakterystycznego stylu. Teraz widzę, że tak się nie stało. A chyba jednak chciałbym, żeby tak było. Nawet z taką liczbą featów „Fight Club” dalej jest czymś „pomiędzy życiem na krawędzi i przemyśleniami dotyczącymi sensu życia” w tym samym stylu, które znamy z poprzednich albumów.

Najlepszą gościnną mógłby być „Freon”, ale Dawida jest w nim po prostu za mało. Mogłoby to być „A2”. Paluch bardzo dobrze wkomponował się w „fikcję, w którą bardzo chcemy wierzyć”. Nawinął tak, jakby rzeczywiście przewozili w nadkolach miętowe LMy. Najlepszą gościnką w mojej ocenie nie jest też „Zombie” z Sokołem, mimo, że jest genialne. Moralizatorski ton Sokoła nie jest ani trochę pretensjonalny, co rzuciło się w uszy przy innych wykonawcach. Za liryczną formę Oskara „Zombie” dostaje ode mnie miano najlepszego kawałka na płycie. Udało mu się zawrzeć to, co odróżnia go od przeciętnych tekściarzy, czyli wersy tak gęste, że mają w sobie tyle znaczenia, ile u innych miałyby całe albumy. „Przecież są gorsze sposoby na bycie trupem, niż śmierć” to absolutnie perfekcyjne podsumowanie przesłania całego albumu i streszczenie tego, jak wygląda życie, nad którym nie mamy kontroli.

Mimo to, najlepszy gościnny występ na „Fight Club” należy do Brodki. W tym kawałku Oskar brzmi świeżo i tekstowo próbuje czegoś nowego (dziwnie nie słuchać o samochodach, narkotykach, pieniądzach i pannach), a w duecie z Brodką bardzo dobrze się uzupełniają. Nawet na poziomie lirycznym wypada docenić pewną wspólną konsekwencję. Oboje bardzo subtelnie podkreślają swoją wyższość nad tymi, którzy świadomie wybrali życie, nad którym nie mają kontroli.

Znika twój świat i z nim mały ty

Aż ciężko mi uwierzyć w to, że tak otwarcie piętnują miałkość, a ja słucham tego tak, jakby wcale mnie to nie dotyczyło. Brodka podkreśla swoją pozycję chociażby linijką „ty pięści unosisz, by czesać mi brwi”. Możesz robić, co chcesz, ale mnie to nie dotknie. Oskar natomiast skleił bardzo dobre „Na ścianie co dzień nowe kreski/Więc dorysuję swoje freski”. W recenzji „Fight Clubu” dla Sajko Bartosz Biegun potraktował te wersy nieco pobłażliwie, ale ja stanę w ich obronie. Te „Kreski – freski” to faktycznie prosty rym, ale czemuś służy. Kreski są czymś niekonkretnym, wybrakowanym i jeżeli mają sens, to raczej przypadkiem. Freski jako dzieła wymagają planu, precyzji i kunsztu. A prostota tego rymu podkreśla łatwość, z jaką Oskar unosi się ponad przezywanie życia „na autopilocie”.  Czy to zmienia jakość tego rymu? Podobnie jak w przypadku Auto-Tune, ostateczna ocena należy do każdego z osobna. Ale warto pamiętać o tym, że u Oskara forma jest już znaczną częścią przekazu.

Największe rozczarowanie

Bez dwóch zdań „Animal Planet”, który miał być następcą „National Geographic”, ale nie utrzymał poziomu. Zamiast wnikliwego opisu świata, który broni się przed banałami, mamy garść stwierdzeń, które nie zaskakują tak, jak mogłyby zaskoczyć. Wprawdzie linijka Oskara o tym, że „debil targnął się na nici, to niech ku*wa wisi” może z powodzeniem obrazować społeczną znieczulicę. Ale to chyba koniec geniuszu. Wersy Ero o tym, że „ktoś na nas zarabia, jesteśmy niewolnikami pieniądza i opinii” brzmią jak ktoś, kto właśnie zobaczył, jak wygląda świat w XXI wieku. W pewnych momentach antysystemowość tego tekstu jest aż za mocna i brzmi karykaturalnie. Zwłaszcza kiedy w obecnej sytuacji rapuje o „armii pożytecznych głupków”.

100% Oskara w Oskarze

Prawda o człowieku pokazywana za pomocą instynktów, sytuacji granicznych i brutalności jest jakby prawdziwsza. Ale w swojej recenzji dla Biegun ma rację, kiedy mówi o „bingo w tekstach Oskara”. Spektrum sytuacji podbramkowych może i jest nieskończone, ale prędzej czy później zaczynałyby one się powtarzać. Nawet „Widnokrąg”, którego fragmenty mnie zachwyciły, brzmi jak złożony (chciałoby się powiedzieć: „wygenerowany”) z linijek i zwrotów z poprzednich albumów. Z jednej strony słyszymy perełkę z zaskakującym zwrotem akcji: „Deszcz wali o chodnik/Myślę czasami o plaży, częściej zdarza mi się o zbrodni”. Z drugiej jednak po linijkach: „Czorty całą noc lojalne/Baby się ratują psalmem/jęki ledwo słyszalne” można odnieść wrażenie, że gdzieś to już słyszeliśmy.

Dokąd zmierza PRO8L3M?

Kiedy pytam o wyczerpującą się fabułę, z bólem przyznaję, że „Fight Club” jest czymś pomiędzy „Ground Zero Mixtape” a „Widmem”. Z pierwszego bierze romantyczny zryw i życie totalne, a z drugiego nostalgię. Po wszystkim podtrzymuję, że pierwsza część albumu brzmi jak „Oskar, który przeżył tysiąc żyć na imprezach i uciekając przed policją”. Z kolei druga, jak „Oskar, który przeżył tysiąc żyć zastanawiając się, co z nami będzie”.

Mówię o tym z bólem, bo z jednej strony jest to album w mojej ocenie bardzo dobry, z nielicznymi potknięciami. Z drugiej jednak nawiązuje on do „pro8l3mowego” uniwersum i jest po prostu „pro8l3mowy”. Wiele osób, w tym ja, będzie otwarcie jarać się tą konwencją, nie zważając wcale na jej powtarzalność. Ale coraz ciężej ukryć, że to osoby, które kupiłyby PRO8L3M w każdym wydaniu. A to chyba nie o to chodzi.

Zostaw komentarz

Udostępnij
Rap
Koniec żartów. Sarius odkrywa prawdziwą okładkę „Antihype 2” i nowy singiel!
sarius antihype

W Prima Aprilis Sarius zaprezentował nam okładkę swojego najnowszego krążka. Cukierkowy żarcik w końcu dobiegł końca, bo dziś dostaliśmy prawdziwy cover i singiel z kontynuacji przełomowego dla artysty albumu.

Lifestyle
Dokument o Kanye Weście został wykupiony przez Netflix za 30 milionów dolarów!
dokument o Kanye Weście

Dopiero co oglądaliśmy "Biggie: I Got a Story to Tell". Niestety film rozminął się z oczekiwaniami fanów, ale mamy nadzieję, że tym razem się tak nie stanie. Dokument o Kanye Weście już wkrótce. Netflix właśnie wykupił prawa do jego streamingu za 30 milionów dolarów.