Hip Hop,News

Słoń zapowiada projekt z Dope D.O.D. Czy w Polsce mieliśmy już coś o podobnej skali?

Michał Fitz -
Hip Hop,News - - Dodane przez Michał Fitz

Słoń zapowiada projekt z Dope D.O.D. Czy w Polsce mieliśmy już coś o podobnej skali?

Jednym z najpopularniejszych polskich kawałków w klimacie świątecznym jest ten, który paradoksalnie chyba najbardziej gryzie się z tym okresem w roku, mianowicie „Święta 2009” Słonia. Fani oczywiście dopraszali się o bardziej regularne wypuszczanie świątecznych kawałków przez poznańskiego rapera, ale na drugą część przyszło nam czekać równo dekadę. Było warto, bo oprócz znakomitego numeru dostaliśmy też zapowiedź zupełnie nietuzinkowego projektu.

„Xmas 2019” nie jest bowiem jednorazową kolaboracją z holenderskim składem Dope D.O.D., ale przedsmakiem całej EPki. Słoń już wcześniej zapowiadał, że w Walentynki przyszłego roku wyda krótki projekt. Jak się okazuje, nie będzie to solowy album. Skits Vicious i Jay Reaper z Dope D.O.D. nie będą jednak jedynymi poza Słoniem głosami, które będziemy mogli usłyszeć na zbliżającym się wydawnictwie. Poznaniak zapewnia, że znajdą się na niej również inni, zagraniczni goście oraz jeden artysta z Polski. „Sick6Six” zapowiada się więc przednio, dlatego spora część słuchaczy może z wypiekami na twarzy oczekiwać Walentynek, nawet jeśli nie posiada aktualnie drugiej połówki.

PREMIERA NOWEGO EP:- 14.02.2020 (WALENTYNKI ♥️)

Posted by SŁOŃ WSRH D666a on Tuesday, November 19, 2019

W dzisiejszych czasach gościnne występy artystów z zagranicy w kawałkach polskich raperów są już normą. Nie mieliśmy jednak jeszcze poważnego krążka, który w całości zostałby nagrany w kolaboracji z artystą z innego kraju. Taka próba jednak już kiedyś się pojawiła. Po sukcesie numeru „Oddałbym”, Peja nagrał wraz z O.S.T.R. i Jeru całą płytę, która jednak nigdy się nie ukazała. Raper przyznawał później, że to Amerykanin jest producentem wykonawczym tego projektu i on decyduje o jego wydaniu. Najwidoczniej się nie zdecydował. Na przestrzeni lat pojawiały się jednak zagraniczne albumy, w których może nie słyszeliśmy polskiego rapu, ale rodzimy sznyt producencki już tak. The Returners wyprodukowali dwie płyty dla El Da Sensei, a O.S.T.R. odpowiadał za wszystkie bity na krążek Grand Agenta pt. „Adult Contemporary”. Mamy oczywiście nadzieje, że polscy producenci na tym nie poprzestaną, a Słoń zapoczątkuje piękną serię albumowych współprac raperów z zagranicznymi artystami. Tego sobie i Wam życzymy w te Święta!

fot. kadr z klipu „Słoń & Dope D.O.D. – Xmas 2019 | Prod. Chubeats (OFFICIAL VIDEO)”, YouTube.com/BrainDeadFamilia

Zostaw komentarz

Udostępnij
Felieton,Hip Hop
Dzieje się to w rap grze. Christmas rap [Część 2]

W tym roku Gucci Mane uraczył nas trzecią częścią z serii swoich okolicznościowych mixtape’ów, „East Atlanta Santa”. Ten, zaczynający się od klasycznego „Jingle Bales” w wersji Guwopa, materiał to jednak tylko jedna z rapowych świątecznych alternatyw bieżącej dekady!

Prawdopodobnie pamiętacie także o zeszłorocznej, stworzonej na potrzeby filmu „Grinch”, epce Tylera, the Creatora – to chyba jeden z najładniejszych tego typu projektów. Jest i o trudnościach związanych z powrotem do domu (wokal Santigold w „Lights On” idealnie tu pasuje!), i o gorącej czekoladzie, o wspomnieniach z dzieciństwa, i zamarzających rękach, gdy zdejmujemy rękawiczki. Chociaż zwłaszcza z tym ostatnim, przy dzisiejszych temperaturach, niestety trudno jest się utożsamić.

Skoro jesteśmy w klimatach Odd Future, świetny kawałek, właśnie z Tylerem (i Hodgy’m), nagrał Earl Sweatshirt. Był to 2010, a więc czasy, w których obaj nawijali o gwałtach i nie przebierali w słowach. Earl najpierw opowiada w nim o swojej niefajnej, rodzinnej sytuacji, a następnie temat schodzi na wymyśloną, opartą na podtekstach, historię…

Dismissing all the wanting and the presents are forsaken/See if you’re the gift from God then I’m the Christmas wrap from Satan

Kawałek, w ostatniej zwrotce, zawiera z kolei odniesienia do utworu Lila B – Based God nagrał całą świąteczną epkę, „MM.. Christmas”. Jej tytuł to także shout out, ale tym razem do albumu MF Dooma, „Mm.. Food”. Jednak świąteczny numer o braku prezentów, w przeciwieństwie do utworu autorstwa Earla, jest raczej poprawną konkluzją, z której wynika, że w święta bardziej niż dobra materialne, liczą się po prostu miłość i bezinteresowne uczynki.

Podobny kontekst pojawia się na debiutanckim albumie Run the Jewels. Motyw Bożego Narodzenia przemycili oni do „A Christmas F*cking Miracle”, którego przesłaniem jest to, aby się nie sprzedawać i pozostawać wiernym. Chodzi tu zarówno o muzykę, jak i życie – według duetu moc tkwi w samoświadomości i właśnie miłości. Do kawałka zrealizowali nastrojowe wideo, które wypuścili przed świętami w 2013 roku.

A o dziwo całkiem konwencjonalnie temat świąt rozegrał Kanye West. „Christmas In Harlem” jest hołdem złożonym klasykowi Run-D.M.C., o którym pisałam w pierwszej części tekstu. Refreny należą w nim do Teyany Taylor, a swoją zwrotkę dograł także CyHi the Prynce. Nie brakuje tu jednak typowego dla Yeezy’ego poczucia humoru.

Told her that „You the star at the top of my Christmas tree”/My only question is, „Where my presents?”/She said, „Shhh,” she got a gift for me that ain’t for the kids to see/Well, I like the way you think, mami

Zestawienie to zakończymy tym razem dość ckliwym akcentem, bo… Rae Sremmurd nagrali chyba najbardziej poruszającą piosenkę, przynajmniej w rap grze. „Christmas at Swae’s” to zagrana na pianinie miłosna ballada, w której Swae Lee śpiewa o swoim złamanym sercu i tęsknocie za dziewczyną.

Pozostaje nam więc życzyć Wam wesołych świąt. Weselszych niż te u Swae. No i nieco bardziej pogodne niż te u Słonia i chłopaków z Dope D.O.D.

fot. kadr z klipu „Gucci Mane – Jingle Bales (Intro) [Official Video]”, YouTube.com/OfficialGucciMane

Zostaw komentarz

News
Wiedźmin – kowboj o białych włosach, co mieczami władał [RECENZJA]

Stało się, fani na całym świecie otrzymali osiem odcinków opowieści w uniwersum Wiedźmina. Osiem odcinków opartych całkowicie na twórczości Andrzeja Sapkowskiego, choć tutaj chodzi bardziej o względy fabularne, bo pod względem wizualnym fani gier odnajdą się raczej bez większych problemów. Główne wyzwania, które stały przed twórcami były zasadniczo dwa. Po pierwsze ich zadaniem było stworzyć wiarygodny świat, który zostanie obsadzony w doborowy sposób – fani nie mogli poczuć fałszu. Po drugie należało tak skonstruować całość, żeby była zrozumiała nawet dla ludzi, którzy nigdy z Wiedźminem nie mieli nic wspólnego. Ciężko? No ciężko, ale za produkcję wziął się Netflix, wspomagany merytorycznie przez Tomasza Bagińskiego, więc nadzieje były duże i wydawało się, że ekipa odpowiednio przekłada siły na zamiary. Jak wyszło?

Przepraszam, która godzina?

Decyzja o tym, by serial poskładać ze scen oddalonych od siebie czasowo czasami i o dziesięć lat, jest decyzją ciekawą, ale niestety nigdzie nie zaznaczoną. To znaczy albo się domyślisz albo nie. Żadnych plansz, tablic, nic, koło trzeciego odcinka nagle zastanawiasz się, dlaczego coś dzieje się równolegle, a w sumie nie może. A, no tak, bo to inne czasy. O ile dla fanów serii jest to figiel dosyć prosty do ogarnięcia, to – przyznaję bez bicia – gdybym nigdy styczności z tą sagą nie miał, nie wiem, czy dałbym serialowi szansę. Zresztą ta przeplatanka rodzi o wiele więcej problemów. Po pierwsze doprowadza do braku równowagi miedzy wątkami. Coś, co w opowiadaniach Sapkowski snuł przez kilkanaście stron, tutaj zajmuje dwie minuty i powstaje pytanie, czy w ogóle było warto o tym wspominać. Z drugiej strony mamy wątki poszerzone na potrzeby serialu i one są jego najmocniejszym elementem – głównie dlatego, że po prostu dostały czas ekranowy. To tyczy się przede wszystkim kwestii Yennefer i jej „origin story”. Nierównoważność wątków doprowadza do kompletnie nieregularnego tempa. Odcinki mają mocno zaburzony pacing i czasami coś ciekawego dzieje się jedynie przez pierwsze pięć minut, albo ostatnie pięć minut, albo środkowe pięć minut – bo reszta pięciominutówek składa się na opowieści dziwnej treści, które niby pomagają w ekspozycji, ale na dłuższą metę nie mają żadnego większego znaczenia dla naszej wiedzy na temat tego, co się dzieje na ekranie.

Kowboj w krainie baśni i legend

Podstawowym błędem narracyjnym w recenzjach Wiedźmina jest jakaś niesamowicie mocna chęć porównywania serialu do Gry o Tron. Otóż nie ma takiej możliwości, by seria o zabójcy potworów zastąpiła tę o królowej smoków. Powód jest zasadniczy i nie do końca chodzi tu o jakość, a o kontekst. Wiedźmin jest lokalną opowieścią z czymś większym w tle. Główną osią jest Geralt i tak naprawdę wyłącznie jego obecność na ekranie sprawia, że chcemy się tym przejmować. Zresztą sam bohater ma dokładnie takie samo podejście do wydarzeń, które po sobie następują. Są co prawda wątki nieco szersze, ale i tak sprowadzone do korytarzowej narracji pomocniczej – mowa tu o historiach Yennefer i Ciri. Wiedźmin traktuje głównie o swoim kowboju z białymi włosami i to nie ma nic wspólnego z szeroko zakrojonym political fiction, jakim była Gra o Tron. Chcecie wielowątkowej intrygi? Nie te drzwi. Chcecie koszarowych dowcipów, zgrabnych historyjek w typie anegdotek przy piwku i ładnych kobiet? Wchodźcie śmiało.

Bez i agrest

To, co zwraca uwagę momentalnie, to podejście do obrazu. Wiedźmin jest nieco oniryczny, nieco matowy, nieco srebrzysty i zielonkawy. Ma własną identyfikację wizualną i pod tym względem daleko mu do innych produkcji Netflixa. Ale też daleko, jak daleko. W momencie, kiedy mamy sceny z żywą przyrodą (bardziej stepy niż Brokilon), czułem się trochę, jakbym oglądał dokument z jakiegoś konwentu cosplayerów. Szerokie kadry zdecydowanie nie służą temu światu. Jeśli zaś chodzi o scenografię i kostiumy, to wszystko mamy na miejscu – raczej nie jest zbyt daleko od serii gier, a zwłaszcza trzeciej odsłony. Kilka wyborów projektowych może budzić konsternację (Brokilon to jakaś baśniowa wersja Wietnamu w czasie wojny), ale ogólnie raczej nie dziwimy się oglądając świat przedstawiony.

Warto odnotować też muzykę, która trzyma się gdzieś w tle i współgra z ogólnym klimatem. Co innego Jaskier, który jest trochę Elvisem, co może początkowo budzić zdziwienie, ale ja to na przykład kupiłem. Nowoczesny bard w świecie fantasy? Czemu nie! Ale skoro już przy Jaskrze jestem, to idźmy dalej. Może w punktach będzie jaśniej:

  1. Henry Cavill idealnie sprawdza się jako Geralt. W tej konwencji awanturniczno-buńczucznej faktycznie trudno wyobrazić mi sobie lepszego aktora. Ma coś z dziwnego romantyzmu książkowego pierwowzoru i chłopięcego łobuzerstwa znanego głównie z gier. Do tego jest bardzo kowbojski i zdecydowanie ma w sobie szczególny rodzaj intensywnego magnetyzmu, który ogniskuje naszą uwagę.
  2. Anya Chalotra gra jak Alicia Vikander na sterydach, co tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że ekipa od castingu w Netflixie to czarnoksiężnicy. Nigdy nie widziałem tak Yennefer, ale teraz już nigdy nie będę jej widział inaczej. Świetna rola.
  3. Freya Allan w roli Ciri to też bardzo dobra robota, ale niestety ten wątek dłużył mi się niemiłosiernie i mimo sympatii do nawet momentami zniuansowanej gry aktorskiej, nie jestem przekonany do samej postaci, a to nie jest dobry prognostyk.
  4. Emma Appleton – co prawda tylko w jednym odcinku, ale za to jak. Uznaję ją za odkrycie i będę uważnie śledził poczynania. Ta dziewczyna da nam jeszcze sporo dobrego na ekranie.

Reszta aktorów wywiązała się z zadania bardzo rzetelnie – dobrze dobrano drugi plan, który w takich historiach często jest nawet ważniejszym punktem odniesienia niż pierwszy, grubo ciosany.

Prawo Niespodzianki

Czy opowiedziano to, co opowiedziane zostać powinno? Tak. Czy opowiedziano to tak, jak opowiedzieć zostać powinno? Nie. Czy serial mimo wszystko się broni? To zależy od tego, na ile ulgowa będzie taryfa, której mu udzielimy. Bywają momenty, kiedy cała dostarczona wiedza w nas krzepnie i oglądając to, co dzieje się na ekranie, czujemy się jak wśród starych znajomych. Jakaś więź z widzem zostaje utworzona, ale tę więź szarpie ustawicznie kompletnie niejednorodny montaż i cały wachlarz scen, które można było albo wyrzucić albo chociaż skrócić.

Co ważne – moja niecierpliwość nie wynikała z tego, że wiedziałem, co się wydarzy. To co prawda odbierało suspens wielu scenom, ale ja wiedziałem, że on tam jest, po prostu znałem te historie wcześniej. Jednak dramaturgia nie do końca działa, bo trzyma formę zdecydowanie za rzadko i nie robi odpowiedniego wrażenia – jesteśmy po prostu zmęczeni kilkunastoma minutami, które do określonych momentów prowadzą i efekt „łał” może mieszać się z ziewaniem.

Czy czekam na drugi sezon? Tak, bo jestem pewien, że będzie lepszy, a ekipa producencka wyciągnie wnioski z uwag wszystkich odbiorców. To w końcu przede wszystkim biznes. Na koniec chyba najważniejsze pytanie, które zadają ci, którzy doskonale znają film z Michałem Żebrowskim. Czy w serialu jest smok? Oj jest, moi drodzy. W serialu jest smok.

fot. The Witcher, Netflix, SE:01, E:06 „Rare Species”

Zostaw komentarz