Felieton

„Bojack Horseman”, „Rick i Morty”… Dlaczego pozornie abstrakcyjne kreskówki są aż tak prawdziwe?

Michał Szyndler -
Felieton - - Dodane przez Michał Szyndler

„Bojack Horseman”, „Rick i Morty”… Dlaczego pozornie abstrakcyjne kreskówki są aż tak prawdziwe?

To proste. Dlatego, że wcale nie muszą być realistyczne. Zamiast zajmować się starannym tworzeniem kontekstu dla najważniejszych wydarzeń, mogą posiłkować się nawet najbardziej niemożliwymi zwrotami akcji, które wciąż da się uzasadnić fabularnie.

Najprościej tę kreskówkową rzeczywistość podzielić można na dwa nierozerwalne plany: wydarzenia, które są tłem i rozterki bohaterów. Nierozerwalne dlatego, że bez tego irracjonalnego tła, nieraz ciężkie i bolesne problemy bohaterów byłyby zdecydowanie trudniejsze do przyjęcia. A samo tło bez właściwie poprowadzonej historii byłoby jedynie zbiorem „głupawych żartów o seksie i chlaniu” albo zaskakiwaniem dla samego zaskakiwania, bez większej wartości fabularnej.

Darmowy Churro

Z tego typu środków trzeba korzystać umiejętnie i odpowiedzialnie, ale jeżeli już twórcy sumiennie potraktują swoją pracę, wychodzą z tego perełki tak wspaniałe, jak okrzyknięty przez wielu najlepszym serialem na świecie „Bojack Horseman”. Naprawdę nikogo nie dziwią antropomorficzne postacie koni, ptaków, kotów i wielu innych zwierząt, które żyjąc wspólnie w korpoświatku i showbiznesowej bańce, radzą sobie z nałogami, rozwodami, trudnym dzieciństwem, terapiami i dedline’ami. Spośród zestawu, którym będę się posługiwał, BoJack jest na tyle realistyczny, że w większości prezentuje wydarzenia, które naprawdę mogłyby się zdarzyć (pomijając oczywiście wcześniej wspomniane antropomorfizacja bohaterów). Tym bardziej ciekawe jest to, że nawet bez zupełnego odrealnienia polegającego m.in. na strzelaniu laserami na lewo i prawo twórcom udało się osiągnąć odpowiedni balans między obiema warstwami narracji.

I’M PICKLE RICK!

Nie dziwi też główny bohater, który korzystając z pistoletu portalowego, przemieszcza się między wymiarami, walczy z armią złożoną z setek tysięcy samych siebie i zamienia się w ogórka (o tak, to właśnie ta najzabawniejsza ze scen!). A wszystkie te wydarzenia są tylko tłem dla tych zwykłych, ludzkich rozterek – problemów miłosnych młodych, podupadającego małżeństwa tych nieco starszych i alkoholizmu tych najstarszych. Twórcy „Ricka i Morty’ego” dosłownie bombardują nas niemożliwymi zwrotami akcji, które w pewnym momencie po prostu wydają się być czymś zupełnie naturalnym.

„Przerywamy symulację”

Apogeum tego typu twórczości jest „The Midnight Gospel”, w którym wszystkie działania bohatera motywuje korzystanie z symulatora wszechświatów. Brzmi to groteskowo, ale jest przemyślanym i dobrze wykorzystanym konceptem, który daje twórcom możliwość stosowania zabiegów à la deus ex machina właściwie w każdej chwili. Owszem, można powiedzieć, że zwrotów akcji jest zdecydowanie zbyt wiele, ale co z tego, jeżeli nie mają one większego związku z niemal filozoficznymi dyskusjami, jakie prowadzą bohaterowie. Obserwując kosmitów atakujących biały dom, słuchamy jednocześnie traktatu o świadomym korzystaniu z narkotyków i życiu w zgodzie z samym sobą. A może to właśnie o to chodzi? O to, że wszystkie te „woke moments” istnieją tuż obok pędzącej rzeczywistości, w której na tego typu zastanawianie się nad jakimś głębszym sensem życia zupełnie nie ma czasu. I dlatego tak łatwo giną, kiedy tylko przestaniemy się na nich skupiać.

Netflix & scrolling

„The Midnight Gospel” spisuje się świetnie również jako nasze lustro. Zupełne oderwanie dialogów i monologów od warstwy wizualnej ja sam odebrałem jako przytyk wymierzony we współczesnego widza. Komu nigdy nie zdarzyło się tak zawzięcie scrollować, że przestał zwracać uwagę na obraz, a dźwięk był już tylko ambientem wypełniającym pustą przestrzeń dookoła? No właśnie.

fot. kadr z klipu „Sobel ”Impreza” (Rick & Morty Music Video) prod. Lezter”, YouTube.com/Sobel

Zostaw komentarz

Udostępnij
Hip Hop,News
Niby „Neandertalczyk”, a jednak powiewa świeżością – Young Igi atakuje nowym singlem!
Young Igi - Neandertalczyk

Od wydania poprzedniego LP Young Igiego minął prawie rok, więc można było się spodziewać, że raper niedługo wyskoczy z singlem promującym jego nowe wydawnictwo. Ci, którzy oczekiwali drugiej „Bestii” albo wielu „youngthugowych” modulacji głosu mogą być nieco zawiedzeni, bo „Neandertalczyk” ma kompletnie inny klimat, jednocześnie wciąż zachowując typowy dla szczecińskiego artysty sznyt.

Pierwsze co zwraca uwagę to przede wszystkim niezwykły bit PSR-a. Akurat ten producent znany jest z tego, że potrafi zrobić podkład, w którym główną rolę grają potężne bębny, ale tak surowej ich wersji dawno nie słyszeliśmy. Wydaje się bowiem, jakby w studio Igiemu akompaniował zespół plemiennych grajków, wystukujących rytm na wielu różnych bongosach, zrobionych ze świeżo zdartej ze zwierzyny skóry. Nie sposób też puścić koło uszu brutalnych wręcz strun, które same w sobie prawdopodobnie byłyby totalnie asłuchalne, a jednak w całej kompozycji świetnie dopełniają całość, jeszcze bardziej budując klimat. Nie można więc dziwić się, że Igi wymyślił taką, a nie inną tematykę utworu, bo podkład nie mógł nastroić do czegoś innego.

Raper śmiało mógł jednak cały, skrupulatnie stworzony przez producenta klimat zniweczyć, gdyby zdecydował się na przesilony efektami wokal, jak to ma miejsce w wielu jego utworach. Nie zrozumcie mnie źle, w wielu kawałkach brzmi to dobrze i pasuje idealnie, ale w tym numerze dawałoby tragiczny rezultat, dlatego zrezygnowanie z nich jest bardzo dobrą i świadomą decyzją rapera. Jego wokal jest niemalże równie surowy co bit i z tego powodu świetnie się do niego klei. Bardzo fajną rolę odgrywa też dudniące w tle „heeej”, które wręcz pozwala odnieść wrażenie, że oprócz tych plemiennych grajków z Igim w studio jest też jakiś pierwotny chór.

„Wielki ogień w sobie”

Warstwa liryczna kawałka jest taka, jakiej po Igim można było się spodziewać. Nie oszukujmy się, Szczecinianin nie należy do czołówki tekściarzy, więc ambitnych porównań, ciekawych rozkminek, a tym bardziej filozoficznych wywodów nie można się w jego twórczości spodziewać. To jednak nie oznacza, że tekst jest płytki, bo jak zwykle nie brakuje mu emocji.

„Neandertalczyk” to zdecydowanie powiew świeżości w twórczości Igora, co jest o tyle paradoksalne, że brzmi chyba najsurowiej i najprymitywniej spośród wszystkich jego piosenek. To udany eksperyment pozwalający raperowi wyjść z klatki, w której sam powoli się zamykał ze względu na dotychczasową, nieco monotonną stylówkę. Wobec tego czekamy na kolejne i trzymamy za nie kciuki.

fot. kadr z klipu „Young Igi – Neandertalczyk, YouTube.com/YoungIgi

Zostaw komentarz

Hip Hop,News
Travis Scott: Ludzie w końcu dostrzegają opresję

Ostatni czas dla Travisa Scotta jest bardzo dobry. W tym roku raper m.in. zagrał z Kid Cudim wyjątkowy koncert w Fortnite, pomagał przy nowym filmie Nolana i wszedł w poważny deal z siecią McDonald’s, czym w Stanach zrobił niemałe zamieszanie.

Muzycznie również podjął się kilku interesujących współprac. Jedną z nich był tegoroczny singiel Kanye’ego Westa, więc w wywiadzie, którego udzielił magazynowi The Face nie mogło zabraknąć pytania o podejście La Flame’a do chrześcijaństwa. „Wash Us in the Blood” to pierwszy kawałek Ye od czasu albumu „Jesus Is King”, a numer był tym samym komentarzem do aktualnej sytuacji w Stanach – ukazał się niedługo po wybuchu zamieszek po śmierci George’a Floyda. Travis w swojej gościnnej zwrotce powołuje się na szóste przykazanie, „nie zabijaj”, zestawiając je z amerykańską polityką.

„Moja babcia i mój dziadek zawsze mnie w tym trzymali. Moja mama i tata – zawsze (…) Nadal we wszystko wierzę (…) Mam na myśli to, że nagrywam rzeczy, w których nie przeklinam. Nie każda piosenka musi zawierać przekleństwo, by być dobrą” – powiedział.

Travis Scott jest bardzo świadomy i zaangażowany, a pieniądze ze współpracy z McDonald’s planuje przekazać właśnie na rzecz Black Lives Matter. Jak dodał, obraz Kerry’ego Jamesa Marshalla z 1993, który opublikował w czerwcu na swoim Instagramie przedstawia klasyczną scenę w salonie fryzjerskim, gdzie Afroamerykanie w swoim bezpiecznym gronie dyskutowali o rasizmie i brutalności policji, o których dziś mówi się głośno.

„Ludzie w końcu dostrzegają opresję, która od dawna miała miejsce i była przeoczana, a my jako kultura walczyliśmy każdego dnia (…) Chciałbym, aby zrozumieli, że jestem narzędziem. Dajcie mi znać, gdzie mamy się pojawić (…) Musimy wykonać dużo pracy. Zobacz, ilu liderów mamy w Black Community”

View this post on Instagram

🌏🖤🗣

A post shared by flame (@travisscott) on

fot. David LaChapelle

Zostaw komentarz