Felieton,Hip Hop

3 polskich raperów, których w tym roku słuchaliśmy zdecydowanie za rzadko

Michał Fitz -
Felieton,Hip Hop - - Dodane przez Michał Fitz

3 polskich raperów, których w tym roku słuchaliśmy zdecydowanie za rzadko

Rok 2019 minął nam pod znakiem wielu rekordów. Kilku artystów przebiło próg miliona słuchaczy na Spotify, a Bedoes znalazł się nawet w czołowej setce najchętniej odtwarzanych artystów na świecie. Nie ma więc wątpliwości, że słuchaliśmy rapu i robiliśmy to namiętnie. Wszyscy ci wykonawcy bez wątpienia zasłużyli na te osiągnięcia, ale nie możemy zapominać o tych, którzy mieli ich mniej. Niektórzy wręcz zdecydowanie za mało.

Frosti Rege

Frosti to niezwykłe połączenie ulicy z nowoszkolnymi zabiegami, opakowane w pokaźną warstwę charyzmy. Nie brakuje mu umiejętności i ma też dobre ucho, co słychać po śpiewanych refrenach, chociażby tym w „Jak Nas”. Ordynarne, ale często zabawne chamstwo przeplata z porządnymi przekminami, czego najlepszym dowodem jest „Jaskiniowiec”. Wachlarz jego twórczości jest więc niezwykle szeroki, dlatego tym bardziej dziwi nas, że pod jego numerami rzadko kiedy pojawiają się liczby przekraczające choćby 100 tysięcy wyświetleń. Frosti zapowiada na przyszły rok płytę, która ma być „jeszcze bardziej świadoma” od wydanego w tym roku Midasa. Trzymamy więc kciuki, że wreszcie ona przekona szerszą publikę do regularnego sięgania po jego utwory.

Kobik

Krakowski raper co prawda ma kawałki, które potrafią przebić nawet milion wyświetleń, ale smutną prawdą jest, że za ich popularność odpowiadają raczej goście pokroju Young Igiego czy Palucha. To trudne do pojęcia, bo przecież Kobik od nich nie odstaje, a momentami nawet przebija, co chociażby pokazał na albumie BORCREW. W jego kawałkach nie brakuje przekazu i wymownych wersów, które potrafią wbić się do głowy i pobudzić ją nieco do myślenia, jak na przykład: „Najtrudniejszy język tutaj, to ten wspólny”. Mało tego, ta liryka jest jeszcze opatrzona w niebanalne flow, który Kobik często lubi się bawić. Dlaczego więc nie wykręca milionowych wyświetleń regularnie?

Tuzza

No dobra, miało być trzech raperów, a dodając Tuzzę mamy łącznie czterech. Benito i Ricciego śmiało jednak można potraktować jako jedność, ponieważ w duecie żaden z nich nie wybija się kosztem drugiego, bo obydwaj lecą równie wysoko. Stylówka Tuzzy jest niepodrabialna i zdecydowanie unikatowa. Ich brzmienie wyróżnia się względem panujących obecnie, już zbytnio przemielonych trendów, a wybitne punche, połączone często z dziarskim humorkiem sprawiają, że głowa buja się do ich muzyki z uśmiechem na ustach. Wersy pokroju: „Twoja dama chce roszadę, szuka berła”, to w końcu czyste złoto pośród pozostałych, zardzewiałych i zdecydowanie zbyt prostych linijek o „twojej niuni”, które serwuje nam reszta sceny. Jak to nie trafia do szczerszej publiki? Niestety nie mamy pojęcia.

fot. kadr z klipu „Frosti Rege feat. DJ Kebs – The Roof Is On Fire”, YouTube.com/SPZOOENT.

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
Kto najwięcej skorzystałby na powrocie boom bapu i dlaczego to Dwa Sławy

Kontrowersyjny nagłówek, kontrowersyjna hipoteza, która goni drugą kontrowersyjną hipotezę. To że boom bap w 2020 roku wróci na grubo, tego możemy się spodziewać choćby po ruchach wykonywanych przez raperów z USA, ale też w Polsce mamy kilku zawodników, którzy na konsekwencji stylu i małych wycieczkach na boki, z czasem po prostu zyskają więcej. Mowa tu choćby o Włodim czy Peji, ale dzisiaj pomówimy o... Dwóch Sławach, ale żeby było jeszcze ciekawej, to w kontekście Almost Famous.

Felieton,Hip Hop
Jest ich dwóch, za produkcję mają Oscara, ale żaden raper z nimi nie współpracuje

Kiedy myślimy o osobach, które zrewolucjonizowały brzmienie hip-hopu na przestrzeni lat, to na pewno uwzględniamy postaci z Chicago. Mamy Kanyego, który wprowadził do mainstreamu przyspieszone sample wokalne, a potem z mainstreamu wszystko wyprowadził popełniając Yeezusa. Mamy tam całą scenę drillową, która wywarła duży wpływ na obowiązujące brzmienie pewnego okresu. Możemy sięgać do LA i zastanawiać się nad wpływem Dr'a Dre, możemy zerknąć do NY i nie móc się nadziwić, że sztukę krótkich sampli opanował tam do perfekcji chłopak z Houston, niejaki DJ Premier. Może przypomni nam się, ile hitów dostarczył nam Rick Rubin - wymieniać można w sumie w nieskończoność. No dobra, ale co ci goście mają wspólnego? Głównie to, że siedzą w tej muzyce od początku i to dzięki rzemiośle w jej obrębie zyskali zasłużoną rozpoznawalność. A co by było gdyby wreszcie połączyli siły z kimś spoza kręgu znajomych twarzy? Co by było, gdyby kolejną płytę Kanyego produkowali Trent Reznor i Atticus Ross?